wtorek, 8 września 2015

Studniówka

Mimo, iż moja miała miejsce prawie 7 lat temu, doskonale ją pamiętam. A szczególnie brak partnera, udawaną radość, stanie w kącie, gdy inni tańczyli poloneza i uśmiech przez łzy. Ważyłam wtedy mniej niż teraz, ale oczywiście obiektywnie stwierdzić byłam to w stanie dopiero z perspektywy czasu. Co więcej, nie myślałam o jedzeniu nałogowo. Chyba w ogóle nie myślałam. Nie pamiętam jakie było jedzenie i co zjadłam. Pamiętam jednak, że siebie nie nawidziłam, czułam się grubo i nieatrakcyjnie. Generalnie nie wspominam tej imprezy pozytywnie. A wspominam o tym dlatego, że na początku przyszłego roku, dane mi będzie przeżyć studniówkę raz jeszcze. Tym razem będę osobą towarzyszącą, w dodatku mężczyzny, którego szczerze kocham. Nie chcę jednak czuć się źle ze sobą, nie chcę znosić spojrzeń jego znajomych... Nie dość, że sporo starsza, to jeszcze gruba. Nie chcę myśleć o jedzeniu, ani o tym, czy przypadkiem ktoś nie obserwuje mojego talerza. A przede wszystkim nie chcę, by musiał się za mnie wstydzić... Ja wiem, że mnie kocha i podobam mu się taka jaka jestem, bo nie o wygląd tu przecież chodzi, ale nikt mi nie powie, że ważąc mniej nie będę podobać mu się bardziej. Może i motywacja jest słaba, ale na chwilę obecną widzę dwa wyjścia: schudnąć w myśl zasady "cel uświęca środki" albo nie robić nic, poza żarciem. Pewnie jeszcze wiele czasu minie i pewnie jeszcze kilka razy schudnę po to, by po jakimś czasie przytyć, zanim będę potrafiła poradzić sobie z moim problemem trwale, zanim poukładam sobie to wszystko w głowie, a pasja do gotowania będzie tylko pasją. Teraz chcę udanej studniówki. Schudnąć, przynajmniej do społecznie akceptowalnej (do mojego wzrostu) wagi. Wyleczyć, naprawić, zadbać o swoje ciało, zwłaszcza buzię i ramiona z niegojących się strupów i powstałych w ten sposób blizn, a siebie z nawyku ich tworzenia. Mam na to jakieś 4 miesiące.

12 komentarzy:

  1. Ja pamiętam swoją studniówkę jak przez mgłę. Moim partnerem był rok starszym kolegą poznanym przez internet, nie miałam za dużego wyboru. Zachowałam się okropnie, bo poświeciłam czas głównie zabawie, a jego troche (heh) pominęłam, przez co wyszedł ok. 2, czego nawet nie zauważyłam. Pamiętam, że bawiłam się do końca, a jedyne jedzenie jakie zapamiętałam to przepyszny, lekki tort śmietankowy.
    Mój przepis na dobrą zabawę to towarzystko ( a to masz wyśmienite) i kiecka, w której będę się super czuła.
    Może skup się na znalezieniu wystrzałowej kiecki, w której poczujesz się jak Pani świata? ;) Jeżeli upolujesz jakąś, do której będzie Ci brakować kilka cm to wtedy spróbuj się wyszczuplać. Mi niestety odchudzanie się pod jakieś wydarzenie nigdy nie wychodziło... ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sukienkę już mam :p Tyle, że najpierw zamówiłam S, w którą ledwo zmieściła się moja 20 kg lżejsza siostra, a później zamówiłam M, do której planowałam schudnąć, ale w zasadzie już teraz jest na mnie dobra :o Ale naturalnie w obecnym rozmiarze nie chcę być, więc planuję schudnąć, a sukienkę zwęzić, jednak obie dobrze wiemy jak to z tym odchudzaniem jest... Zwłaszcza do jakiejś konkretnej daty.

      Usuń
    2. Zostało około miesiąca do studniówki, co tam u Ciebie słychać????

      Usuń
    3. Nie chcesz wiedzieć ;/ Nie piszę na blogu, bo nie za bardzo wiem co. Wróciłam do punktu wyjścia (czyt. przytyłam do 80 kg) i nadal nie wiem co dalej. Znając życie, krótko przed studniówką skatuję się jakąś niemądrą dietą tak, by chociaż wejść w sukienkę i jakoś przeżyję ten dzień, nie będąc z siebie prawdziwie zadowolona. Może później zacznę jakąś normalną dietę, bez żadnego punktu/terminu docelowego?

      Usuń
    4. Chcę wiedzieć, najlepiej jakbyś pisała codziennie :)
      Ja mam jojo po Gacy i prawie wróciłam do punktu wyjścia, a było tak dobrze, zreszta sama wiesz, jak to jest.
      Na pewno będzie dobrze!! Zrezygnuj z soli na tydzień przed studniówką- powinno pomóc pozbyć się dużej ilości wody, co na pewno wpłynie pozytywnie na samopoczucie, ja muszę to zrobić zaraz po Wigilii.
      I tak w ogóle to życzę Ci wesołych i rodzinnych świąt oraz szałowego sylwestra z Twoim L<3VE :)
      xoxo

      Usuń
    5. Codziennie to nie da rady, szczególnie że jakoś mnie wena opuściła :/ Z jednej strony chcę wrócić i chociaż raz w miesiącu coś napisać, a z drugiej nie chcę być źle odebrana ani się tłumaczyć. Niby schudłam, a później przytyłam. Niby piszę o motywacji i poważnej diecie, a kilka dni później mi się odechciewa i tyję jeszcze bardziej. To trochę skomplikowane, by o tym pisać. Przede wszystkim mam problem z zaakceptowaniem siebie.
      Oj wiem, doskonale wiem, wciąż się z tym zmagam i jakoś ciężko pogodzić mi się z faktem, że tyle pracy nad sobą, tyle wyrzeczeń, tyle przebiegniętych kilometrów... na nic.
      Hm z tą solą pewnie masz rację, nigdy nie próbowałam, ale chyba spróbuję nawet wcześniej niż przed studniówką :)
      I dziękuję za życzenia! Tobie również życzę wesołych świąt, wystrzałowego sylwestra i szczęśliwego 2016 roku :)

      Usuń
  2. Ja na swojej studniówce nie byłam. Ale otyłość nie była moim głównym powodem. Nigdy nie lubiłam takich imprez, to raz, dwa, że nienawidzę sukienek i szpilek, a trzy, że nie miałam na to wszystko pieniędzy. Więc zamiast na studniówce, balowałam z przyjaciółką w parku pijąc taniego szampana. Było czadowo :D

    Chyba wiem, co sobie robisz, że masz strupy i blizny. Wyciskasz? Ja tak sobie zmasakrowałam całe ramiona, pomimo że wyleczyłam się z nałogowego wyciskania w połowie studiów, minęło już jakieś 8 lat, a blizny mam nadal. Ciężko to rzucić. Ja oprócz ramion i pleców masakrowałam sobie też twarz i to głównie z jej powodu postanowiłam z tym walczyć. Warto było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie dobrze zrobiłaś, przynajmniej miło wspominasz ten dzień :) Ja byłam i powstrzymywałam łzy, kiedy inni tańczyli poloneza... Teraz miało być inaczej, a koło jakby zatoczyło krąg. Ale ja schudnę, wiem to. Tylko nie teraz, nie na pokaz, nie do konkretnej daty.
      Co do blizn, nie do końca wyciskam. Wystarczy byle nierówność, a ja od razu zamieniam ją w niegojący się strup. Podobnie jak w Twoim przypadku, główną moją motywacją do zaprzestania jest twarz, ale tam już od dawna się ograniczam. Ostatnio jednak ponownie walczę również o ramiona :)

      Usuń
  3. Od jakiegoś czasu śledzę Twojego bloga i przykro mi, że tak mocno sie zamartwiasz.Może chciałabyś popisać ze mną listy?? Wiem, że to brzmi niedorzecznie ale może fajnie byłoby mieć znajomą z którą możesz popisać... Daj mi znać i nie martw sie tak bardzo :) pozdrawiam SylwiaD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale wcześniej jakoś nie miałam ani sił, ani chęci, ani weny, jakokolwiek to brzmi. Miło mi, że zaglądasz na mojego, chwilowo nieczynnego, bloga :) Oczywiście możemy popisać, odezwij się do mnie na maila :)

      Usuń
  4. Jesteś bardzo krytyczna względem siebie, ale rozumiem - sama czasem widzę siebie w tak mocno czarnych barwach i kiedyś ciężko było mi znaleźć motywację, sposób by zmusić siebie do działania. Teraz działam, może Ty też w tych 4 miesiącach znajdziesz ten power który pomoże Ci osiągnąć cel i to taki na zawsze, nie tylko chwilowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety jakoś go nie znalazłam. Może dlatego, że znów wyznacznikiem była konkretna data, konkretne wydarzenie (studniówka chłopaka). Śledzę Twojego bloga i jestem pełna podziwu, ale nigdy jakoś nie zdobyłam się na skomentowanie któregoś z postów - przepraszam... Oczywiście gratuluję motywacji i efektów! Co do mnie - z motywacją jest największy problem, ale chyba każdy musi znaleźć ten swój, odpowiedni czas. Ja jeszcze czekam, chociaż też tak nie do końca biernie :)

      Usuń