sobota, 1 października 2016

Wyzwanie: dogonić marzenia cz. 2?

No właśnie... NIE. Jakiś miesiąc temu napisałam długaśnego posta, będącego następstwem Wyzwanie: dogonić marzenia cz. 1. Podsumowałam w nim część pierwszą tego "wyzwania" i w dość obszerny sposób opisałam istotę psychoterapii na przykładzie mojej własnej. Pozostało dopracować szczegóły i opublikować. Nie zrobiłam tego jednak, ponieważ:
A) Wydało mi się to raczej mało interesujące dla przeciętnego czytelnika mojego bloga.
B) Nie mam żadnej fachowej wiedzy w tym temacie.
C) Moje stanowisko w niektórych poruszanych tam kwestiach zdążyło w międzyczasie ulec zmianie.
No nieważne.

Jeśli chodzi o moją wagę to do 73 kg mi jeszcze trochę brakuje. W sumie więcej niż brakowało mi na początku tego "wyzwania", ponieważ na dzień dzisiejszy ważę 77,5 kg, no i nie chce być inaczej. Oczywiście nieustannie nad tym pracuję, ale chyba dałam już sobie spokój z wszelkimi dietami, ograniczeniami, zakazami, nakazami etc. Nie skutkuje to w moim przypadku na dłuższą metę. Jedynym słusznym rozwiązaniem w moim przypadku jest odżywianie się zgodnie z potrzebą chwili, z zachowaniem świadomości. Jeśli nagle najdzie mnie ochota na zupkę chińską, kilka razy zastanowię się, czy naprawdę jest ona warta mojego zdrowia. Jeśli pod wpływem głodu, bezmyślności, ochoty (lub bez żadnego wpływu) kupię czekoladowe ciasteczka, to... To jest chyba normalna rzecz? Jeśli jednak zaraz po kolacji, będę miała chęć je otworzyć i pożreć wraz z opakowaniem, zastanowię się, czy ta chwila względnej przyjemności, jest warta późniejszych wyrzutów sumienia, złego samopoczucia i wzrostu wagi. Mam wybór. A jedyny właściwy to zaspokoić fizyczny głód. No i dobrze by było zaspokajać go pełnowartościowym, zdrowym jedzeniem, ale czy Ty, Twój sąsiad i siostra tak robią? Czy zwykli ludzie naprawdę są tak perfekcyjni?  No nie. I ja też nie chcę być. Pomocne na pewno jest jakieś zajęcie. Sprzątanie, prace manualne (ostatnio robiłam akurat rameczki motywacyjne - zdjęcie poniżej), no nawet gotowanie i zakupy (jeśli akurat któraś z tych czynności jest w danej chwili konieczna), w ostateczności bezmyślne siedzenia na youtubie. No i praca zarobkowa oczywiście. W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila. Od 7 października zaczynam pracę w nowo otwartym, nieopodal mojego domu, butiku. Może na chwilę, może na dwie, ale grunt, że idę do przodu. Zauważyłam też, że zbawienny wręcz wpływ na moje odżywianie ma odcięcie się od gazetek promocyjnych, ograniczenie wypadów do sklepów z jedzonkiem i zaprzestanie robienia zapasów (w ogóle nie wiem po co to robię, skoro do najbliższego sklepu mam jakieś 7 minut drogi i w każdej chwili mogę kupić co potrzeba, a i bez tych zapasowych produktów głód mi nie grozi). Promocja cenowa, zwłaszcza na produkty o długim terminie przydatności do spożycia (a precyzyjniej rzecz ujmując terminie minimalnej trwałości, bo właśnie taki widnieje na opakowaniach tych produktów - żeby mi kto nie zarzucił, że nie rozróżniam podstawowych pojęć z zakresu towaroznawstwa o!), których bez tej promocji jakieś 90% osób nie zamierzało kupować, sprawia, że pewnie co druga osoba z tych 90% je kupuje. Później albo je zjada (skoro już są kupione i grzecznie leżą w szafce) albo po przekroczeniu daty minimalnej trwałości, wyrzuca do kosza. Oba rozwiązania są tak samo bezsensowne. Co innego, jeśli idziesz do sklepu z zamiarem kupna ciastek, które świadomie planujesz podjadać po obiedzie. Twój wybór. Zbyt częste odwiedzanie sklepów spożywczych działa podobnie. Przynajmniej w moim przypadku. Nie wejdę (w tym nie zobaczę aktualnych promocji) = nie kupię = nie zjem. No i wreszczie im mniej leżącego wokół mnie, niepotrzebnego jedzenia, tym lepiej. Także obecnie taki jest plan.


Oto zdjęcie moich rameczek motywacyjnych :)

Pozwolę sobie jeszcze wrócić na chwilkę do jakości jedzenia. Otóż od kilku dni nabrała ona dla mnie szczególnego znaczenia. W pewnym sensie. Zbadałam sobie glukozę i cholesterol. Glukoza 87 - odkąd ją badam, oscyluje w granicach 74-88 jtj (czyt. jakichś tam jednostek), czyli że nie ma się do czego przyczepić. Za to cholesterol 271 - odkąd go badam, stale rośnie. Zaczynałam od 181, a skończyłam na 271. Nie panikuję, nie winię nadto swojej diety, tylko analizuję. Przede wszystkim wartości, mieszczące się w widełkach laboratoryjnych*, miałam wtedy, kiedy moja waga była zdecydowanie niższa (znaczy miałam mniej tłuszczu). Byłam też wówczas młodsza i miałam o 1 lub nawet 2% mniej otłuszczone organy wewnętrzne (wynika to z porównania zawartości w moim organizmie tłuszczu trzewnego), w tym wątrobę, która jak wiadomo (albo i nie) ma bezpośredni związek z cholesterolem. Wspominałam już zresztą o tym w poście Dzień 6 i 7. Okazuje się, że wtedy miałam cholesterol całkowity 228 - co prawda mniej niż obecnie, a jednak powyżej normy. To tylko potwierdziło moje przypuszczenie, że istotną rolę w tym całym cholesterolowym zamieszaniu odgrywają frakcje cholesterolu (HDL, tzw. "dobry" i LDL, tzw. "zły") i poziom trójglicerydów. Wówczas badałam również owe frakcje, a wynik był następujący: HDL 86 (podobno nawet dla tego dobrego cholesterolu, którego im więcej, tym lepiej, jest górna granica... 80 :D), LDL 126, a więc mieścił się w (co niektórych) laboratoryjnych normach, jeśli brać je za wyznacznik do porównań chociażby (a wg jednej z nich było go nawet zbyt mało, gdyż powinien wynosić od 135 do 155 jtj), natomiast trójglicerydy miałam wówczas na stosunkow niskim poziomie 56 (tutaj norma mówi, że powinno ich być poniżej 150 jtj). Jak się więc okazuje, "winowajcą" tak wysokiego poziomu cholesterolu całkowitego był... HDL. Tym razem też zbadam HDL, LDL i trójglicerydy, by mieć dowód na to, że laboratoryjne widełki, zwłaszcza w przypadku badań podstawowych, często są niewiele warte (a to właśnie zwykle na ich podstawie lekarze przepisują leki, zamiast pogłębić badania**), a dieta nie jest bezpośrednią przyczyną podwyższonego cholesterolu we krwi. W ostateczności zostają jeszcze badania wątroby. Jestem prawie pewna, że podwyższony poziom LDL, czy trójglicerydów odzwierciedla zły stan wątroby. A ten bierze się oczywiście z niewłaściwej diety, jednak nie mam tutaj na myśli masła, wieprzowiny, czy śmietany, a produkty wysokoprzetworzone, z "uszlachetnionej"*** mąki pszennej, czy pełne niezdrowych dodatków do żywności. Winą obarczam margarynę, a nie masło. Zapytaj sam siebie, co powstało w sposób bardziej naturalny: masło powstałe przez ubicie śmietanki, czy margaryna powstała przez utwardzenie, naturalnie płynnego, oleju i dodanie do niego emulgatorów i całej masy innych wynalazków XXI wieku? I jeszcze jedna ważna rzecz - wątroba zatruwana jest nie tylko żywnością, ale i lekami. Także tymi, które pozornie mają jej pomóc. Wszystko, co wrzucasz do swojego organizmu przechodzi przez wątrobę. Zdecydowanie mniej pracy ma, kiedy usuwa toksyny z masła aniżeli z margaryny, z jabłka aniżeli z batonika, z domowej pomidorówki, aniżeli zupki chińskiej. A że ostatnio po długim czasie przerwy powróciłam do owych zupek, a chipsy jadłam niemal codziennie, do tego zmuszona byłam stosować antybiotyki na H.pylori, to nie zdziwi mnie, jeśli LDL faktycznie będzie podwyższony. Ale masła na margarynę na pewno nie zamienię! Leków/suplementów diety obniżających cholesterol (szczerze mówiąc nie interesowałam się nawet co apteki na tę "dolegliwość" proponują), nawet jeśli internista uzna to za wskazane, też brać nie będę. A po dokładnych badaniach na pewno wrócę do tematu.

*kiedyś było to do 200 jtj, a od jakiegoś czasu nagle jest do 190 jtj i ta zmiana już sama w sobie pokazuje, ile warte są normy laboratoryjne
**jak dla mnie jakaś niemieszcząca się w normie wartość jest tylko sygnałem alarmowym i wymaga dalszej, głębszej diagnostyki, ewentualnie szukania przyczyny takiego stanu w sobie, a nie maskowania go lekarstwami, czy jeszcze gorzej - suplementami diety
***możliwe, że kiedyś już o tym wspominałam, ale jakoś nie mogę tego w żadnym poście znaleźć; uszlachetniona mąka pszenna, a w zasadzie uszlachetniona pszenica to nic innego jak zmodyfikowana genetycznie pszenica tak, by dawała więcej plonów z hektara niż naturalnie jest w stanie, a do tego zmuszona do czynienia tegoż w krótszym niż naturalnie czasie

Drugą częścią mojego "wyzwania" był bieg. I tu śmiało mogę zrezygnować z cudzysłowia. Bo to było wielkie wyzwanie (dla mnie i na tamtą chwilę), szczególnie w obliczu warunków w jakich przyszło mi biec. A właściwie jednego niesprzyjającego warunku: OKRES. Chociaż nie, był jeszcze jeden spowalniający mnie element: BRAK WODY na trasie. W każdym razie przebiegłam 5,4 km w czasie 39 minut i 58 sekund.


Yyy ja i mój medal tuż po.

No i słowo o psychoterapii. Jak na razie układa się pomyślnie. Regularnie odwiedzam psychologa
i z każdą wizytą coraz bardziej rozumiem i analizuję swój problem, wiem też jak powinnam w wielu sytuacjach postępować, co wciąga mnie w wir problemów, a co mnie od nich oddala. Wiem, że na etapie dorastania zabrakło poczucia bezpieczeństwa i właśnie to jest podstawą tych wszystkich destrukcyjnych zachowań: zaburzeń odżywiania, poczucia inności, braku poczucia własnej wartości, lęków, niszczenia własnego ciała. W sumie to pierwszy psycholog, który zaproponował terapię schematów. Więcej o terapii schematów i samych schematach w książce "Program zmiany sposobu życia. Uwalnianie się z pułapek psychologicznych" J. Young i J. Klosko. Mogłabym to oczywiście wyjaśnić swoimi słowami, co zresztą uczyniłam w poście, którego nie opublikowałam, ale nie chcę zanudzać. Uznaję, że zainteresowani sami zgłębią temat. Lub po prostu do mnie napiszą.