wtorek, 5 stycznia 2016

No więc jak?

Pytam siebie wielokrotnie czego tak naprawdę chcę i co dalej z blogiem. Bo z jednej strony to szary blog i pewnie niewiele osób regularnie go czyta(ło), a z drugiej zaczęłam coś i nie skończyłam. Nie mam ochoty kończyć. Wiem, że jeszcze nieraz napiszę, ale nie chcę robić tego na siłę. Nie chcę, bo wiem, że czytelnik to czuje. Poza tym wierzę, że ktoś jednak (nie przez przypadek) tu zagląda i nie tylko ciekaw jest co u mnie słychać, ale i sam stara się odnaleźć siebie. Może właśnie w tym co piszę. Ale do rzeczy! Jak zaczęłam tyć z wagi, powiedzmy, normalnej (a przynajmniej najniższej jaką posiadłam w dorosłym życiu), byłam przerażona, że dzieje się to tak szybko, a wszelkie próby zatrzymania tego procesu okazywały się nieudane. Teraz chyba wróciłam do punktu wyjścia, bo przestałam tyć w tak gwałtownym tempie. No i co dalej? Trzeba schudnąć. Oczywiście pojawiły się myśli tej zaburzonej części mnie. Głodówka, kolejna cudowna dieta, przez moment nawet "chęć" powrotu do bulimii. Ale to tylko myśli. Żadnej z nich nie wprowadziałam w życie, bo czasem umiem uczyć się na błędach. Zastanawiałam się więc co dalej. Może odchudzić się tylko do studniówki, a potem się zobaczy? Może postarać się mniej jeść albo jeść zdrowiej? A na bloga wrzucać zdjęcia posiłków i regularnie opisywać moją wspaniałą dietę, która i tak nie zmieni niczego w mojej głowie? Może zrezygnować z kolacji, może z obiadów, a może ze śniadań? Umówiłam się nawet z chłopakiem na (w zasadzie bezterminowe) 10 kg - ja schudnę, a on przytyje, co w efekcie dałoby nam... taką samą wagę! Zniechęciłam się już na samą myśl. Poza tym to dwa różne światy. Wiem, co powinnam albo raczej co byłoby dla mnie dobre: stopniowo zmieniać nawyki żywieniowe, wyrzucić wagę i ruszyć dupsko spod ciepłej kołdry, ale do tego trzeba cierpliwości, wytrwałości, samozaparcia, motywacji. A mi się zwyczajnie nie chce. Albo inaczej. Potrzebuję kogoś nad sobą. Kogoś, kto będzie dla mnie autorytetem w tych sprawach i  komu uwierzę, jeśli powie DO MNIE "nie jedz czekolady i frytek, 3 razy w tygodniu wyjdź na spacer albo zrób konkretne ćwiczenia, a jeszcze przed końcem zimy zobaczysz efekty". Bo wiecie, w internecie jest wiele fitnessek, dziewczyn co to dużo schudły, programów odchudzających, ale to wszystko jest dla ogółu, nikt mi nie da pewności, że ćwiczenia, które wykonuje ktoś tam, sprawdzą się również u mnie. Może faktycznie jestem zbyt sceptycznie nastawiona, ale z czegoś to musi wynikać. I zamierzam się tego dowiedzieć, chociażby współpracując z psychologiem. Jak dotąd to najbardziej hm kompatybilny ze mną specjalista. Czuję, że dopiero zmiany w mojej głowie, myślach, odczuciach, emocjach, spowodują zmiany w zachowaniu, jedzeniu, organizacji czasu, samoakceptacji, a co za tym idzie także w wyglądzie.

6 komentarzy:

  1. ja Cię czytam i o Tobie pamiętam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też tu wpadam i zawsze mam nadzieję, że napisałaś coś nowego.
    Czytając tego posta miałam wrażenie, że napisałaś coś, co i ja powinnam napisać u siebie, chcąc być szczerą z czytelnikami, ale jest mi tak bardzo wstyd, bo po ostatniej wspaniałej diecie gacy, w którą włożyłam czas i pieniądze, niemałe, w ciagu ponad półtora roku prawie wszystkie kilogramy mi wróciły, wiem dobrze, o czym piszesz!
    Jestem teraz w domu, teoretycznie mam tyyyyyyyyle czasu i na ćwiczenia, przygotowywanie posiłków, ale taaaaaaaaak bardzo mi się nie chce, że szok, sama siebie nie poznaję i nie mam pojęcia jak to zmienić. Leń normalnie!! Też mi brakuje osoby, która by mnie trzymała w ryzach i machała batem a i przywaliła, jakby była potrzeba...
    Powoli dorastam do nowych celów, ale odbywa się to bardzo powoli, baaaardzo powoli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda jest taka, że każda porażka podcina skrzydła, tym bardziej im więcej ludzi o niej wie. A każda dieta, nadto odbiegająca od naszego normalnego odżywiania, skończy się niepowodzeniem.
      Rozumiem, bo przechodzę przez to samo. Dopiero niemalże rok siedzenia w domu uświadomił mi, że właśnie teraz jest najlepszy czas i jeśli chcę coś w sobie zmienić, muszę się zmobilizować mimo ogromnej niechęci do wszystkiego. Trzymam kciuki, żeby u Ciebie wydarzyło się to wcześniej, a kto wie, może już niedługo dostaniesz pracę, a wtedy (wbrew pozorom!) łatwiej będzie Ci ruszyć też z innymi sprawami :)
      Dzięki, że jesteś! :)

      Usuń