sobota, 14 stycznia 2017

w tył zwrot

Znam to dokładnie. Znam swój następny krok i wiem dokąd ten i następny krok mnie zaprowadzą. Jakbym miała dar przewidywania przyszłości. To jest tak oczywiste, a jednak nie potrafię się zatrzymać. I zacząć się cofać już teraz. Uciekać zanim wpadnę w otchłań żarcia, zanim zatracę się w tych wszystkich śmieciach. Zanim czekolada stanie się najważniejszą częścią mojego życia, nawet wtedy kiedy szczerze nie mam na nią ochoty. Pierwszy dzień obżarstwa jakiś taki niezauważony, nawet nie wiem kiedy to się stało. Zjadłam więcej, ale przecież nie narzucałam na siebie żadnych restrykcji. Jadłam intuicyjnie, nie za dużo, według jakiegoś niezbyt sztywnego schematu. Było fajnie. Było coś poza jedzeniem. Było życie. No właśnie - BYŁO. Później kolejny dzień, niby nic szczególnego, każdemu się zdarza. I kolejny. Tym razem poczułam, że tyję. Że rozrastam się niczym babka drożdżowa. Ale to jeszcze daleko wagi najwyższej, więc co mi szkodzi jeszcze dziś się nażreć. No dobra, któregoś dnia w końcu poczułam, że przeginam. Poczułam i nic z tym nie zrobiłam. Żarłam dalej, byle zeżreć wszystko co mam w zapasie. Teraz, zaraz. I zacząć "od jutra". Albo nie, lepiej od poniedziałku. Dam sobie dodatkowy dzień na pozamiatanie zapasów. A co potem? Jutro nigdy nie nadejdzie, a poniedziałek jest pojutrze, za 8 dni, za 15 dni, za 43 dni i za 225 dni również. Cholerny poniedziałek! Jebane diety! Naiwne postanowienia! Z uzależnieniem i tak w ten sposób nie wygram. Już próbowałam. Według wagi ważę jakieś 73 kg, według lustra, ciuchów i samopoczucia grubo ponad 100. Wszystko wokół jest takie samo, a ja naiwnie wierzę, że coś się wydarzy poza moim udziałem. Bez MOICH właściwych decyzji, bez zmian w MOIM życiu, bez MOJEGO wysiłku. Ot tak. Faktycznie MOJE zmiena wszystko, jak mówią w jakiejś reklamie. Tylko dlaczego w jednej sekundzie chcę się zatrzymać i przypierdolić głową w mur z czekolady, zobaczyć czekoladowe gwiazdki i spierdzielać w drugą stronę, a w drugiej iść powoli do przodu, w tę złą stronę, udając, że tego wszystkiego nie czuję, że nie wiem co się wydarzy po sto pierwszym wafelku i trzydziestej paczce chipsów na przestrzeniu kilku tylko dni. Wszystkich oszukam, a samej siebie nie oszukam. Mogę czekać, ale nie chcę. W tył zwrot. Teraz!

3 komentarze:

  1. Znam to, byłam tam i bywam od czasu do czasu. I pewnie będę bywać. Tak w tej chorobie jest. Czy Ty też jesz czasem nawet jak już masz dość? Bo coś jest pod ręką?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że tak mam! Właściwie, gdyby nie to, to pewnie bym tak nie żarła jak wygłodniały pies. Jem kiedy już nie mogę, kiedy nie chcę i kiedy jedzenie przestaje mieć smak i formę i niestety ciężko wyjść z takiego koła. Za to wpaść w nie - bez problemu. I to nawet nie, że coś mam pod ręką. Wystarczy, że mam coś w domu albo otworzę paczkę. Jak już otworzę, to nie ma opcji, że nie zjem całej paki. Żenujące...

      Usuń
  2. Doskonale Cię rozumiem. Ileż razy byłam w takiej sytuacji! Nie przestawaj walczyć. Kompulsywne jedzenie musi się kiedyś skończyć. Wierzę, że tak będzie u Ciebie już niedługo. ;) Niech każdy dzień będzie takim Twoim "teraz" ;)
    Ja swego czasu prowadziłam dzienniczek, gdzie zakreślałam dni z atakami i dni bez ataków. Jak słupek dni bez ataku był duży, to motywowało mnie to do dalszej walki i utwierdzało w przekonaniu, że jednak się da. Lubiłam sobie liczyć te dni. Pamiętam, jak 3 dni to już było sporo, a jak uzbierało się 10 to już w ogóle było wow! Pisałam też o swoich emocjach towarzyszących atakom. To pomagało mi wyciągać wnioski, jakie emocje doprowadzają mnie do obżarstwa i dzięki temu wyczulać się na sytuacje sprzyjające żarciu.

    OdpowiedzUsuń