piątek, 6 maja 2016

Melduję się!

Dla tych, którzy mnie czytają. Trochę się ostatnio u mnie dzieje, stąd zaniedbuję bloga. Przepraszam. Ostatni raz pisałam 2 miesiące temu i w zasadzie od tamtego czasu, w kwestii diety, niewiele się u mnie zmieniło. Nadal nie trzymam się sztywno swoich własnych zasad, nadal się obżeram, a dodatkowo przestałam ćwiczyć. Dobra informacja jest taka, że od 11 stycznia do czasów obecnych, schudłam. 11 stycznia, znienawidzona przeze mnie, waga wskazała 81,4 kg, natomiast obecnie wskazuje przeważnie (nawet po totalnym obżarstwie dnia poprzedniego) 74,5 kg. Wniosek z tego taki, że schudłam 7 kg. Ktoś sobie pomyśli, że żaden wyczyn schudnąć 7 kg w 4 miesiące. Ja czasem też tak myślę, bo przecież mogłam ważyć teraz 65 kg. Ale zaraz potem myślę sobie hej, przecież ważysz 7 kg mniej! Nieważne ile czasu Ci to zajęło. Teraz ważysz 74,5 kg i z tym walczysz dalej. Z tym, a nie z 80 kg. Równie dobrze mogłaś przez ten czas przytyć do 90 kg.
Ciężko mi teraz ruszyć "na nowo", ale staram się. Każdego dnia od nowa. I jak tylko mi się uda nad sobą (a właściwie nad Gadzim) zapanować, na pewno napiszę.

Teraz praca. A właściwie jej brak. Czasem się zastanawiam, czy to aby na pewno nie z mojej winy. Otóż... z początkiem kwietnia rozpoczęłąm staż w prywatnej firmie zajmującej się produkcją mebli dziecięcych i młodzieżowych. Wszystko zapowiadało się pięknie. Dojazd nie najgorszy, godziny pracy od 8 do 16, szef wydawał się być w porządku, stanowisko technik prac biurowych... Ostatecznie już po 3 dniach znalazłam się na skraju psychicznej wytrzymałości i w trosce o swoje dobro, zrezygnowałam. Nie przeczę, że jestem nazbyt wrażliwa, mam nerwicę, zaburzenia lękowe i inne "problemy z głową". Ale wysoce nie na miejscu wydaje mi się to, co tam wyprawiano. Zacząć należy od tego, że szef, z którym miałam okazję rozmawiać i zarazem, jak się później dowiedziałam, mój opiekun stażu, od niedawna nie jest już szefem, a w firmie bywa okazjonalnie. Nowym PREZESEM, jak sam się nazywał, okazał się być obleśny grubas, z którym rozmawiałam w dzień potwierdzenia mojego stażu. Już wtedy wydał mi się wyjątkowo niesympatyczny i wywoływał we mnie strach. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, że on w tej firmie coś znaczy. Siedział za biurkiem i odbierał telefony od klientów. Nie wiedziałam też, że jedyna kobieta, pracująca w tej firmie, z którą umawiałam pierwsze spotkanie w sprawie stażu, już tam nie pracuje. No, ale konkretnie, co mi się nie podobało. Poza traktowaniem mnie bez szacunku przez (jakże mogłoby być inaczej!) grubasa, krzyczeniem (w końcu to tylko stażystka) i wymaganiem wykonania zadań, do których nikt wcześniej mnie ani nie upoważnił, ani nie przeszkolił, kazano mi pracować na dość mocno niesprawnym sprzęcie (którego nota bene pierwszego dnia rano jeszcze nie było). Dostałam dostęp do czyjejś poczty, zawalonej wiadomościami od rozwścieczonych brakiem towaru klientów i od tamtego dnia ów poczta miała być moja, bez żadnego hasła. Miałam sygnować własnym imieniem i nazwiskiem wiadomości wychodzące z poczty, do której dostęp miałam nie tylko ja. A sam komputer nie posiadał żadnych podstawowych programów, nawet pakietu Office. Polecono mi więc ściągnąć z internetu (!) wszystkie potrzebne programy, w tym pakiet biurowy OpenOffice - słabą podróbkę Office, jak stwierdzono. Ale to jeszcze nic w porównaniu z informacją, jaką otrzymałam dopiero pierwszego dnia pracy na temat mojego miejsca pracy. Zarówno w ofercie pracy, którą firma zgłosiła do Urzędu Pracy jak i we wszystkich papierach, które podpisywałam przed rozpoczęciem stażu, widniał właściwy adres firmy, miejscowość dość spory kawałek za Poznaniem (nazwijmy ją Wieś). Mi to odpowiadało, bo mieszkam w tej samej gminie, w której znajduje się firma. A tu się okazuje, że na życzenie pracodawcy mam krążyć pomiędzy Wsią (jakieś 20-30 km od Poznania), a centrum Poznania, dokładnie tam gdzie w normalnych warunkach dojazd jest trudny, a obecnie wciąż trwają remonty. Wszystko oczywiście komunikacją miejską na mój koszt. Na moje wyraźne wątpliwości, pojawiła się mglista wizja zwrotu kosztów za dojazdy do Poznania, jednak bez żadnego poświadczenia, że tak właśnie będzie. Jeśli to jeszcze jest mało, to dodam, że w firmie było wyjątkowo zimno, o czym przełożeni doskonale wiedzieli. Tłumaczyli to sezonem przejściowym, a jak widać w takim, niezależnie od pogody, w piecu się już nie pali. Dali mi więc niegrzejący grzejniczek elektryczny. Chyba tylko po to, żeby był. A i to nie wszystko. Już drugiego dnia (wtorek) dostałam dość sporą broszurkę z wymiarami wszystkich produkowanych tam mebli (ok. 300) oraz wymiarami opakowań do każdego z nich. I kazano mi nauczyć się tych wszystkich wymiarów na pamięć! Do piątku. Zdecydowanie zaoponowałam. Nie tylko dlatego, że z fizycznego punktu widzenia, było to niewykonalne (zwłaszcza w godzinach pracy - wówczas zawalali mnie bezcelową robotą, pozbawiając nawet przerwy - a poza godzinami stażu nie zamierzałam się tego uczyć), ale też dlatego, że wydało mi się to wyjątkowo bezsensowne. Bo jeśli celem faktycznie było sprawdzanie pracowników, którzy te meble wyprodukowali i zapakowali jak twierdzili, to dlaczego nie mogę robić tego z kartką z wymiarami w ręce? Moim zdaniem sprawdzanie fachowców od produkcji mebli nie należy do obowiązków technika prac biurowych, a wręcz jest wysoce nie na miejscu, bo to tak samo jakby sprzedawca pieczywa sprawdzał pracę piekarza. Pominę już fakt, że nikt mnie tam niczego nie uczył. No może poza rzuceniem na biurko katalogu z meblami i poleceniem najpierw zapoznania się z nim, a później nauczenia się asortymentu. Poczułam się jak w szkole. Bo zamiast pozwolić mi zapoznawać się z asortymentem stopniowo w praktyce, miałam nauczyć się teorii, nic nieznaczących nazw mebli, ich wyglądu na zdjęciach i wymiarów. Na koniec zostawiłam wisienkę. Największy absurd tego stażu. W środę, mojego ostatniego tam dnia, grubas wezwał mnie do siebie. Zapytał o moje imię i nazwisko (!), gadał coś tam o firmie i zmianiach, jakie teraz następują (oczywiście na czele z informacją o zmianie PREZESA), dużo o sobie i swoim doświadczeniu ze stażystami, wspominał coś o "koceniu nowych" i obowiązku wykonywania przeze mnie wszystkiego, co mi zlecą. Czyli, że zakresu obowiązków na piśmie nigdy nie zobaczę. Niby technik prac biurowych, a jednak osoba bez konkretnego stanowiska. Do wszystkiego i do niczego. Ale do rzeczy. Podczas tej rozmowy zwrócił mi uwagę, że za wcześnie (!) przychodzę do pracy. Jako, że uzależniona jestem od komunikacji miejskiej, miałam 2 opcje: albo być o 7:45 (względnie 7:50, gdybym wyjątkowo wolno szła od przystanku, a może i kiedyś punktualnie o 8, gdyby się autobus spóźnił/zepsuł lub były niespodziewane korki, czy wypadek) albo jadąc następnym busem o 8:05, bez żadnych przygód po drodze i po nerwowym spacerze od przystanku. Bez zastanowienia wybrałam opcję pierwszą. W pracy byłam więc o 7:45 i już wtedy zaczynałam, wychodziłam natomiast o 16 (za wyjątkiem dnia pierwszego, kiedy to wyszłam 15 po - i to już nie spotkało się z żadną uwagą ze strony PREZESA). Powiedział też, że o godzinie 16, kiedy powinnam kończyć pracę, mam zapytać, czy coś jeszcze jest do zrobienia i ewentualnie zostać dłużej. Jak dla mnie jest to sprzeczne z jasną i wyraźną informacją, którą przekazał mi chwilę wcześniej: "pracę zaczynamy punktualnie o godzinie 8, a kończymy punktualnie o godzinie 16". Teraz czekam za decyzją z Urzędu, czy uznają moje argumenty za podstawne i dalej będą opłacać moje ubezpieczenie zdrowotne (i przy okazji szukać dla mnie pracy), czy też nie i poza utratą statusu bezrobotnego, który niewiele dla mnie znaczy, przestaną mnie ubezpieczać. Pewne (jeśli dobrze zrozumiałam) jest natomiast to, że za te 3 dni pracy mi zapłacą, więc chociaż za sieciówkę się zwróci. Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o moją aktywizację zawodową. Niedługo po rezygnacji ze stażu, rozpoczęłam szkolenie w... kiosku. Uznałam wyższość mojego samopoczucia i zdrowia psychicznego nad pieniędzmi i prawie się zdecydowałam. Szczególnie, że zaskakująco dobrze mi szło jak na pierwszy kontakt z kasą. Szalę przeważyła jednak dziewczyna (nazwijmy ją K.), która mnie szkoliła, pracownica tego kiosku o cwaniaczej osobowości i wysokim ego, samozwańcza szefowa. Nie cierpię ludzi, którzy wszędzie byli, wszystko widzieli, a nawet chorowali na wszystkie choroby świata. Ludzi, którzy mają wszystko co najlepsze (w ich mniemaniu oczywiście), wiedzą wszystko lepiej i nie mają za grosz dyplomacji. Ludzi, którzy nie potrafią rozmawiać dla samego dialogu i wymiany poglądów, którzy nie akceptują ludzi innych niż oni sami, a przede wszystkim ludzi o wybujałej fantazji, którzy zwyczajnie kłamią, oczekując wówczas współczucia, podziwu, zazdrości, czy innej formy zainteresowania. Prawdopodobnie nie potrafiłam ukryć, że mam własne zdanie i nawet, kiedy jest ono inne niż reszty świata, nie wstydzę się go, że wyznacznikiem wartości nie są dla mnie wyjazdy zagraniczne i posiadane dobra materialne, że nie lubię jak mi ktoś włazi z buciorami w życie prywatne i mówi co mam robić, czy że w pewnych kwestiach obiektywnie wiem więcej albo chociaż mam zbiór swoich własnych doświadczeń, które chciałabym by szanowano. Prawdopodobnie to wszystko sprawiło, że postanowiła postawić kropkę nad i, bo już pierwszego dnia w kasie było manko. Przepraszam, ja miałam manko. Nieważne, że dostęp do kasy miałyśmy taki sam, a klientów obsługiwałyśmy obie. Winna byłam ja, bo przecież dopiero się uczę, a ona i tak jest nieomylna. Wtedy uznałam, że faktycznie może popełniłam błąd. Chociaż manko było na dziwną sumę. Taką, że ciężko było je logicznie wyjaśnić, a pomylić się przy kilku klientach w ciągu paru godzin to raczej mało prawdopodobne, szczególnie w moim przypadku. Nie, żebym uważała się za nieomylną, jednak nigdy nie robię nic na szybko (no może poza makijażem i fryzurą jak zaśpię), zwłaszcza jeśli w grę wchodzą pieniądze, za które odpowiadam, a ucząc się, sprawdzam wszystko 2 razy. K. z kolei jest wyjątkowo roztrzepaną osobą. Potrafi zostawić klucze w zamku kiosku i szukać ich przez następną godzinę, obsługiwać kilku klientów na raz, a podczas problemów z kasą, zapisywać sprzedane towary na milionie małych wydruków z kasy, nie pilnując ich później należycie. Nawet już podczas mojego dwudniowego szkolenia (po tym czasie zrezygnowałam) zdarzyło się jej czegoś nie zapisać i później na stanie tego towaru mniej (co pewnie wychodzi przy inwentaryzacjach dopiero), a w kasie pieniędzy więcej. Wtedy akurat przypomniała sobie, co sprzedała i zapomniała zapisać, ale nie zawsze tak musi być. Poza tym pieniądze liczyła w takim amoku, że za każdym razem wychodziła jej inna suma, żadna niezgodna, z tym, co powinno być w kasie, a mimo to zmuszała mnie do szybszego (i zarazem niedbałego) liczenia, podczas gdy swój system liczenia pieniędzy mam sprawdzony (pracowałam kiedyś w sklepie, ale bez kasy) i zazwyczaj po dwukrotnym, spokojnym przeliczeniu, otrzymuję dwukrotnie tę samą kwotę. W efekcie zajmuje mi to mniej czasu niż zajmowało K. Generalnie ta dziewczyna nie wzbudziła mojego zaufania, a odpowiadać za czyjeś błędy nie chciałam. Ale wracając do manka, przełknęłam to jakoś, nie zamierzając się poddawać, jednak dnia następnego jasnym stało się dla mnie, że ta dziewucha kręci. Otóż drugiego dnia tylko ja miałam być na kasie, żeby nie było nieścisłości. Jak dzień wcześniej, pilnowałam kasy i bez zbędnego pośpiechu obsługiwałam klientów, ale dodatkowo co jakiś czas przeliczałam sobie kasę. Za każdym razem kwota, która według systemu powinna znajdować się w kasie, co do grosza zgadzała się ze stanem faktycznym. K. wyraźnie się to nie podobało, więc chwilę przed skończeniem zmiany (po jej wyjściu miałam zostać na 2 godziny sama) wysłała mnie do toalety, żebym wyczyściła mopa. Idiotyzm, bo woda po zamoczeniu mopa w niej, chyba nigdy nie zamierzała być czysta, a tego właśnie oczekiwała K. Kiedy wróciłam, a zanim K. wyszła z pracy, chciałam przeliczyć kasę. Oczywiście K. postanowiła zrobić to sama, ale ja nad tym czuwałam. Wiele razy coś jej się nie zgadzało, jakby chciała uśpić moją czujność. W końcu zrobiła tak, że niby się zgadzało. Niby, bo końcówka była inna. Zaraz powiedziała, że jakby mi brakowało 5 zł, czy jakaś inna drobna suma, to nie mam dzwonić do szefowej, tylko ona następnego dnia to wyrówna. I zanim zdążyłam coś powiedzieć, już jej nie było. Oczywiście zaraz po jej wyjściu przeliczyłam kasę i faktycznie brakowało drobnej kwoty. Zanim zdążyłam przeliczyć drugi raz, potwierdzając brakującą kwotę, wróciła jakby chciała mnie sprawdzić, twierdząc, że o tej godzinie nie ma żadnego busa i jeszcze chwilę ze mną zostanie. Powiedziałam jej o braku w kasie, dając do zrozumienia, że tym razem to jest na pewno jej wina, bo przestało się zgadzać dopiero po moim powrocie z toalety. Nie spodziewała się takiego obrotu wydarzeń, więc zaczęła się głupio tłumaczyć. Najpierw, że rozmieniała komuś pieniądze i musiała się pomylić, a później kiedy to wyjaśnienie chyba nawet dla niej samej wydało się naciągnięte jak gacie na tyłek, zaczęła kombinować coś z lotto. Miała 2 różne wersje - rzekome wyjaśnienie pierwszej (wydruk z maszyny) wyrzuciła do kartonu z papierami i nie pozwoliła mi tego sprawdzić, natomiast drugiej sprawdzić nie mogłam, bo celowo wymyśliła, że ktoś kupował zakłady w jakiejś rzadkiej grze, o której nie wspominała mi nawet podczas szkolenia z lotka i w tym się niby pomyliła. Szemrane to wszystko. Szczególnie, że przez cały czas swojego żałosnego tłumaczenia nie spojrzała na mnie ani razu, a to upewniło mnie tylko w przekonaniu, że albo chciała mnie w to manko wrobić, utwierdzając w ten sposób szefową, że manko dnia poprzedniego było moją winą i nie warto mnie zatrudniać, albo nie mogąc nagadać szefowej, że źle sobie radzę (bo już na początku mówiła, że dobrze), chciała żebym sama zrezygnowała. I tak też zrobiłam. Nie, żeby dać jej satysfakcję, bo na upartego mogłam podpisać umowę i kazać się jej ze mną "męczyć", a może z czasem ujawnić jej zagrywki i wykorzystywanie bezgranicznego zaufania, jakie ma do niej szefowa. Ale to nie w moim stylu. Zresztą wiele innych kwestii zniechęcało mnie do tej pracy. Bo poza tym, że K. mogłaby częściej podkładać mi świnię w postaci manka w kasie, za każdy brakujący towar (skradziony, zgubiony, czy nawet brakujący w wyniku podpisania dokumentu z dostawy przed jej sprawdzeniem) to pracownikom odciągają z wypłaty, mimo i tak już niskiego wynagrodzenia (8zł netto za godzinę). Moim zdaniem za duża odpowiedzialność w stosunku do zarobków. Szczególnie, że w "zakres obowiązków" wchodziło też kombinowanie, za które pełną odpowiedzialność ponosi sprzedawca, bo kto by inny. W umowie zapewne nic na ten temat nie podają, ale raczej nie przedłużą Ci umowy po okresie próbnym jak (dla dobra sklepu i swojej własnej wypłaty) nie będziesz sprzedawać towarów spod lady, bez nabicia w system i bez paragonu, których jakimś cudem było na stanie więcej niż powinno. Podobnie z zaznaczaniem w systemie płatności kartą, podczas gdy klient płaci gotówką, byleby się tylko kasa zgadzała. K. uznała nawet, że "po to jest system". Gorzej jak podczas takich oszustw, trafi się na kontrolę. No i oczywiście nikt nie płaci za to, że musisz przyjść pół godziny lub nawet godzinę wcześniej (w pół godziny to nawet we dwie nie zdążyłyśmy przejrzeć całej dostawy i wprowadzić jej do systemu). Nikt za to nie płaci, bo formalnie nikt tego nie wymaga, ale żeby móc sprzedać gazetę z rannej dostawy o godzinie 7 (od tej godzinny czynny jest kiosk i formalnie od tej godziny rozpoczyna się pracę w tym kiosku), to trzeba ją mieć w systemie, no albo sprzedać bez wprowadzania jej w system i jeszcze naściemniać klientowi, że zapłacić może jedynie gotówką (bo terminal płatniczy połączony jest z systemem). Dlatego trzeba przyjść wcześniej, przyjąć dostawę i wprowadzić towary do systemu. Do tego praca zmianowa, bez sztywnego grafiku nie jest da mnie. Lubię mieć bardziej lub mniej, ale jednak poukładane życie, a nie, że mi rano w dzień wolny będzie ktoś z pracy dzwonił, czy nie mogę jednak do pracy przyjść. Jak nie przyjdziesz, a nie masz konkretnej wymówki, albo zobaczą Cię w markecie, w którym znajduje się ów kiosk, to zaraz Cię znienawidzą. Albo obgadają, zwłaszcza K. do tego pierwsza. Czego to ja się nie nasłuchałam na temat dziewczyny, którą szkoliła przede mną. Ciekawe co o mnie opowiada innym. No i oczywiście zatrudniając się tam, musiałbym zgłębić temat papierosów i liquidów, cokolwiek to jest. I nie wystarczy, że wiedziałabym, jakie są i gdzie leżą. Wypadałoby też potrafić odpowiedzieć klientowi, czym się różnią jedne od drugich i które są lepsze. A jak nie wiesz, które papierosy są mocne, to Cię K. wyśmieje jak zrobiła w przypadku mojej poprzedniczki. Szkoda, że jeszcze zanim się dowiedziała, że ja też się na tym ustrojstwie nie znam. I to by było na tyle w temacie pracy. 

Po drodze, bo 25 kwietnia, świętowałam z moim kochanym naszą 1. rocznicę. Trochę mnie to pochłonęło, chciałam by było wyjątkowo, a ostatecznie dokładnie w dzień rocznicy zaatakowało mnie przeziębienie. Mimo to miło spędziliśmy razem czas. Cieszy mnie, że dotrwaliśmy do tego etapu, ale najważniejsze, że jesteśmy szczęśliwi. Ja z nim, a on ze mną :)

Dowiedziałam się też, co jest najbardziej prawdopodobną przyczyną męczącej mnie od niepamiętnych czasów chrypki, a może i innych objawów chorobowych, których dotąd nigdzie nie szło przyczepić, takich jak problemy z oddychaniem, irracjonalne zmęczenie, dziwne kłucie w żołądku, refluks i jeszcze pewnie wiele innych. Na samą myśl o bieganiu bez chrypki i duszności, cieszę się jak dziecko. Chociaż póki co brzmi to raczej jak utopia. A wszystkiemu winna jest mała, złośliwa bakteria Helicobacter pylori, bytująca w żołądku i dwunastnicy, powodująca u grupy wątpliwych szczęściarzy wrzody lub nowotwory. Sama pewnie nigdy bym się nie przebadała, chociaż powinnam bo jestem obciążona genetycznie (babcia bardzo młodo zmarła na wrzody, mama choruje na wrzody, bo H.pylori zostało wykryte w zaawansowanej fazie choroby, a ja mam 26 lat i być może od urodzenia H.pylori w sobie), a co za tym idzie sama bakteria nie jest mi obca. Co więcej czytałam nawet kiedyś, że może ona powodować uciążliwą chrypkę. Najwyraźniej nie połączyłam faktów. Gastrolog, u którego byłam kilka lat temu z bólami brzucha, w obawie przed wrzodami właśnie, też nie raczył mnie uświadomić, ani nawet skierować na badanie, choćby w kierunku tej bakterii. No, ale nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Mam nadzieję, że uda mi się wykończyć te małe, pełzające gnojki, zanim narobią nieodwracalnych szkód w moim żołądku. Obawiam się tylko, że bez gastroskopii się nie obędzie, a chyba niczego się tak nie boję (no może poza narkozą, której boję się bardziej). W obecnej sytuacji mogę się tylko cieszyć, że w Poznaniu w ramach NFZ przyjmują jeszcze wszechstronni specjaliści godni zaufania. Gdybym bezmyślnie słuchała poprzednich laryngologów, to nadal myślałabym, że "taki mój urok" albo nie miałabym już migdałków, a problem chrypki jak i wiele dodatkowych męczyłyby mnie dalej.

6 komentarzy:

  1. Ale miałaś przejścia z tą pracą... Mam nadzieję, że następna już będzie normalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pracą niestety szczęścia nie mam, ale wierzyć mi się nie chce, że nie ma pracy dla mnie. Szczególnie, że chcę pracować, a oczekiwań wcale nie mam wielkich.

      Usuń
  2. Coś tutaj cisza ostatnio... :/ Hop, hop! Wszyscy czekamy na nowy wpis! ;) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto jak kto, ale Ty akurat doskonale wiesz co u mnie słychać... kochanie :* A do nowych postów póki co weny brak :)

      Usuń
  3. ech, chciałam tylko napisać, że jesteś piękna naprawdę. Nie wiem jak wyglądasz teraz, ale widziałam zdjęcia z starszych postów i naprawdę jesteś cudowna, nie tylko z twarzy ale i z ciała.
    Gratulację z utraty wagi.
    Wiem co czujesz, zmagam się z BED i choć myślałam, że jest już lepiej w ostatnim czasie przytyłam 4 kg i ja niedługo będę ważyć 90 kg nie, 75.
    POWODZENIA, NAPRAWDĘ JESTEŚ PRZEPIĘKNA!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak miły komentarz :) Ale póki co piękną się nie czuję... Poza tym, że to siedzi mentalnie w głowie, niezależnie od wagi, to wciąż mam nadwagę/otyłość i brak pomysłu jak to raz na zawsze zakończyć i odwagi, by to zrobić. No i nie tylko waga jest moim kompleksem. Zdjęcia pewnie w 100% nie oddają rzeczywistości, więc nie wkręcaj sobie, że ktoś z patologicznym nagromadzeniem tkanki tłuszczowej może być fizycznie atrakcyjny. Zarówno ja jak i Ty mamy problem... Napisz do mnie na maila, to może razem coś zaradzimy :)

      Usuń