poniedziałek, 8 lutego 2016

EDIT

No dobra. Te pączki na stronie głównej zdecydowanie mi nie służą. Oto więc kolejny wpis o tym jak zamierzam uprzyjemnić (a zarazem utrudnić) sobie dietę.


Kolejna karta, która dołączyła do pozostałych zawisłych na szafie. Obowiązuje od dziś. I pewnie już dzisiaj wykorzystałabym przywilej słodkiej przekąski, gdyby nie fakt, że wczoraj, pierwszy raz od miesiąca, nie wytrzymałam i zjadłam trochę słodkości. Niby niewiele, a jednak według moich skrzętnych obliczeń okazuje się, że było to ponad 500 kcal, także teraz muszę odpokutować. Nie składam jednak broni, bo nadal jestem pulpetem, co najwyraźniej widzę na kilku zdjęciach zrobionych chwilkę przed studniówką. Mam nadzieję, że wśród profesjonalnych zdjęć z tejże imprezy, znajdzie się coś godnego opublikowana, niemniej pewnie trzeba będzie na nie trochę poczekać.
Zmiany w diecie nie są jakieś powalające, więc zaszkodzić nie powinny a może choć trochę ją uprzyjemnią. Zdaję sobie przy tym sprawę, że to, co zakazane kusi najbardziej, a niezdrowe, czy słodkie jedzenie działa jak narkotyk. Zdecydowanie łatwiej nie zjeść cukierka wcale niż zjeść tylko jednego, a jednak chcę spróbować. Jeśli nie będzie się to sprawdzać, to wrócę do punktu wyjścia. Oby nie z wagą. Chociaż w gruncie rzeczy nie mam nawet pewności, czy schudłam. Odkąd stosuję dietę i ruszam swoje tłuste cztery litery (czyli dokładnie od 29 dni z dzisiejszym włącznie), nie weszłam na wagę, a i w lustrze nie widzę zmian. Jedyne, co może sugerować, że COŚ (być może woda) ze mnie ubyło, to nieco mniej wystający brzuch i tym samym luźniejsza kurtka. Spodnie nadal noszę te same i ani odrobinkę luźniejsze nie są. Przyznam szczerze, że niepokoi mnie to coraz bardziej i z chęcią już dziś wskoczyłabym na wagę, ale z doświadczenia wiem, że w drugiej fazie cyklu lepiej tego nie robić. Zresztą cokolwiek bym tam nie zobaczyła, i tak nadal jestem obiektywnie gruba, więc skończyłoby się pewnie na niemałej uczcie produktów zakazanych. A nie mając pewności, że waga jest zawyżona przez czyhający za rogiem okres, uznałabym pewnie, że to moje wysiłki idą na marne, więc czas rzucić dietę i zacząć się bezkarnie obżerać na pocieszenie. A zaraz potem zaczęłabym pewnie szukać medycznych przyczyn nie chudnięcia, tłumacząc się tym przed sobą (i całym światem), mając jednocześnie gdzieś z tyłu głowy, że najpewniej nic mi nie dolega, a prawdziwą przyczyną takiego stanu rzeczy jest zwykłe obżarstwo. Co innego, gdyby taka sytuacja miała miejsce naprawdę, gdybym zważyła się po okresie, po miesiącu, czy dwóch wyrzeczeń, bez oszukiwania się, bez grzeszków na sumieniu, a waga stałaby w miejscu... To jednak zbyt czarny scenariusz jak na moje obecne czarne samopoczucie (zbliżający się okres i milion, związanych z tym, skutków ubocznych; grubas, którego codziennie widzę w odbiciu lustra; brak pracy; wizja marnych, zerowych lub nawet ujemnych efektów moich starań; wieczny głód, jak nie fizyczny, to słodyczowy i wiele innych), więc zakończę zdjęciami pozostałych bazgrołów z mojej szafy.



Zdjęcie zrobiłam jeszcze zanim podwójnie skreśliłam 7.02 ;)

3 komentarze:

  1. Super artykuł, bardzo Ci kibicuję i zapraszam do siebie: http://www.fitnesswomen.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj! Dawno mnie tu nie było, ale ciągle o Tobie pamiętam i właśnie przeczytałam Twoje ostatnie wpisy.
    Ciesze się, że znowu walczysz. Mocno Ci kibicuję :)

    OdpowiedzUsuń