sobota, 1 października 2016

Wyzwanie: dogonić marzenia cz. 2?

No właśnie... NIE. Jakiś miesiąc temu napisałam długaśnego posta, będącego następstwem Wyzwanie: dogonić marzenia cz. 1. Podsumowałam w nim część pierwszą tego "wyzwania" i w dość obszerny sposób opisałam istotę psychoterapii na przykładzie mojej własnej. Pozostało dopracować szczegóły i opublikować. Nie zrobiłam tego jednak, ponieważ:
A) Wydało mi się to raczej mało interesujące dla przeciętnego czytelnika mojego bloga.
B) Nie mam żadnej fachowej wiedzy w tym temacie.
C) Moje stanowisko w niektórych poruszanych tam kwestiach zdążyło w międzyczasie ulec zmianie.
No nieważne.

Jeśli chodzi o moją wagę to do 73 kg mi jeszcze trochę brakuje. W sumie więcej niż brakowało mi na początku tego "wyzwania", ponieważ na dzień dzisiejszy ważę 77,5 kg, no i nie chce być inaczej. Oczywiście nieustannie nad tym pracuję, ale chyba dałam już sobie spokój z wszelkimi dietami, ograniczeniami, zakazami, nakazami etc. Nie skutkuje to w moim przypadku na dłuższą metę. Jedynym słusznym rozwiązaniem w moim przypadku jest odżywianie się zgodnie z potrzebą chwili, z zachowaniem świadomości. Jeśli nagle najdzie mnie ochota na zupkę chińską, kilka razy zastanowię się, czy naprawdę jest ona warta mojego zdrowia. Jeśli pod wpływem głodu, bezmyślności, ochoty (lub bez żadnego wpływu) kupię czekoladowe ciasteczka, to... To jest chyba normalna rzecz? Jeśli jednak zaraz po kolacji, będę miała chęć je otworzyć i pożreć wraz z opakowaniem, zastanowię się, czy ta chwila względnej przyjemności, jest warta późniejszych wyrzutów sumienia, złego samopoczucia i wzrostu wagi. Mam wybór. A jedyny właściwy to zaspokoić fizyczny głód. No i dobrze by było zaspokajać go pełnowartościowym, zdrowym jedzeniem, ale czy Ty, Twój sąsiad i siostra tak robią? Czy zwykli ludzie naprawdę są tak perfekcyjni?  No nie. I ja też nie chcę być. Pomocne na pewno jest jakieś zajęcie. Sprzątanie, prace manualne (ostatnio robiłam akurat rameczki motywacyjne - zdjęcie poniżej), no nawet gotowanie i zakupy (jeśli akurat któraś z tych czynności jest w danej chwili konieczna), w ostateczności bezmyślne siedzenia na youtubie. No i praca zarobkowa oczywiście. W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila. Od 7 października zaczynam pracę w nowo otwartym, nieopodal mojego domu, butiku. Może na chwilę, może na dwie, ale grunt, że idę do przodu. Zauważyłam też, że zbawienny wręcz wpływ na moje odżywianie ma odcięcie się od gazetek promocyjnych, ograniczenie wypadów do sklepów z jedzonkiem i zaprzestanie robienia zapasów (w ogóle nie wiem po co to robię, skoro do najbliższego sklepu mam jakieś 7 minut drogi i w każdej chwili mogę kupić co potrzeba, a i bez tych zapasowych produktów głód mi nie grozi). Promocja cenowa, zwłaszcza na produkty o długim terminie przydatności do spożycia (a precyzyjniej rzecz ujmując terminie minimalnej trwałości, bo właśnie taki widnieje na opakowaniach tych produktów - żeby mi kto nie zarzucił, że nie rozróżniam podstawowych pojęć z zakresu towaroznawstwa o!), których bez tej promocji jakieś 90% osób nie zamierzało kupować, sprawia, że pewnie co druga osoba z tych 90% je kupuje. Później albo je zjada (skoro już są kupione i grzecznie leżą w szafce) albo po przekroczeniu daty minimalnej trwałości, wyrzuca do kosza. Oba rozwiązania są tak samo bezsensowne. Co innego, jeśli idziesz do sklepu z zamiarem kupna ciastek, które świadomie planujesz podjadać po obiedzie. Twój wybór. Zbyt częste odwiedzanie sklepów spożywczych działa podobnie. Przynajmniej w moim przypadku. Nie wejdę (w tym nie zobaczę aktualnych promocji) = nie kupię = nie zjem. No i wreszczie im mniej leżącego wokół mnie, niepotrzebnego jedzenia, tym lepiej. Także obecnie taki jest plan.


Oto zdjęcie moich rameczek motywacyjnych :)

Pozwolę sobie jeszcze wrócić na chwilkę do jakości jedzenia. Otóż od kilku dni nabrała ona dla mnie szczególnego znaczenia. W pewnym sensie. Zbadałam sobie glukozę i cholesterol. Glukoza 87 - odkąd ją badam, oscyluje w granicach 74-88 jtj (czyt. jakichś tam jednostek), czyli że nie ma się do czego przyczepić. Za to cholesterol 271 - odkąd go badam, stale rośnie. Zaczynałam od 181, a skończyłam na 271. Nie panikuję, nie winię nadto swojej diety, tylko analizuję. Przede wszystkim wartości, mieszczące się w widełkach laboratoryjnych*, miałam wtedy, kiedy moja waga była zdecydowanie niższa (znaczy miałam mniej tłuszczu). Byłam też wówczas młodsza i miałam o 1 lub nawet 2% mniej otłuszczone organy wewnętrzne (wynika to z porównania zawartości w moim organizmie tłuszczu trzewnego), w tym wątrobę, która jak wiadomo (albo i nie) ma bezpośredni związek z cholesterolem. Wspominałam już zresztą o tym w poście Dzień 6 i 7. Okazuje się, że wtedy miałam cholesterol całkowity 228 - co prawda mniej niż obecnie, a jednak powyżej normy. To tylko potwierdziło moje przypuszczenie, że istotną rolę w tym całym cholesterolowym zamieszaniu odgrywają frakcje cholesterolu (HDL, tzw. "dobry" i LDL, tzw. "zły") i poziom trójglicerydów. Wówczas badałam również owe frakcje, a wynik był następujący: HDL 86 (podobno nawet dla tego dobrego cholesterolu, którego im więcej, tym lepiej, jest górna granica... 80 :D), LDL 126, a więc mieścił się w (co niektórych) laboratoryjnych normach, jeśli brać je za wyznacznik do porównań chociażby (a wg jednej z nich było go nawet zbyt mało, gdyż powinien wynosić od 135 do 155 jtj), natomiast trójglicerydy miałam wówczas na stosunkow niskim poziomie 56 (tutaj norma mówi, że powinno ich być poniżej 150 jtj). Jak się więc okazuje, "winowajcą" tak wysokiego poziomu cholesterolu całkowitego był... HDL. Tym razem też zbadam HDL, LDL i trójglicerydy, by mieć dowód na to, że laboratoryjne widełki, zwłaszcza w przypadku badań podstawowych, często są niewiele warte (a to właśnie zwykle na ich podstawie lekarze przepisują leki, zamiast pogłębić badania**), a dieta nie jest bezpośrednią przyczyną podwyższonego cholesterolu we krwi. W ostateczności zostają jeszcze badania wątroby. Jestem prawie pewna, że podwyższony poziom LDL, czy trójglicerydów odzwierciedla zły stan wątroby. A ten bierze się oczywiście z niewłaściwej diety, jednak nie mam tutaj na myśli masła, wieprzowiny, czy śmietany, a produkty wysokoprzetworzone, z "uszlachetnionej"*** mąki pszennej, czy pełne niezdrowych dodatków do żywności. Winą obarczam margarynę, a nie masło. Zapytaj sam siebie, co powstało w sposób bardziej naturalny: masło powstałe przez ubicie śmietanki, czy margaryna powstała przez utwardzenie, naturalnie płynnego, oleju i dodanie do niego emulgatorów i całej masy innych wynalazków XXI wieku? I jeszcze jedna ważna rzecz - wątroba zatruwana jest nie tylko żywnością, ale i lekami. Także tymi, które pozornie mają jej pomóc. Wszystko, co wrzucasz do swojego organizmu przechodzi przez wątrobę. Zdecydowanie mniej pracy ma, kiedy usuwa toksyny z masła aniżeli z margaryny, z jabłka aniżeli z batonika, z domowej pomidorówki, aniżeli zupki chińskiej. A że ostatnio po długim czasie przerwy powróciłam do owych zupek, a chipsy jadłam niemal codziennie, do tego zmuszona byłam stosować antybiotyki na H.pylori, to nie zdziwi mnie, jeśli LDL faktycznie będzie podwyższony. Ale masła na margarynę na pewno nie zamienię! Leków/suplementów diety obniżających cholesterol (szczerze mówiąc nie interesowałam się nawet co apteki na tę "dolegliwość" proponują), nawet jeśli internista uzna to za wskazane, też brać nie będę. A po dokładnych badaniach na pewno wrócę do tematu.

*kiedyś było to do 200 jtj, a od jakiegoś czasu nagle jest do 190 jtj i ta zmiana już sama w sobie pokazuje, ile warte są normy laboratoryjne
**jak dla mnie jakaś niemieszcząca się w normie wartość jest tylko sygnałem alarmowym i wymaga dalszej, głębszej diagnostyki, ewentualnie szukania przyczyny takiego stanu w sobie, a nie maskowania go lekarstwami, czy jeszcze gorzej - suplementami diety
***możliwe, że kiedyś już o tym wspominałam, ale jakoś nie mogę tego w żadnym poście znaleźć; uszlachetniona mąka pszenna, a w zasadzie uszlachetniona pszenica to nic innego jak zmodyfikowana genetycznie pszenica tak, by dawała więcej plonów z hektara niż naturalnie jest w stanie, a do tego zmuszona do czynienia tegoż w krótszym niż naturalnie czasie

Drugą częścią mojego "wyzwania" był bieg. I tu śmiało mogę zrezygnować z cudzysłowia. Bo to było wielkie wyzwanie (dla mnie i na tamtą chwilę), szczególnie w obliczu warunków w jakich przyszło mi biec. A właściwie jednego niesprzyjającego warunku: OKRES. Chociaż nie, był jeszcze jeden spowalniający mnie element: BRAK WODY na trasie. W każdym razie przebiegłam 5,4 km w czasie 39 minut i 58 sekund.


Yyy ja i mój medal tuż po.

No i słowo o psychoterapii. Jak na razie układa się pomyślnie. Regularnie odwiedzam psychologa
i z każdą wizytą coraz bardziej rozumiem i analizuję swój problem, wiem też jak powinnam w wielu sytuacjach postępować, co wciąga mnie w wir problemów, a co mnie od nich oddala. Wiem, że na etapie dorastania zabrakło poczucia bezpieczeństwa i właśnie to jest podstawą tych wszystkich destrukcyjnych zachowań: zaburzeń odżywiania, poczucia inności, braku poczucia własnej wartości, lęków, niszczenia własnego ciała. W sumie to pierwszy psycholog, który zaproponował terapię schematów. Więcej o terapii schematów i samych schematach w książce "Program zmiany sposobu życia. Uwalnianie się z pułapek psychologicznych" J. Young i J. Klosko. Mogłabym to oczywiście wyjaśnić swoimi słowami, co zresztą uczyniłam w poście, którego nie opublikowałam, ale nie chcę zanudzać. Uznaję, że zainteresowani sami zgłębią temat. Lub po prostu do mnie napiszą.

sobota, 30 lipca 2016

Wyzwanie: dogonić marzenia cz. 1

No dobra - banalne i bardzo ogólne. Dlatego zaraz przejdę do szczegółów. Muszę coś zrobić, żeby nie zwariować, ale standardowo nie wiem od czego zacząć. Taka już chyba moja natura... no cóż. Zacznę więc od posta na moim, nieco zakurzonym, blogu.

Oczywiście nieśmiało mówię, a nawet myślę o moich najskrytszych marzeniach. Bo one są nierealne, niemożliwe do spełnienia... teoretycznie. Jak wiadomo, nie ma rzeczy niemożliwych, a marzenia akurat są właśnie po to, żeby je spełniać. Ale, coby nie spocząć na laurach nim w ogóle zacznę działać, postanowiłam działać rozważnie. Zacznę od małych celów, które sukcesywnie realizowane, pozwolą spełnić moje marzenia. No może nie wszystkie na raz, ale to jedno o zgrabnej sylwetce na pewno. A inne marzenia zostawię sobie na później.


To teraz konkretnie!

1 września - 73 kg
16 września - bieg na 5,4 km

Wyzwanie wagowe nieco spontaniczne, ale realne (tak tak, znów się spasłam, tym razem do jakichś 77 kg) i wypowiedziane publicznie. Najpierw przed siostrą, która nakręciła siebie (a przy okazji i mnie) na powyższy bieg, a teraz tutaj. Zresztą i tak OD PONIEDZIAŁKU miałam zacząć się odchudzać. Zabawne, no nie? A jeszcze bardziej zabawne jest to, że nie przygotowałam żadnej super diety, żadnych cudownych zasad i żadnych przemyślanych treningów. Nic. Będę po prostu MŻ, ograniczając do minimum niezdrowe produkty (nie tylko dlatego, że są niezdrowe, ale też dlatego, że spożywane w nadmiarze, odbierają mi siły do życia i działania, a także zaburzają, i tak mglistą, wizję sukcesu), a do tego codzienna dawka ruchu (na początek zapewne zacznę wyprowadzać się na spacer). Postanowione!


Wyzwanie biegowe nie jest może jakimś spektakularnym, ale jak na kogoś kto nie biega już od dawna, to coś. Tak sobie myślę, czy by nie zapisać się na ten bieg już teraz, żeby mi motywacja nie spadła, a zmiany dietowe nie przesunęły się na poniedziałek... yyy za 5 lat. Bo póki co kompletnie nie wiem co robić. Po prostu mniej żreć... a to wcale nie jest takie proste! Ale ok, nie ma odwrotu. Pocierpię trochę, a jak osiągnę postawiony sobie cel, to niewątpliwie wzmocnię się wewnętrznie (trochę o mojej psychice, emocjach i psychoterapii w następnym poście). Będzie prościej. I dopiero wtedy będę zastanawiała się jaki będzie kolejny krok do spełnienia jednego z moich najskrytszych marzeń. Tak, zapiszę się na ten bieg jeszcze dzisiaj! Trzymajcie kciuki!

piątek, 6 maja 2016

Melduję się!

Dla tych, którzy mnie czytają. Trochę się ostatnio u mnie dzieje, stąd zaniedbuję bloga. Przepraszam. Ostatni raz pisałam 2 miesiące temu i w zasadzie od tamtego czasu, w kwestii diety, niewiele się u mnie zmieniło. Nadal nie trzymam się sztywno swoich własnych zasad, nadal się obżeram, a dodatkowo przestałam ćwiczyć. Dobra informacja jest taka, że od 11 stycznia do czasów obecnych, schudłam. 11 stycznia, znienawidzona przeze mnie, waga wskazała 81,4 kg, natomiast obecnie wskazuje przeważnie (nawet po totalnym obżarstwie dnia poprzedniego) 74,5 kg. Wniosek z tego taki, że schudłam 7 kg. Ktoś sobie pomyśli, że żaden wyczyn schudnąć 7 kg w 4 miesiące. Ja czasem też tak myślę, bo przecież mogłam ważyć teraz 65 kg. Ale zaraz potem myślę sobie hej, przecież ważysz 7 kg mniej! Nieważne ile czasu Ci to zajęło. Teraz ważysz 74,5 kg i z tym walczysz dalej. Z tym, a nie z 80 kg. Równie dobrze mogłaś przez ten czas przytyć do 90 kg.
Ciężko mi teraz ruszyć "na nowo", ale staram się. Każdego dnia od nowa. I jak tylko mi się uda nad sobą (a właściwie nad Gadzim) zapanować, na pewno napiszę.

Teraz praca. A właściwie jej brak. Czasem się zastanawiam, czy to aby na pewno nie z mojej winy. Otóż... z początkiem kwietnia rozpoczęłąm staż w prywatnej firmie zajmującej się produkcją mebli dziecięcych i młodzieżowych. Wszystko zapowiadało się pięknie. Dojazd nie najgorszy, godziny pracy od 8 do 16, szef wydawał się być w porządku, stanowisko technik prac biurowych... Ostatecznie już po 3 dniach znalazłam się na skraju psychicznej wytrzymałości i w trosce o swoje dobro, zrezygnowałam. Nie przeczę, że jestem nazbyt wrażliwa, mam nerwicę, zaburzenia lękowe i inne "problemy z głową". Ale wysoce nie na miejscu wydaje mi się to, co tam wyprawiano. Zacząć należy od tego, że szef, z którym miałam okazję rozmawiać i zarazem, jak się później dowiedziałam, mój opiekun stażu, od niedawna nie jest już szefem, a w firmie bywa okazjonalnie. Nowym PREZESEM, jak sam się nazywał, okazał się być obleśny grubas, z którym rozmawiałam w dzień potwierdzenia mojego stażu. Już wtedy wydał mi się wyjątkowo niesympatyczny i wywoływał we mnie strach. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze, że on w tej firmie coś znaczy. Siedział za biurkiem i odbierał telefony od klientów. Nie wiedziałam też, że jedyna kobieta, pracująca w tej firmie, z którą umawiałam pierwsze spotkanie w sprawie stażu, już tam nie pracuje. No, ale konkretnie, co mi się nie podobało. Poza traktowaniem mnie bez szacunku przez (jakże mogłoby być inaczej!) grubasa, krzyczeniem (w końcu to tylko stażystka) i wymaganiem wykonania zadań, do których nikt wcześniej mnie ani nie upoważnił, ani nie przeszkolił, kazano mi pracować na dość mocno niesprawnym sprzęcie (którego nota bene pierwszego dnia rano jeszcze nie było). Dostałam dostęp do czyjejś poczty, zawalonej wiadomościami od rozwścieczonych brakiem towaru klientów i od tamtego dnia ów poczta miała być moja, bez żadnego hasła. Miałam sygnować własnym imieniem i nazwiskiem wiadomości wychodzące z poczty, do której dostęp miałam nie tylko ja. A sam komputer nie posiadał żadnych podstawowych programów, nawet pakietu Office. Polecono mi więc ściągnąć z internetu (!) wszystkie potrzebne programy, w tym pakiet biurowy OpenOffice - słabą podróbkę Office, jak stwierdzono. Ale to jeszcze nic w porównaniu z informacją, jaką otrzymałam dopiero pierwszego dnia pracy na temat mojego miejsca pracy. Zarówno w ofercie pracy, którą firma zgłosiła do Urzędu Pracy jak i we wszystkich papierach, które podpisywałam przed rozpoczęciem stażu, widniał właściwy adres firmy, miejscowość dość spory kawałek za Poznaniem (nazwijmy ją Wieś). Mi to odpowiadało, bo mieszkam w tej samej gminie, w której znajduje się firma. A tu się okazuje, że na życzenie pracodawcy mam krążyć pomiędzy Wsią (jakieś 20-30 km od Poznania), a centrum Poznania, dokładnie tam gdzie w normalnych warunkach dojazd jest trudny, a obecnie wciąż trwają remonty. Wszystko oczywiście komunikacją miejską na mój koszt. Na moje wyraźne wątpliwości, pojawiła się mglista wizja zwrotu kosztów za dojazdy do Poznania, jednak bez żadnego poświadczenia, że tak właśnie będzie. Jeśli to jeszcze jest mało, to dodam, że w firmie było wyjątkowo zimno, o czym przełożeni doskonale wiedzieli. Tłumaczyli to sezonem przejściowym, a jak widać w takim, niezależnie od pogody, w piecu się już nie pali. Dali mi więc niegrzejący grzejniczek elektryczny. Chyba tylko po to, żeby był. A i to nie wszystko. Już drugiego dnia (wtorek) dostałam dość sporą broszurkę z wymiarami wszystkich produkowanych tam mebli (ok. 300) oraz wymiarami opakowań do każdego z nich. I kazano mi nauczyć się tych wszystkich wymiarów na pamięć! Do piątku. Zdecydowanie zaoponowałam. Nie tylko dlatego, że z fizycznego punktu widzenia, było to niewykonalne (zwłaszcza w godzinach pracy - wówczas zawalali mnie bezcelową robotą, pozbawiając nawet przerwy - a poza godzinami stażu nie zamierzałam się tego uczyć), ale też dlatego, że wydało mi się to wyjątkowo bezsensowne. Bo jeśli celem faktycznie było sprawdzanie pracowników, którzy te meble wyprodukowali i zapakowali jak twierdzili, to dlaczego nie mogę robić tego z kartką z wymiarami w ręce? Moim zdaniem sprawdzanie fachowców od produkcji mebli nie należy do obowiązków technika prac biurowych, a wręcz jest wysoce nie na miejscu, bo to tak samo jakby sprzedawca pieczywa sprawdzał pracę piekarza. Pominę już fakt, że nikt mnie tam niczego nie uczył. No może poza rzuceniem na biurko katalogu z meblami i poleceniem najpierw zapoznania się z nim, a później nauczenia się asortymentu. Poczułam się jak w szkole. Bo zamiast pozwolić mi zapoznawać się z asortymentem stopniowo w praktyce, miałam nauczyć się teorii, nic nieznaczących nazw mebli, ich wyglądu na zdjęciach i wymiarów. Na koniec zostawiłam wisienkę. Największy absurd tego stażu. W środę, mojego ostatniego tam dnia, grubas wezwał mnie do siebie. Zapytał o moje imię i nazwisko (!), gadał coś tam o firmie i zmianiach, jakie teraz następują (oczywiście na czele z informacją o zmianie PREZESA), dużo o sobie i swoim doświadczeniu ze stażystami, wspominał coś o "koceniu nowych" i obowiązku wykonywania przeze mnie wszystkiego, co mi zlecą. Czyli, że zakresu obowiązków na piśmie nigdy nie zobaczę. Niby technik prac biurowych, a jednak osoba bez konkretnego stanowiska. Do wszystkiego i do niczego. Ale do rzeczy. Podczas tej rozmowy zwrócił mi uwagę, że za wcześnie (!) przychodzę do pracy. Jako, że uzależniona jestem od komunikacji miejskiej, miałam 2 opcje: albo być o 7:45 (względnie 7:50, gdybym wyjątkowo wolno szła od przystanku, a może i kiedyś punktualnie o 8, gdyby się autobus spóźnił/zepsuł lub były niespodziewane korki, czy wypadek) albo jadąc następnym busem o 8:05, bez żadnych przygód po drodze i po nerwowym spacerze od przystanku. Bez zastanowienia wybrałam opcję pierwszą. W pracy byłam więc o 7:45 i już wtedy zaczynałam, wychodziłam natomiast o 16 (za wyjątkiem dnia pierwszego, kiedy to wyszłam 15 po - i to już nie spotkało się z żadną uwagą ze strony PREZESA). Powiedział też, że o godzinie 16, kiedy powinnam kończyć pracę, mam zapytać, czy coś jeszcze jest do zrobienia i ewentualnie zostać dłużej. Jak dla mnie jest to sprzeczne z jasną i wyraźną informacją, którą przekazał mi chwilę wcześniej: "pracę zaczynamy punktualnie o godzinie 8, a kończymy punktualnie o godzinie 16". Teraz czekam za decyzją z Urzędu, czy uznają moje argumenty za podstawne i dalej będą opłacać moje ubezpieczenie zdrowotne (i przy okazji szukać dla mnie pracy), czy też nie i poza utratą statusu bezrobotnego, który niewiele dla mnie znaczy, przestaną mnie ubezpieczać. Pewne (jeśli dobrze zrozumiałam) jest natomiast to, że za te 3 dni pracy mi zapłacą, więc chociaż za sieciówkę się zwróci. Ale to nie wszystko, jeśli chodzi o moją aktywizację zawodową. Niedługo po rezygnacji ze stażu, rozpoczęłam szkolenie w... kiosku. Uznałam wyższość mojego samopoczucia i zdrowia psychicznego nad pieniędzmi i prawie się zdecydowałam. Szczególnie, że zaskakująco dobrze mi szło jak na pierwszy kontakt z kasą. Szalę przeważyła jednak dziewczyna (nazwijmy ją K.), która mnie szkoliła, pracownica tego kiosku o cwaniaczej osobowości i wysokim ego, samozwańcza szefowa. Nie cierpię ludzi, którzy wszędzie byli, wszystko widzieli, a nawet chorowali na wszystkie choroby świata. Ludzi, którzy mają wszystko co najlepsze (w ich mniemaniu oczywiście), wiedzą wszystko lepiej i nie mają za grosz dyplomacji. Ludzi, którzy nie potrafią rozmawiać dla samego dialogu i wymiany poglądów, którzy nie akceptują ludzi innych niż oni sami, a przede wszystkim ludzi o wybujałej fantazji, którzy zwyczajnie kłamią, oczekując wówczas współczucia, podziwu, zazdrości, czy innej formy zainteresowania. Prawdopodobnie nie potrafiłam ukryć, że mam własne zdanie i nawet, kiedy jest ono inne niż reszty świata, nie wstydzę się go, że wyznacznikiem wartości nie są dla mnie wyjazdy zagraniczne i posiadane dobra materialne, że nie lubię jak mi ktoś włazi z buciorami w życie prywatne i mówi co mam robić, czy że w pewnych kwestiach obiektywnie wiem więcej albo chociaż mam zbiór swoich własnych doświadczeń, które chciałabym by szanowano. Prawdopodobnie to wszystko sprawiło, że postanowiła postawić kropkę nad i, bo już pierwszego dnia w kasie było manko. Przepraszam, ja miałam manko. Nieważne, że dostęp do kasy miałyśmy taki sam, a klientów obsługiwałyśmy obie. Winna byłam ja, bo przecież dopiero się uczę, a ona i tak jest nieomylna. Wtedy uznałam, że faktycznie może popełniłam błąd. Chociaż manko było na dziwną sumę. Taką, że ciężko było je logicznie wyjaśnić, a pomylić się przy kilku klientach w ciągu paru godzin to raczej mało prawdopodobne, szczególnie w moim przypadku. Nie, żebym uważała się za nieomylną, jednak nigdy nie robię nic na szybko (no może poza makijażem i fryzurą jak zaśpię), zwłaszcza jeśli w grę wchodzą pieniądze, za które odpowiadam, a ucząc się, sprawdzam wszystko 2 razy. K. z kolei jest wyjątkowo roztrzepaną osobą. Potrafi zostawić klucze w zamku kiosku i szukać ich przez następną godzinę, obsługiwać kilku klientów na raz, a podczas problemów z kasą, zapisywać sprzedane towary na milionie małych wydruków z kasy, nie pilnując ich później należycie. Nawet już podczas mojego dwudniowego szkolenia (po tym czasie zrezygnowałam) zdarzyło się jej czegoś nie zapisać i później na stanie tego towaru mniej (co pewnie wychodzi przy inwentaryzacjach dopiero), a w kasie pieniędzy więcej. Wtedy akurat przypomniała sobie, co sprzedała i zapomniała zapisać, ale nie zawsze tak musi być. Poza tym pieniądze liczyła w takim amoku, że za każdym razem wychodziła jej inna suma, żadna niezgodna, z tym, co powinno być w kasie, a mimo to zmuszała mnie do szybszego (i zarazem niedbałego) liczenia, podczas gdy swój system liczenia pieniędzy mam sprawdzony (pracowałam kiedyś w sklepie, ale bez kasy) i zazwyczaj po dwukrotnym, spokojnym przeliczeniu, otrzymuję dwukrotnie tę samą kwotę. W efekcie zajmuje mi to mniej czasu niż zajmowało K. Generalnie ta dziewczyna nie wzbudziła mojego zaufania, a odpowiadać za czyjeś błędy nie chciałam. Ale wracając do manka, przełknęłam to jakoś, nie zamierzając się poddawać, jednak dnia następnego jasnym stało się dla mnie, że ta dziewucha kręci. Otóż drugiego dnia tylko ja miałam być na kasie, żeby nie było nieścisłości. Jak dzień wcześniej, pilnowałam kasy i bez zbędnego pośpiechu obsługiwałam klientów, ale dodatkowo co jakiś czas przeliczałam sobie kasę. Za każdym razem kwota, która według systemu powinna znajdować się w kasie, co do grosza zgadzała się ze stanem faktycznym. K. wyraźnie się to nie podobało, więc chwilę przed skończeniem zmiany (po jej wyjściu miałam zostać na 2 godziny sama) wysłała mnie do toalety, żebym wyczyściła mopa. Idiotyzm, bo woda po zamoczeniu mopa w niej, chyba nigdy nie zamierzała być czysta, a tego właśnie oczekiwała K. Kiedy wróciłam, a zanim K. wyszła z pracy, chciałam przeliczyć kasę. Oczywiście K. postanowiła zrobić to sama, ale ja nad tym czuwałam. Wiele razy coś jej się nie zgadzało, jakby chciała uśpić moją czujność. W końcu zrobiła tak, że niby się zgadzało. Niby, bo końcówka była inna. Zaraz powiedziała, że jakby mi brakowało 5 zł, czy jakaś inna drobna suma, to nie mam dzwonić do szefowej, tylko ona następnego dnia to wyrówna. I zanim zdążyłam coś powiedzieć, już jej nie było. Oczywiście zaraz po jej wyjściu przeliczyłam kasę i faktycznie brakowało drobnej kwoty. Zanim zdążyłam przeliczyć drugi raz, potwierdzając brakującą kwotę, wróciła jakby chciała mnie sprawdzić, twierdząc, że o tej godzinie nie ma żadnego busa i jeszcze chwilę ze mną zostanie. Powiedziałam jej o braku w kasie, dając do zrozumienia, że tym razem to jest na pewno jej wina, bo przestało się zgadzać dopiero po moim powrocie z toalety. Nie spodziewała się takiego obrotu wydarzeń, więc zaczęła się głupio tłumaczyć. Najpierw, że rozmieniała komuś pieniądze i musiała się pomylić, a później kiedy to wyjaśnienie chyba nawet dla niej samej wydało się naciągnięte jak gacie na tyłek, zaczęła kombinować coś z lotto. Miała 2 różne wersje - rzekome wyjaśnienie pierwszej (wydruk z maszyny) wyrzuciła do kartonu z papierami i nie pozwoliła mi tego sprawdzić, natomiast drugiej sprawdzić nie mogłam, bo celowo wymyśliła, że ktoś kupował zakłady w jakiejś rzadkiej grze, o której nie wspominała mi nawet podczas szkolenia z lotka i w tym się niby pomyliła. Szemrane to wszystko. Szczególnie, że przez cały czas swojego żałosnego tłumaczenia nie spojrzała na mnie ani razu, a to upewniło mnie tylko w przekonaniu, że albo chciała mnie w to manko wrobić, utwierdzając w ten sposób szefową, że manko dnia poprzedniego było moją winą i nie warto mnie zatrudniać, albo nie mogąc nagadać szefowej, że źle sobie radzę (bo już na początku mówiła, że dobrze), chciała żebym sama zrezygnowała. I tak też zrobiłam. Nie, żeby dać jej satysfakcję, bo na upartego mogłam podpisać umowę i kazać się jej ze mną "męczyć", a może z czasem ujawnić jej zagrywki i wykorzystywanie bezgranicznego zaufania, jakie ma do niej szefowa. Ale to nie w moim stylu. Zresztą wiele innych kwestii zniechęcało mnie do tej pracy. Bo poza tym, że K. mogłaby częściej podkładać mi świnię w postaci manka w kasie, za każdy brakujący towar (skradziony, zgubiony, czy nawet brakujący w wyniku podpisania dokumentu z dostawy przed jej sprawdzeniem) to pracownikom odciągają z wypłaty, mimo i tak już niskiego wynagrodzenia (8zł netto za godzinę). Moim zdaniem za duża odpowiedzialność w stosunku do zarobków. Szczególnie, że w "zakres obowiązków" wchodziło też kombinowanie, za które pełną odpowiedzialność ponosi sprzedawca, bo kto by inny. W umowie zapewne nic na ten temat nie podają, ale raczej nie przedłużą Ci umowy po okresie próbnym jak (dla dobra sklepu i swojej własnej wypłaty) nie będziesz sprzedawać towarów spod lady, bez nabicia w system i bez paragonu, których jakimś cudem było na stanie więcej niż powinno. Podobnie z zaznaczaniem w systemie płatności kartą, podczas gdy klient płaci gotówką, byleby się tylko kasa zgadzała. K. uznała nawet, że "po to jest system". Gorzej jak podczas takich oszustw, trafi się na kontrolę. No i oczywiście nikt nie płaci za to, że musisz przyjść pół godziny lub nawet godzinę wcześniej (w pół godziny to nawet we dwie nie zdążyłyśmy przejrzeć całej dostawy i wprowadzić jej do systemu). Nikt za to nie płaci, bo formalnie nikt tego nie wymaga, ale żeby móc sprzedać gazetę z rannej dostawy o godzinie 7 (od tej godzinny czynny jest kiosk i formalnie od tej godziny rozpoczyna się pracę w tym kiosku), to trzeba ją mieć w systemie, no albo sprzedać bez wprowadzania jej w system i jeszcze naściemniać klientowi, że zapłacić może jedynie gotówką (bo terminal płatniczy połączony jest z systemem). Dlatego trzeba przyjść wcześniej, przyjąć dostawę i wprowadzić towary do systemu. Do tego praca zmianowa, bez sztywnego grafiku nie jest da mnie. Lubię mieć bardziej lub mniej, ale jednak poukładane życie, a nie, że mi rano w dzień wolny będzie ktoś z pracy dzwonił, czy nie mogę jednak do pracy przyjść. Jak nie przyjdziesz, a nie masz konkretnej wymówki, albo zobaczą Cię w markecie, w którym znajduje się ów kiosk, to zaraz Cię znienawidzą. Albo obgadają, zwłaszcza K. do tego pierwsza. Czego to ja się nie nasłuchałam na temat dziewczyny, którą szkoliła przede mną. Ciekawe co o mnie opowiada innym. No i oczywiście zatrudniając się tam, musiałbym zgłębić temat papierosów i liquidów, cokolwiek to jest. I nie wystarczy, że wiedziałabym, jakie są i gdzie leżą. Wypadałoby też potrafić odpowiedzieć klientowi, czym się różnią jedne od drugich i które są lepsze. A jak nie wiesz, które papierosy są mocne, to Cię K. wyśmieje jak zrobiła w przypadku mojej poprzedniczki. Szkoda, że jeszcze zanim się dowiedziała, że ja też się na tym ustrojstwie nie znam. I to by było na tyle w temacie pracy. 

Po drodze, bo 25 kwietnia, świętowałam z moim kochanym naszą 1. rocznicę. Trochę mnie to pochłonęło, chciałam by było wyjątkowo, a ostatecznie dokładnie w dzień rocznicy zaatakowało mnie przeziębienie. Mimo to miło spędziliśmy razem czas. Cieszy mnie, że dotrwaliśmy do tego etapu, ale najważniejsze, że jesteśmy szczęśliwi. Ja z nim, a on ze mną :)

Dowiedziałam się też, co jest najbardziej prawdopodobną przyczyną męczącej mnie od niepamiętnych czasów chrypki, a może i innych objawów chorobowych, których dotąd nigdzie nie szło przyczepić, takich jak problemy z oddychaniem, irracjonalne zmęczenie, dziwne kłucie w żołądku, refluks i jeszcze pewnie wiele innych. Na samą myśl o bieganiu bez chrypki i duszności, cieszę się jak dziecko. Chociaż póki co brzmi to raczej jak utopia. A wszystkiemu winna jest mała, złośliwa bakteria Helicobacter pylori, bytująca w żołądku i dwunastnicy, powodująca u grupy wątpliwych szczęściarzy wrzody lub nowotwory. Sama pewnie nigdy bym się nie przebadała, chociaż powinnam bo jestem obciążona genetycznie (babcia bardzo młodo zmarła na wrzody, mama choruje na wrzody, bo H.pylori zostało wykryte w zaawansowanej fazie choroby, a ja mam 26 lat i być może od urodzenia H.pylori w sobie), a co za tym idzie sama bakteria nie jest mi obca. Co więcej czytałam nawet kiedyś, że może ona powodować uciążliwą chrypkę. Najwyraźniej nie połączyłam faktów. Gastrolog, u którego byłam kilka lat temu z bólami brzucha, w obawie przed wrzodami właśnie, też nie raczył mnie uświadomić, ani nawet skierować na badanie, choćby w kierunku tej bakterii. No, ale nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Mam nadzieję, że uda mi się wykończyć te małe, pełzające gnojki, zanim narobią nieodwracalnych szkód w moim żołądku. Obawiam się tylko, że bez gastroskopii się nie obędzie, a chyba niczego się tak nie boję (no może poza narkozą, której boję się bardziej). W obecnej sytuacji mogę się tylko cieszyć, że w Poznaniu w ramach NFZ przyjmują jeszcze wszechstronni specjaliści godni zaufania. Gdybym bezmyślnie słuchała poprzednich laryngologów, to nadal myślałabym, że "taki mój urok" albo nie miałabym już migdałków, a problem chrypki jak i wiele dodatkowych męczyłyby mnie dalej.

czwartek, 10 marca 2016

Kiedy jedzenie przejmuje kontrolę...

Nic dziwnego, że tak się w końcu stało. Że straciłam kontrolę, że zagubiłam gdzieś rygor i po diecie nie ma ani śladu. No może jeden niewielki - śniadanie. Bo każdego dnia obiecuję sobie, że niezależnie od tego co było wcześniej, dziś mi się uda. I się nie udaje. I wcale nie dlatego, że mam doła (chociażby z powodu pracy, a właściwie jej braku i to tylko dlatego, że nie umiem, a przede wszystkim NIE LUBIĘ angielskiego), nie dlatego, że przytyłam (bo nadal uparcie się nie ważę), nie dlatego, że się nie wyspałam, nie dlatego, że byłam śmiertelnie głodna (pff jak nie jadłam nic to jakoś żyłam i całkiem nieźle funkcjonowałam), nie dlatego, że pms, czy okres, nie dlatego, że ktoś się na mnie krzywo spojrzał, czy miałam gorszy dzień, ani też nie dlatego, że czekoladę mam na wyciągnięcie ręki (sama przecież mi do buzi nie wchodzi). No więc dlaczego? Jedna z teorii jest taka, że z jakiegoś względu nadszarpnęłam ścisłe zasady diety i wpakowałam do ust coś, co mnie uzależnia, coś czego zawsze chcę więcej. I ok, ale nadal nie wiem dlaczego nadszarpnęłam dietę i sięgnęłam po to coś, dokładnie wiedząc jak to się skończy. Nie wiem i być może nigdy się tego nie dowiem. Wiem jedno - wielokrotnie przekonuję siebie, że może jednak mi się tylko wydaje, że istnieje jedzenie, które mną rządzi, że skoro raz, czy dwa (siłą woli) udało mi się zjeść normalną porcję takiego jedzenia, to wcale nie mam problemu, że skoro "przygoda" z bulimią była krótka i bezproblemowo z niej wyszłam to mnie to nie dotyczy. A to nieprawda. Cholera no! Jak typowy alkoholik w czasie remisji. Nie potrafię przyznać, że to mój problem przed samą sobą, a co dopiero przed innymi. Okłamuję siebie i nie wiem jak długo to jeszcze potrwa. Jak długo jedzenioholizm leczyć będę... jedzeniem. Ile czasu zajmie mi przyznanie się przed sobą. Nie tak, żeby stanąć przed lustrem i powiedzieć "tak, jestem uzależniona od jedzenia, nawet teraz trzymając się diety i kładąc się spać głodna". Tak, żeby to poczuć w środku i naprawdę chcieć coś z tym zrobić.

sobota, 27 lutego 2016

Toruń. I słów kilka o diecie.

Punkt pierwszy tego posta to wyjazd walentynkowy do Torunia. Jakoś nie mogłam się zebrać, żeby napisać wcześniej. W zasadzie za wiele do pisania nie ma, ale za to jest kilka zdjęć, które albo przypadkiem są zrobione w taki sposób, że wyglądam na chudszą (niż wcześniej) albo faktycznie pokazują, że jestem chudsza. Nadal nie wiem, ile ważę, stąd te domysły. Jeszcze w okolicach tego wyjazdu byłabym skłonna efekty swojej pracy dostrzec w lustrze, jednak teraz mam wrażenie, że coraz bliżej mi do punktu wyjścia, choć wciąż mam nadzieję, że 7 z przodu jest. A to wszystko dlatego, że po powrocie nie potrafiłam tak na dobre wrócić do diety, zaniechałam nieco treningi i tak jak przypuszczałam - zagubiłam się w swoich własnych poprawkach do diety. Ale o tym za chwilę. W Toruniu byliśmy 3 dni. Pierwszy - Walentynki - niezbyt udany, bo zakończony kłótnią i "kolacją" (a ściślej rzecz ujmując niezdrowym żarciem z KFC) w hotelowym łóżku. Nigdy nie lubiłam Walntynek, niezależnie od tego, czy byłam wówczas z kimś, czy nie. Źle na mnie działają tłumy zakochanych na pokaz, ludzi. Niestety większość z tych, mijanych na ulicach 14 lutego, zakochanych, na co dzień siebie nie zauważa. Kobiety nie dostają kwiatów bez okazji (a niektóre nie dostają ich nawet, gdy okazja jest) i nie jadają romantycznych kolacji w restauracji. W Walentynki każda przyzwoita restauracja wypełniona była po brzegi i bez rezerwacji na darmo było wchodzenie do środka. Rozzłościło mnie to bardzo (szczególnie, że na kilka punktów się wyjątkowo napaliłam), a jak dodać do tego głód (i nieblaknącą świadomość bycia na diecie) to inaczej niż kłótnią skończyć się nie mogło. Na szczęście szybko (po jedzeniu?) doszliśmy do porozumienia. Dzień drugi - poniedziałek - miał być dniem najaktywniejszym. Zaplanowaliśmy sobie miejsca, które chcemy odwiedzić i wydawało się, że nawet deszczowa pogoda nam planów nie popsuje. I nie popsuła. Za to popsuł dziwny toruński zwyczaj (?) "nieczynnego miasta". Planetarium w poniedziałki nieczynne, wieża widokowa w katedrze również, jakieś tam muzeum i inne ciekawe punkty pozamykane, a do tego co druga knajpa z jedzeniem zamknięta. W taki oto sposób większość atrakcji przesunęła się na dzień wyjazdu - wtorek, a ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo chwilę po wymeldowaniu się z hotelu, potwornie zaczął mnie boleć brzuch i dostałam okres. Czas więc, który był przeznaczony na toruńskie atrakcje, upłynął na poszukiwaniu toalety, siedzeniu w aucie i biciu się z myślami, czy czekać aż ból sam przejdzie, czy może jednak wziąć tabletkę (jakiś czas temu postanowiłam odzwyczaić się od leków przeciwbólowych w nadziei, że z czasem mój organizm sam nauczy się zwalczać ten okropny ból okresowy). Bolesne skurcze oczywiście się tylko nasilały, a ja nie chciałam z tego powodu przekreślać wszystkich planów i od razu wracać do domu. Uparłam się, zmierzaliśmy już nawet do planetarium, ale ból nie mijał, do tego było mi strasznie zimno i co chwilę siadałam na ławce, więc w końcu chłopak poszedł po auto, podjechał po mnie, kupił mi tabletki i wzięłam ją w końcu, a kiedy poczułam się trochę lepiej, pojechaliśmy do planetarium, zadowoleni, że coś z naszych planów uda się uratować. Jak się jednak okazało na miejscu, ostatni seans się właśnie skończył (co innego podawali w internecie). Znaczy, że nic nam sie tego dnia nie udało zobaczyć/odwiedzić, a na dodatek wyjechaliśmy na tyle późno, że przekreślić musieliśmy też powrót przez Myślęcinek, gdzie chcieliśmy wybrać się do słynnego domku do góry nogami.







No to teraz czas na dietetyczną spowiedź. Będąc w Toruniu wyrzucałam sobie, że nie trzymam diety i jem za dużo. W przeciągu ostatnich dwóch tygodni szalałam jednak znacznie bardziej. Nie tylko z dietą, ale i zaniedbywaniem spacerów, czy odpuszczaniem treningów. Jedynym plusem jest to, że nie tykałam wagi, a to pozwalało mi co jakiś czas przywrócić się do pionu. Dlaczego? Bo nie mam pewności, że przytyłam, a jeśli nawet to i tak nie wiem ile, bo nie wiem, ile wcześniej schudłam. Widzę tylko i czuję po ubraniach, że nie wszystko stracone, bo niezależnie od tego ile obecnie ważę, na pewno nie jest to 81,4 kg, z którymi zaczynałam walkę, a jak wrócę na dobre tory teraz, to gorzej niż jest teraz, być już nie może. Do wczoraj moja dieta wyglądała jak sinusoida. Niby nie było dnia, żebym przekroczyła 2000 kcal (chociaż moim zdaniem niekiedy okropnie grzeszyłam), ale ciężko było mi się przestawić na reżim słodyczowy sprzed wyjazdu (a zwłaszcza stronienie od toruńskich pieniczków, których trochę ze sobą przywiozłam). I tak było do wczoraj, bo wczoraj (a właściwie dziś w nocy) osiagnęłam dno totalne. Zeżarłam tak dużo, że zwyczajnie źle się czułam. Zdecydowanie gorzej niż, kiedy kładę się spać głodna. No i od dziś znów jestem na diecie. Przynajmniej przez 3 tygodnie (bo tyle tygodni coś było nie halo) na diecie bez EDIT, a później się zobaczy. Niby w głowie mam jakiś plan, ale nie chcę za nadto wybiegać w przyszłość. Doszłam do wniosku, że zdecydowanie bardziej służy mi "nudna", bezwzględna dieta niż nudna, "bezwzględna" dieta z drobnymi (w zasadzie tylko z założenia) odstępstawami.

poniedziałek, 8 lutego 2016

EDIT

No dobra. Te pączki na stronie głównej zdecydowanie mi nie służą. Oto więc kolejny wpis o tym jak zamierzam uprzyjemnić (a zarazem utrudnić) sobie dietę.


Kolejna karta, która dołączyła do pozostałych zawisłych na szafie. Obowiązuje od dziś. I pewnie już dzisiaj wykorzystałabym przywilej słodkiej przekąski, gdyby nie fakt, że wczoraj, pierwszy raz od miesiąca, nie wytrzymałam i zjadłam trochę słodkości. Niby niewiele, a jednak według moich skrzętnych obliczeń okazuje się, że było to ponad 500 kcal, także teraz muszę odpokutować. Nie składam jednak broni, bo nadal jestem pulpetem, co najwyraźniej widzę na kilku zdjęciach zrobionych chwilkę przed studniówką. Mam nadzieję, że wśród profesjonalnych zdjęć z tejże imprezy, znajdzie się coś godnego opublikowana, niemniej pewnie trzeba będzie na nie trochę poczekać.
Zmiany w diecie nie są jakieś powalające, więc zaszkodzić nie powinny a może choć trochę ją uprzyjemnią. Zdaję sobie przy tym sprawę, że to, co zakazane kusi najbardziej, a niezdrowe, czy słodkie jedzenie działa jak narkotyk. Zdecydowanie łatwiej nie zjeść cukierka wcale niż zjeść tylko jednego, a jednak chcę spróbować. Jeśli nie będzie się to sprawdzać, to wrócę do punktu wyjścia. Oby nie z wagą. Chociaż w gruncie rzeczy nie mam nawet pewności, czy schudłam. Odkąd stosuję dietę i ruszam swoje tłuste cztery litery (czyli dokładnie od 29 dni z dzisiejszym włącznie), nie weszłam na wagę, a i w lustrze nie widzę zmian. Jedyne, co może sugerować, że COŚ (być może woda) ze mnie ubyło, to nieco mniej wystający brzuch i tym samym luźniejsza kurtka. Spodnie nadal noszę te same i ani odrobinkę luźniejsze nie są. Przyznam szczerze, że niepokoi mnie to coraz bardziej i z chęcią już dziś wskoczyłabym na wagę, ale z doświadczenia wiem, że w drugiej fazie cyklu lepiej tego nie robić. Zresztą cokolwiek bym tam nie zobaczyła, i tak nadal jestem obiektywnie gruba, więc skończyłoby się pewnie na niemałej uczcie produktów zakazanych. A nie mając pewności, że waga jest zawyżona przez czyhający za rogiem okres, uznałabym pewnie, że to moje wysiłki idą na marne, więc czas rzucić dietę i zacząć się bezkarnie obżerać na pocieszenie. A zaraz potem zaczęłabym pewnie szukać medycznych przyczyn nie chudnięcia, tłumacząc się tym przed sobą (i całym światem), mając jednocześnie gdzieś z tyłu głowy, że najpewniej nic mi nie dolega, a prawdziwą przyczyną takiego stanu rzeczy jest zwykłe obżarstwo. Co innego, gdyby taka sytuacja miała miejsce naprawdę, gdybym zważyła się po okresie, po miesiącu, czy dwóch wyrzeczeń, bez oszukiwania się, bez grzeszków na sumieniu, a waga stałaby w miejscu... To jednak zbyt czarny scenariusz jak na moje obecne czarne samopoczucie (zbliżający się okres i milion, związanych z tym, skutków ubocznych; grubas, którego codziennie widzę w odbiciu lustra; brak pracy; wizja marnych, zerowych lub nawet ujemnych efektów moich starań; wieczny głód, jak nie fizyczny, to słodyczowy i wiele innych), więc zakończę zdjęciami pozostałych bazgrołów z mojej szafy.



Zdjęcie zrobiłam jeszcze zanim podwójnie skreśliłam 7.02 ;)

czwartek, 4 lutego 2016

Pączki. Czyli świat zwariował.

Zdjęcie ze strony http://www.dania-dietetyczne.pl/

Jako, że mieszkam naprzeciwko cukierni, doskonale widzę co się dzieje. Kolejki od rana, jakby dla kogoś miało zabraknąć. Wszyscy, jak jeden mąż, wychodzą ze stertą lukrowanych pączków w kartonach, bo przecież Tłusty Czwartek! Nie możesz kupić jednego, bo spojrzą na Ciebie jak na dziwaka nie z tej ziemi. Pamiętam nawet jak, jakiś czas temu, zdziwiona sprzedawczyni zagadnęła moją mamę, gdy ta kupowała 4 pączki w jakiś "pączkowy" dzień. Doskonale wiedziała, że mój dom zamieszkują 4 osoby, więc jak to tak po jednym dla każdego?? Nieważne pół roku diety i siódme poty wylane na treningach. Ty musisz wepchnąć w siebie tyle pączków, ile zdołasz, a na pewno o jednego za dużo. Jeść do momentu aż będziesz miał ich serdecznie dość. Przynajmniej do wtorku. Wtedy bowiem Ostatki (a u mnie raczej Podkoziołek). I powtórka z rozrywki. Tylko dlatego, że Kościół za chwilkę nakazuje ścisły post, którego pewnie i tak żaden katolik jakoś szczególnie gorliwie nie przestrzega. A inny mądry wpadł na pomysł, że skoro post, to poprzedzony wielkim obżarstwem, z pączkami na czele. Zupełnie jak statystyczna kobieta przed dietą. Przed poniedziałkiem, nowym miesiącem, czy nowym rokiem. Ja też. Jak ktoś wymyśli, nie wiem, włoską niedzielę i każe Ci wtedy pochłaniać ogromne ilości pizzy i spaghetti, to też skorzystasz. Ja pewnie też. W końcu każdy pretekst do grzeszków dobry. Ale jak ktoś wpadnie na fit poniedziałek, to już wielu chętnych nie będzie, a najpewniej nawet o takim dniu nie usłyszysz. Taki dzień się na dłuższą metę nie przyjmie, a już na pewno nie jako masowa produkcja kaszy jaglanej, czy hurtowa sprzedaż pomidorów. Nie jestem przeciwnikiem pączków. Wprost przeciwnie, uwielbiam je, jednak ten post powstaje w czasie, kiedy pączkowy potwór, który we mnie siedzi, słodko śpi. Tłusty Czwartek, Andrzejki, Podkoziołek, czy zwykła sobota. Każda okazja dobra i nie mam nic przeciwko temu, ale skoro w zwykłą sobotę mam ochotę na pączka i jem jednego (w moim wypadku to oczywiście kwestia silnej woli), to dlaczego w Tłusty Czwartek mam zjeść 2 albo więcej? Dziś nie jem pączków, bo raz, że jutro studniówka, a ja nie chcę polec na ostatniej prostej (zapewne jutro coś "zakazanego" będę jadła), a dwa, że moja dieta wyraźnie mi tego zakazuje, ale kiedy indziej - czemu nie? Zresztą od poniedziałku szykują się drobne zmiany w mojej nudnej diecie (która ku mojemu zaskoczeniu, okazała się mniej nudna niż zakładałam), na dniach powstanie post w tym temacie. Wracając do pączków - jedyne z czym chyba nigdy nie dam sobie rady, to skończenie na jednym, w przypadku tych domowych. I wcale nie dlatego, że są jakoś szczególnie lepsze od tych z cukierni, ale zwyczanie dlatego, że pierwszego trzeba spróbować bez nadzienia, żeby sprawdzić, czy jest usmażony (no dobra, od tego mam teraz chłopaka), a kilka kolejnych, bo mam zwyczaj robienia pączków w co najmniej dwóch wariantach smakowych... i jak tu wybrać pączusia tylko z jednym nadzieniem? Mam za miękkie serce, by drugim (i każdym kolejnym) pogardzić :P Poza tym swój własnoręczny wyrób po prostu wypada spróbować (tak wiem, marne tłumaczenie).
Smacznego!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Tydzień próbny

No to zaczynam. Nudna dieta + nudne ćwiczenia, a wszystko to z poczucia obowiązku. Zadanie na najbliższe miesiące: schudnąć. Mogę sobie ogarniać miotające mną myśli, a w międzyczasie zrobić coś pozytywnego z sobą. Zmusić się, żeby w niedalekiej przyszłości nie ubolewać nad sobą, widząc na wadze 100 kg. To niezwykle trudne zadanie, ale tak trzeba. Bez żadnego udawania, że jakoś szczególnie lubię gotowane warzywa, z własnej, nieprzymuszonej woli ograniczam słodycze, czy z chęcią wyciągam matę i robię brzuszki. Jest cel, jest plan, są środki. Nieważne jest nic więcej.

W zasadzie na tym mój post miał się zakończyć. Chciałabym jednak dopisać coś jeszcze. Minął tydzień. Pierwszy tydzień wyrzeczeń i zakwasów. Tak naprawdę nie wierzyłam, że dam radę, stąd też nie pisałam wcześniej a jednak się udało. Przetrwałam tydzień i nie złamałam żadnej z założonych zasad. Nie ruszyłam czekolady, na którą tak bardzo miałam ochotę i której zjedzenie mogłabym wytłumaczyć zbliżającym się okresem. Ani rogalików z marmoladą, którymi kusiła mama. Ani tłuściutkich brzuszków z łososia leżących tuż pod moim nosem podczas sobotniego śniadania. Chyba znowu zaczynam wierzyć, że się da, choć tak naprawdę nie wiem, czy moje wysiłki przynoszą jakieś efekty. Zważyłam się na początku i póki co złych wieści mi wystarczy. Następnym razem zważę się dopiero jak poczuję, że jestem gotowa zmierzyć się z własną wagą. Ok, tydzień to niewiele. Silna wola silną wolą, w najmniej oczekiwanym momencie może jej zabraknąć, zwłaszcza na ponownym początku dietowania. Dlatego pewnie nie pisałabym tego posta dzisiaj, gdyby nie mój wspaniały chłopak i to przede wszystkim jemu chciałabym podziękować za ten pierwszy tydzień. Za to, że ze mną wytrzymał, za to, że mnie wspierał, za to, że ilekroć mnie podnosił, usilnie twierdził, że jestem lżejsza niż poprzednio, za to, że we mnie wierzy i za to, że po prostu jest. Dziękuję kochanie <3
A co do samej diety to nic nowego. Pięć posiłków dziennie: śniadanie, obiad, kolacja i dwie przekąski. Ustaliłam sobie kaloryczność każdego z nich i dość konkretnie każdy opisałam. Także posiłki są powtarzalne, a śniadania wręcz monotonne, bo tutaj zawsze 1 kromka żytniego pieczywa bez masła z wędliną, serem bądź twarogiem i w zasadzie dowolnym warzywem. Ale jak już kupię zielonego ogórka to męczę go dość długo dzień w dzień, bo ile plastrów można zmieścić na małej kanapeczce? Jedyną inwencją wykazuję się w temacie obiadów. Sama nie przypuszczałam, że tyle całkiem smacznych dań można wykombinować z tak niewielu dopuszczalnych produktów, a zwłaszcza na bazie warzyw. Poza tym celebruję teraz każdy posiłek - tym bardziej im jest skromniejszy i powoli oswajam się z wieczornym głodem i niezaspokojoną potrzebą słodkiego. Z kolei treningi ograniczyłam do minimum. Po pierwsze dlatego, że dawno (oj dawno!) nie ćwiczyłam, a po drugie dlatego, że szczerze nienawidzę ćwiczyć. Postawiłam na regularność: 3 razy w tygodniu trening na macie (3 nudne ćwiczenia - każde na inną partię mięśniową, zwykle po 20 powtórzeń, 3 serie), do tego raz w tygodniu godzinny spacer lub 20 minut biegania. I nie muszę chyba podkreślać, że (przynajmniej na początku) zdecydowanie bardziej preferuję spacer.
A co będzie dalej? Nie wiem. Nie dlatego, że nie jestem Bogiem, a dlatego, że dzisiaj nie ma jutra. Dzisiaj jest dzisiaj i o tym "dzisiaj" chcę myśleć każdego dnia :)

wtorek, 5 stycznia 2016

No więc jak?

Pytam siebie wielokrotnie czego tak naprawdę chcę i co dalej z blogiem. Bo z jednej strony to szary blog i pewnie niewiele osób regularnie go czyta(ło), a z drugiej zaczęłam coś i nie skończyłam. Nie mam ochoty kończyć. Wiem, że jeszcze nieraz napiszę, ale nie chcę robić tego na siłę. Nie chcę, bo wiem, że czytelnik to czuje. Poza tym wierzę, że ktoś jednak (nie przez przypadek) tu zagląda i nie tylko ciekaw jest co u mnie słychać, ale i sam stara się odnaleźć siebie. Może właśnie w tym co piszę. Ale do rzeczy! Jak zaczęłam tyć z wagi, powiedzmy, normalnej (a przynajmniej najniższej jaką posiadłam w dorosłym życiu), byłam przerażona, że dzieje się to tak szybko, a wszelkie próby zatrzymania tego procesu okazywały się nieudane. Teraz chyba wróciłam do punktu wyjścia, bo przestałam tyć w tak gwałtownym tempie. No i co dalej? Trzeba schudnąć. Oczywiście pojawiły się myśli tej zaburzonej części mnie. Głodówka, kolejna cudowna dieta, przez moment nawet "chęć" powrotu do bulimii. Ale to tylko myśli. Żadnej z nich nie wprowadziałam w życie, bo czasem umiem uczyć się na błędach. Zastanawiałam się więc co dalej. Może odchudzić się tylko do studniówki, a potem się zobaczy? Może postarać się mniej jeść albo jeść zdrowiej? A na bloga wrzucać zdjęcia posiłków i regularnie opisywać moją wspaniałą dietę, która i tak nie zmieni niczego w mojej głowie? Może zrezygnować z kolacji, może z obiadów, a może ze śniadań? Umówiłam się nawet z chłopakiem na (w zasadzie bezterminowe) 10 kg - ja schudnę, a on przytyje, co w efekcie dałoby nam... taką samą wagę! Zniechęciłam się już na samą myśl. Poza tym to dwa różne światy. Wiem, co powinnam albo raczej co byłoby dla mnie dobre: stopniowo zmieniać nawyki żywieniowe, wyrzucić wagę i ruszyć dupsko spod ciepłej kołdry, ale do tego trzeba cierpliwości, wytrwałości, samozaparcia, motywacji. A mi się zwyczajnie nie chce. Albo inaczej. Potrzebuję kogoś nad sobą. Kogoś, kto będzie dla mnie autorytetem w tych sprawach i  komu uwierzę, jeśli powie DO MNIE "nie jedz czekolady i frytek, 3 razy w tygodniu wyjdź na spacer albo zrób konkretne ćwiczenia, a jeszcze przed końcem zimy zobaczysz efekty". Bo wiecie, w internecie jest wiele fitnessek, dziewczyn co to dużo schudły, programów odchudzających, ale to wszystko jest dla ogółu, nikt mi nie da pewności, że ćwiczenia, które wykonuje ktoś tam, sprawdzą się również u mnie. Może faktycznie jestem zbyt sceptycznie nastawiona, ale z czegoś to musi wynikać. I zamierzam się tego dowiedzieć, chociażby współpracując z psychologiem. Jak dotąd to najbardziej hm kompatybilny ze mną specjalista. Czuję, że dopiero zmiany w mojej głowie, myślach, odczuciach, emocjach, spowodują zmiany w zachowaniu, jedzeniu, organizacji czasu, samoakceptacji, a co za tym idzie także w wyglądzie.