poniedziałek, 18 stycznia 2016

Tydzień próbny

No to zaczynam. Nudna dieta + nudne ćwiczenia, a wszystko to z poczucia obowiązku. Zadanie na najbliższe miesiące: schudnąć. Mogę sobie ogarniać miotające mną myśli, a w międzyczasie zrobić coś pozytywnego z sobą. Zmusić się, żeby w niedalekiej przyszłości nie ubolewać nad sobą, widząc na wadze 100 kg. To niezwykle trudne zadanie, ale tak trzeba. Bez żadnego udawania, że jakoś szczególnie lubię gotowane warzywa, z własnej, nieprzymuszonej woli ograniczam słodycze, czy z chęcią wyciągam matę i robię brzuszki. Jest cel, jest plan, są środki. Nieważne jest nic więcej.

W zasadzie na tym mój post miał się zakończyć. Chciałabym jednak dopisać coś jeszcze. Minął tydzień. Pierwszy tydzień wyrzeczeń i zakwasów. Tak naprawdę nie wierzyłam, że dam radę, stąd też nie pisałam wcześniej a jednak się udało. Przetrwałam tydzień i nie złamałam żadnej z założonych zasad. Nie ruszyłam czekolady, na którą tak bardzo miałam ochotę i której zjedzenie mogłabym wytłumaczyć zbliżającym się okresem. Ani rogalików z marmoladą, którymi kusiła mama. Ani tłuściutkich brzuszków z łososia leżących tuż pod moim nosem podczas sobotniego śniadania. Chyba znowu zaczynam wierzyć, że się da, choć tak naprawdę nie wiem, czy moje wysiłki przynoszą jakieś efekty. Zważyłam się na początku i póki co złych wieści mi wystarczy. Następnym razem zważę się dopiero jak poczuję, że jestem gotowa zmierzyć się z własną wagą. Ok, tydzień to niewiele. Silna wola silną wolą, w najmniej oczekiwanym momencie może jej zabraknąć, zwłaszcza na ponownym początku dietowania. Dlatego pewnie nie pisałabym tego posta dzisiaj, gdyby nie mój wspaniały chłopak i to przede wszystkim jemu chciałabym podziękować za ten pierwszy tydzień. Za to, że ze mną wytrzymał, za to, że mnie wspierał, za to, że ilekroć mnie podnosił, usilnie twierdził, że jestem lżejsza niż poprzednio, za to, że we mnie wierzy i za to, że po prostu jest. Dziękuję kochanie <3
A co do samej diety to nic nowego. Pięć posiłków dziennie: śniadanie, obiad, kolacja i dwie przekąski. Ustaliłam sobie kaloryczność każdego z nich i dość konkretnie każdy opisałam. Także posiłki są powtarzalne, a śniadania wręcz monotonne, bo tutaj zawsze 1 kromka żytniego pieczywa bez masła z wędliną, serem bądź twarogiem i w zasadzie dowolnym warzywem. Ale jak już kupię zielonego ogórka to męczę go dość długo dzień w dzień, bo ile plastrów można zmieścić na małej kanapeczce? Jedyną inwencją wykazuję się w temacie obiadów. Sama nie przypuszczałam, że tyle całkiem smacznych dań można wykombinować z tak niewielu dopuszczalnych produktów, a zwłaszcza na bazie warzyw. Poza tym celebruję teraz każdy posiłek - tym bardziej im jest skromniejszy i powoli oswajam się z wieczornym głodem i niezaspokojoną potrzebą słodkiego. Z kolei treningi ograniczyłam do minimum. Po pierwsze dlatego, że dawno (oj dawno!) nie ćwiczyłam, a po drugie dlatego, że szczerze nienawidzę ćwiczyć. Postawiłam na regularność: 3 razy w tygodniu trening na macie (3 nudne ćwiczenia - każde na inną partię mięśniową, zwykle po 20 powtórzeń, 3 serie), do tego raz w tygodniu godzinny spacer lub 20 minut biegania. I nie muszę chyba podkreślać, że (przynajmniej na początku) zdecydowanie bardziej preferuję spacer.
A co będzie dalej? Nie wiem. Nie dlatego, że nie jestem Bogiem, a dlatego, że dzisiaj nie ma jutra. Dzisiaj jest dzisiaj i o tym "dzisiaj" chcę myśleć każdego dnia :)

wtorek, 5 stycznia 2016

No więc jak?

Pytam siebie wielokrotnie czego tak naprawdę chcę i co dalej z blogiem. Bo z jednej strony to szary blog i pewnie niewiele osób regularnie go czyta(ło), a z drugiej zaczęłam coś i nie skończyłam. Nie mam ochoty kończyć. Wiem, że jeszcze nieraz napiszę, ale nie chcę robić tego na siłę. Nie chcę, bo wiem, że czytelnik to czuje. Poza tym wierzę, że ktoś jednak (nie przez przypadek) tu zagląda i nie tylko ciekaw jest co u mnie słychać, ale i sam stara się odnaleźć siebie. Może właśnie w tym co piszę. Ale do rzeczy! Jak zaczęłam tyć z wagi, powiedzmy, normalnej (a przynajmniej najniższej jaką posiadłam w dorosłym życiu), byłam przerażona, że dzieje się to tak szybko, a wszelkie próby zatrzymania tego procesu okazywały się nieudane. Teraz chyba wróciłam do punktu wyjścia, bo przestałam tyć w tak gwałtownym tempie. No i co dalej? Trzeba schudnąć. Oczywiście pojawiły się myśli tej zaburzonej części mnie. Głodówka, kolejna cudowna dieta, przez moment nawet "chęć" powrotu do bulimii. Ale to tylko myśli. Żadnej z nich nie wprowadziałam w życie, bo czasem umiem uczyć się na błędach. Zastanawiałam się więc co dalej. Może odchudzić się tylko do studniówki, a potem się zobaczy? Może postarać się mniej jeść albo jeść zdrowiej? A na bloga wrzucać zdjęcia posiłków i regularnie opisywać moją wspaniałą dietę, która i tak nie zmieni niczego w mojej głowie? Może zrezygnować z kolacji, może z obiadów, a może ze śniadań? Umówiłam się nawet z chłopakiem na (w zasadzie bezterminowe) 10 kg - ja schudnę, a on przytyje, co w efekcie dałoby nam... taką samą wagę! Zniechęciłam się już na samą myśl. Poza tym to dwa różne światy. Wiem, co powinnam albo raczej co byłoby dla mnie dobre: stopniowo zmieniać nawyki żywieniowe, wyrzucić wagę i ruszyć dupsko spod ciepłej kołdry, ale do tego trzeba cierpliwości, wytrwałości, samozaparcia, motywacji. A mi się zwyczajnie nie chce. Albo inaczej. Potrzebuję kogoś nad sobą. Kogoś, kto będzie dla mnie autorytetem w tych sprawach i  komu uwierzę, jeśli powie DO MNIE "nie jedz czekolady i frytek, 3 razy w tygodniu wyjdź na spacer albo zrób konkretne ćwiczenia, a jeszcze przed końcem zimy zobaczysz efekty". Bo wiecie, w internecie jest wiele fitnessek, dziewczyn co to dużo schudły, programów odchudzających, ale to wszystko jest dla ogółu, nikt mi nie da pewności, że ćwiczenia, które wykonuje ktoś tam, sprawdzą się również u mnie. Może faktycznie jestem zbyt sceptycznie nastawiona, ale z czegoś to musi wynikać. I zamierzam się tego dowiedzieć, chociażby współpracując z psychologiem. Jak dotąd to najbardziej hm kompatybilny ze mną specjalista. Czuję, że dopiero zmiany w mojej głowie, myślach, odczuciach, emocjach, spowodują zmiany w zachowaniu, jedzeniu, organizacji czasu, samoakceptacji, a co za tym idzie także w wyglądzie.