sobota, 27 lutego 2016

Toruń. I słów kilka o diecie.

Punkt pierwszy tego posta to wyjazd walentynkowy do Torunia. Jakoś nie mogłam się zebrać, żeby napisać wcześniej. W zasadzie za wiele do pisania nie ma, ale za to jest kilka zdjęć, które albo przypadkiem są zrobione w taki sposób, że wyglądam na chudszą (niż wcześniej) albo faktycznie pokazują, że jestem chudsza. Nadal nie wiem, ile ważę, stąd te domysły. Jeszcze w okolicach tego wyjazdu byłabym skłonna efekty swojej pracy dostrzec w lustrze, jednak teraz mam wrażenie, że coraz bliżej mi do punktu wyjścia, choć wciąż mam nadzieję, że 7 z przodu jest. A to wszystko dlatego, że po powrocie nie potrafiłam tak na dobre wrócić do diety, zaniechałam nieco treningi i tak jak przypuszczałam - zagubiłam się w swoich własnych poprawkach do diety. Ale o tym za chwilę. W Toruniu byliśmy 3 dni. Pierwszy - Walentynki - niezbyt udany, bo zakończony kłótnią i "kolacją" (a ściślej rzecz ujmując niezdrowym żarciem z KFC) w hotelowym łóżku. Nigdy nie lubiłam Walntynek, niezależnie od tego, czy byłam wówczas z kimś, czy nie. Źle na mnie działają tłumy zakochanych na pokaz, ludzi. Niestety większość z tych, mijanych na ulicach 14 lutego, zakochanych, na co dzień siebie nie zauważa. Kobiety nie dostają kwiatów bez okazji (a niektóre nie dostają ich nawet, gdy okazja jest) i nie jadają romantycznych kolacji w restauracji. W Walentynki każda przyzwoita restauracja wypełniona była po brzegi i bez rezerwacji na darmo było wchodzenie do środka. Rozzłościło mnie to bardzo (szczególnie, że na kilka punktów się wyjątkowo napaliłam), a jak dodać do tego głód (i nieblaknącą świadomość bycia na diecie) to inaczej niż kłótnią skończyć się nie mogło. Na szczęście szybko (po jedzeniu?) doszliśmy do porozumienia. Dzień drugi - poniedziałek - miał być dniem najaktywniejszym. Zaplanowaliśmy sobie miejsca, które chcemy odwiedzić i wydawało się, że nawet deszczowa pogoda nam planów nie popsuje. I nie popsuła. Za to popsuł dziwny toruński zwyczaj (?) "nieczynnego miasta". Planetarium w poniedziałki nieczynne, wieża widokowa w katedrze również, jakieś tam muzeum i inne ciekawe punkty pozamykane, a do tego co druga knajpa z jedzeniem zamknięta. W taki oto sposób większość atrakcji przesunęła się na dzień wyjazdu - wtorek, a ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo chwilę po wymeldowaniu się z hotelu, potwornie zaczął mnie boleć brzuch i dostałam okres. Czas więc, który był przeznaczony na toruńskie atrakcje, upłynął na poszukiwaniu toalety, siedzeniu w aucie i biciu się z myślami, czy czekać aż ból sam przejdzie, czy może jednak wziąć tabletkę (jakiś czas temu postanowiłam odzwyczaić się od leków przeciwbólowych w nadziei, że z czasem mój organizm sam nauczy się zwalczać ten okropny ból okresowy). Bolesne skurcze oczywiście się tylko nasilały, a ja nie chciałam z tego powodu przekreślać wszystkich planów i od razu wracać do domu. Uparłam się, zmierzaliśmy już nawet do planetarium, ale ból nie mijał, do tego było mi strasznie zimno i co chwilę siadałam na ławce, więc w końcu chłopak poszedł po auto, podjechał po mnie, kupił mi tabletki i wzięłam ją w końcu, a kiedy poczułam się trochę lepiej, pojechaliśmy do planetarium, zadowoleni, że coś z naszych planów uda się uratować. Jak się jednak okazało na miejscu, ostatni seans się właśnie skończył (co innego podawali w internecie). Znaczy, że nic nam sie tego dnia nie udało zobaczyć/odwiedzić, a na dodatek wyjechaliśmy na tyle późno, że przekreślić musieliśmy też powrót przez Myślęcinek, gdzie chcieliśmy wybrać się do słynnego domku do góry nogami.







No to teraz czas na dietetyczną spowiedź. Będąc w Toruniu wyrzucałam sobie, że nie trzymam diety i jem za dużo. W przeciągu ostatnich dwóch tygodni szalałam jednak znacznie bardziej. Nie tylko z dietą, ale i zaniedbywaniem spacerów, czy odpuszczaniem treningów. Jedynym plusem jest to, że nie tykałam wagi, a to pozwalało mi co jakiś czas przywrócić się do pionu. Dlaczego? Bo nie mam pewności, że przytyłam, a jeśli nawet to i tak nie wiem ile, bo nie wiem, ile wcześniej schudłam. Widzę tylko i czuję po ubraniach, że nie wszystko stracone, bo niezależnie od tego ile obecnie ważę, na pewno nie jest to 81,4 kg, z którymi zaczynałam walkę, a jak wrócę na dobre tory teraz, to gorzej niż jest teraz, być już nie może. Do wczoraj moja dieta wyglądała jak sinusoida. Niby nie było dnia, żebym przekroczyła 2000 kcal (chociaż moim zdaniem niekiedy okropnie grzeszyłam), ale ciężko było mi się przestawić na reżim słodyczowy sprzed wyjazdu (a zwłaszcza stronienie od toruńskich pieniczków, których trochę ze sobą przywiozłam). I tak było do wczoraj, bo wczoraj (a właściwie dziś w nocy) osiagnęłam dno totalne. Zeżarłam tak dużo, że zwyczajnie źle się czułam. Zdecydowanie gorzej niż, kiedy kładę się spać głodna. No i od dziś znów jestem na diecie. Przynajmniej przez 3 tygodnie (bo tyle tygodni coś było nie halo) na diecie bez EDIT, a później się zobaczy. Niby w głowie mam jakiś plan, ale nie chcę za nadto wybiegać w przyszłość. Doszłam do wniosku, że zdecydowanie bardziej służy mi "nudna", bezwzględna dieta niż nudna, "bezwzględna" dieta z drobnymi (w zasadzie tylko z założenia) odstępstawami.

4 komentarze:

  1. W końcu zdjęcia!!! :) Widać miłość w Waszych oczach...
    W poprzednie Walentynki wybraliśmy się do Wrocławia, hotel mieliśmy zarezerwowany (był od jakiegoś czasu w remoncie i mieli go otworzyć 30 stycznia), jeszcze pisałam do managera, czy na pewno na Walentynki będzie otwarty-potwierdził. Jakie było nasze zdziwienie, jak przy dzwonieniu i pytaniu, gdzie jest wjazd na ich parking, dowiedziałam się, że goście zostali przerzuceni do innych hoteli, na miejscu powiedzą nam gdzie dokładnie. Wnerw od samego początku, bo przecież mogli napisać maila, do jakiego hotelu mamy pojechać. Na szczęście nowy hotel był 2 gwiazdki lepszy, bliżej restauracji, gdzie mieliśmy rezerwację i jeszcze bliżej klubu, do którego poszliśmy potańczyć. Nie obeszło się bez tych i innych drobnych przeciwności, ale najważniejsze, żeby sobie z nimi radzić, razem ;)
    Trzymam kciuki, żebyś trzymała się postanowień. Jak jestem głodna wieczorem to idę się kąpać i kładę się do łóżka, potem nie chce mi się z niego wyłazić i mam z głowy :P
    Ściskam!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... i nic się nie da ukryć :p
      Coś Walentynki takie pechowe. Szczęście w nieszczęściu, że skapnął Wam się lepszy hotel :) Masz rację, najważniejsze to pokonywać przeszkody razem! Ah jaka ja jestem szczęśliwa, że mam mojego księcia!
      Z tym trzymaniem się postanowień to coś krucho mi idzie... ale się staram :) Ostatnio dopadło mnie zniechęcenie, bo nie za bardzo mogę ćwiczyć (ponad tydzień temu w nocy jakoś dziwnie uderzyłam się o stolik nocny i do teraz dość konkretnie boli mnie z boku), ale co do metody na wieczorne niejedzenie - potwierdzam, że dobra! Chociaż w moim przypadku czasem nie zdaje egzaminu... bo mi się ciężko zwlec do łazienki jak mi po głowie chodzi chleb, czy słodycze (chyba żadne inne jedzenie aż tak silnie mnie do siebie nie przyciąga). Ale jak już się pójdę myć, to połowa sukcesu za mną, a jak już umyję zęby to raczej żadne jedzenie mnie nie ruszy (dopóki czuję w paszczy pastę) :D

      Usuń
  2. Super post. :-) Świetne zdjęcia, wspaniale razem ze sobą wyglądacie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz ;)
      Pozdrawiam

      Usuń