piątek, 7 sierpnia 2015

Bez tytułu

To zabawne, ale od czasu ostatniego posta, codziennie chciałam wrócić. Pisać regularnie, co u mnie i wygrywać. Przegrywałam, więc i ochoty na pisanie w kółko tego samego nie było. Dzisiaj jestem zagubiona, bez pracy, bez planów, gruba. W zasadzie taka sama jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, w maju. Myślałam, że facet wsystko zmieni. Że nagle zachce mi się stosować dietę i ćwiczyć, że będę latać jak szalona po mieście roznosząc swoje CV, a do tego przekonywać wszystkich o tym jaka jestem wspaniała. Myliłam się. Faceta mam wspaniałego, jednak ja jestem wciąż ta sama. Przed oczami mam te same schematy co kiedyś. On się stara, zależy mu, przekonuje mnie, że mu się podobam i wcale nie jestem gruba (co obiektywnie rzecz ujmując jest niemożliwe), a ja nie robię nic. Nie wybieram takiej drogi świadomie, nie chcę tak żyć, a jednak chęć zmian przegrywa z przyzwyczajeniem. Myślę, że w obawie przed porażką. Lepiej być tam, gdzie się jest, choćby miał to być poziom -1 niż zaczynać od zera. Nielogiczne, ale nie tylko ja tak mam. Lepiej jest mi wmawiać sobie wszystkie możliwe zaburzenia psychiczne, narzekać na otyłość i brak pracy niż zacząć wierzyć, że wcale nie jest ze mną tak źle, zacząć (jakąkolwiek) dietę, ruszyć dupę z łóżka i chociaż powysyłać jakieś CV. Problem polega na tym, że mi jest tak dobrze. Nie chcę przejąć kontroli nad własnym życiem. Wolę wierzyć, że pewnego dnia doczekam wizyty u jakiegoś świetnego psychologa, który mimo woli sprawi, że zacznę widzieć świat przez różowe okulary. Serio, w głębi mnie jest takie przekonanie! Podobnie z nadwagą. Liczę, że albo pewnego dnia tak po prostu zacznę chudnąć albo kiedyś ktoś wymyśli jak schudnąć, nie zmieniając nic w swojej diecie i stylu życia. Przecież doskonale wiem, że to niemożliwe! Mam też nadzieję, że (upraszczając) pracodawca zapuka do moich drzwi i zaproponuje wymarzoną pracę, abstrahując od tego, że nie wiem, co chciałabym w życiu robić. To tak samo jak wierzyć w zielone ufoludki - nie możesz mieć pewności, że nie istnieją, jednak bardzo mało prawdopodobne żebyś kiedyś je spotkał. Ale do rzeczy... Ważę 78,3 kg, a moje wymiary z pewnością podejdą pod którąś z kategorii wagowych sumo. Nie podobam się sobie, a do tego czuję się jak schorowana osiemdzisięciolatka. Tak jak kiedyś postanowiłam jeść tylko śniadania, tak teraz postanawiam zrobić porządki w kuchni i w swojej głowie, zacząć myśleć przed, a nie po (nikt mi nie powie, że myślę, kiedy z pełną świadomością idę do McDonald'sa, czy wpycham w siebie czwartego góralka) i wprowadzić jakąkolwiek aktywność fizyczną. Za jakiś czas zacznę też na poważnie szukać pracy. I raz na jakiś czas będę informować zainteresowanych o swoich postępach na blogu ;)
Na koniec kilka zdjęć z tegorocznych wakacji z nim <3 Co by nie myślał, że o nim nie myślę i nie doceniam tego, co dla mnie robi :*






12 komentarzy:

  1. Najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok i opuścić "strefę komfortu" choć zwykle nie podoba mi się nazywanie w ten sposób etapu w jakim się jest, który się zaakceptowało bo nie znalazło się dość sił by z nim zawalczyć. Ale komfortowe to to nie jest. Cieszę się, że napisałaś. Smutno było zjawiać się tu i widzieć ciszę...
    Podzielam Twoje nastawienie, pamiętam swoje w najgorszym okresie. Po co robić, może się samo zrobi, może akurat... a skoro i tak mam te parę kilo więcej to jak zjem spagetti z całej paki makaronu i ze sproszkowanym sosem serowym to nic się złego nie stanie. I moje pierwsze myśli: oj przecież kocha mnie taką jaką jestem. Potem zamieniły się w: "ona jest lepsza, ładniejsza, on mnie już nie chce" i dotyczyło to każdej znajomej, nawet tych najbliższych że racjonalny umysł by nigdy nie pomyślał. Złość o każdy taniec z inną, każde słowo zamienione, każdy uśmiech... A potem złość na niego o wszystko, aż do chwili gdy należało wylać szczerość i porozmawiać. Obiecał mi pomóc i tylko te wspólne treningi, których on pilnuje a ja ich nie chcę, pozwalają mi utrzymać to postanowienie.

    Ten moment apatii minie, skończysz wisieć w próżni w której jednocześnie chcesz i nie chcesz niczego zmieniać. Zobaczysz... musisz tylko nabrać sił, naładować akumulatory. Borderline nie znika, ono jest na zawsze. A sądzę że to właśnie to doskwiera Ci najbardziej :*

    Trzymaj się i nie znikaj, ja też już nie zniknę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby było tak jak piszesz!
      A z tym borderline to sama nie wiem... nie chcę sobie wmawiać, nie chcę też używać tego jako wytłumaczenia dla swoich zachowań. Póki co się na tym nie skupiam :)

      Usuń
  2. Oj tam Borderline, nie rzucajmy takimi diagnozami na prawo i lewo, bo ktoś ma huśtawki nastrojów ;)

    A ja mimo wszystko widzę pozytyw w tym wpisie. Widać, że cieszysz się z tego związku i to jest super. Wiesz, dieta na początku związku jest trudna (wiem coś o tym :O) bo tu restauracja, tam lody...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Mimo rzekomego zdiagnozowania u mnie tegoż zaburzenia, nie jestem przekonana do jego słuszności.
      I dobrze widzisz, bo pozytyw był! To właśnie miłość napędza mnie do działania i daje siłę! Od mojego faceta dostaję ogormne wsparcie :)
      No tak, łatwo nie jest, biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że on próbuje przytyć :D Ale czuję, tym razem mi się uda, że jak przetrwam początek i zobaczę pierwsze efekty, to już pójdzie z górki ;)

      Usuń
  3. Jak ja Cię rozumiem-jakbyś pisała o moich myślach - ja ważę teraz 80,6 dzisiaj rano i ciągle też jestem gruba wg mnie, ale nie robię nic, by to zmienić - poszłam w lipcu na siłownię, ale nie mam motywacji, więc nie chodzę. Tak, facet miał rozwiązać problemy - u mnie jest dziecko, cel, dla którego żyję, a problemy zostały wszystkie plus masa nowych - wniosek z tego - wszystko jest niepoukładane w naszej głowie i obawiam się, że całe życie tak już będzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślimy podobnie, bo mamy ten sam problem - jedzenie. Nie wiem, czy to na cale życie, czy jednak coś z tym można zrobić, ale na pewno nie chcę, żeby było tak jak jest teraz!
      80,6 kg to waga, jaką zobaczyłam na wadze zanim jeszcze zaczęłam swoją przygodę z odchudzaniem. Zapewne nie była to moja największa waga, jednak zapamiętałam ją, bo to była pierwsza liczba jaką ujrzałam na nowej wadze, przy czym kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać, bo wcześniej się nie ważyłam. Znałam swoją wagę raczej tak poglądowo. W ogóle tej 8 z przodu boję się jak ognia... Tak jak jeszcze niedawno 7 ;/
      Do siłowni nie ma co się zmuszać - wiem to po sobie. Takie zmuszanie zwykle przynosi odwrotny skutek i stanowi stres dla organizmu. Lepiej wyjść na spacer :)

      Usuń
    2. no widzisz, a moją wagą wyjściową było 155 kg w wieku 30 lat - teraz 80 to niby moja stała waga, ale jak pilnowana...Dlaczego nie mogłam urodzić się bez tego problemu? 30 lat upokorzenia, nieżycia można powiedzieć (wtedy zaczęłam walczyć z tym nałogiem)- teraz też mi źle, ale już z innych względów - z tych, o których wtedy nie miałam pojęcia, bo ich nigdy nie doświadczyłam...i ta samotność - brak przyjaciela/przyjaciółki - kogoś do wygadania się...

      Usuń
    3. Rozumiem Cię... Wiem jednak, że grubasem żadna z nas się nie urodziła, a nasze tycie to problem psychiczny - nie ma się co czarować. Jeśli masz ochotę i potrzebę, zawsze możesz do mnie napisać, chociaż mailowo :)

      Usuń
  4. Hej! Trafiłam tu zupełnym przypadkiem. Nie mam bulimii ani problemu z waga. Ale. Mam nerwice lekową z ktora walczę od 5 lat. Wycięty miałam wtedy guz z nogi, który byl lagodny, ale spowodował u mnie taki lęk o zdrowie jaki nigdy dotąd mi nie towarzyszył. Boje się wszystkiego. Trafiłam na bloga bo zjadłam dwudniowa drozdzowke z serem i jestem pewna ze na pewno wytworzyły sie w niej jakies bakterie, a ze jestem w ciąży to juz wyobrażam sobie zatrucie i to ze zaszkodzilam dziecku. Po 3 minutach po jej zjedzeniu juz mnie boli brzuch. Dlatego szukam juz w necie informacji o bakteriach w zepsutym serze. Chce Ci uświadomić ze wielu ma "zrypana" psychikę, ze nie trzeba rzygac po jedzeniu żeby czuć sie dziwna. Zlapie mnie skurcz a ja juz mysle ze to zator, każde znamię jest czerniakiem, kazda nierówność na moim ciele jest guzem, każde mrowienie to objaw stwardnienia albo jeszcze gorszej choroby. Moje dziecko ma sie urodzić za 4 miesiące a ja juz wmówilam mu adhd (strasznie ruchliwe jest stad ta diagnoza). Prawie codziennie zmagam sie z lękami,dusznościami, strzykaniem i kluciem i masa innych objawów które są dla mnie tak rzeczywiste. Mimo choroby zdecydowałam sie na ciążę o ktora tyle czasu walczyłam (nerwica mi raczej w staraniach nie pomogła) mam ogromna wiarę ze uda mi się normalnie żyć. Normalnie wychować moja corke. Moi bliscy nie mogą mnie juz słuchać. Ale ja się bardzo staram. Nie dam sie. Ty tez sie daj :) widzisz jest tyle popieprzonych ludzi z tyloma problemami. Każdy zmaga sie ze swoja zmorą :) mam nadzieje ze za kilka miesięcy moja córa stanie sie swiatelkiem w tym dlugim tunelu. Trzeba się czegos złapać i mocno trzymać. Moze to szansa na spokojny oddech i normalne życie. Pozdrawiam Cie serdecznie. Trzymaj sie i znajdź w końcu ten pozytyw który da Ci sile do walki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie... Z logicznego punktu widzenia ser nie może się zepsuć tak, żeby był szkodliwy dla zdrowia. Przykładem jest ser smażony, który produkuje się z "zepsutego" twarogu - wytwarzają się tam bakterie, ale nieszkodliwe dla zdrowia, powodują jedynie fermentację - tak samo w przypadku jogurtów, kapusty kiszonej, czy zakwasu na chleb ;) Poza tym wyroby cukiernicze są tak napakowane chemią, że pewnie nawet po tygodniu z drożdżówką nic by się nie stało, ale wiem co masz na myśli... Najważniejsze to nie wierzyć tym naszym chorym, natrętnym myślom. Myśleć logicznie. Przekonać samą siebie, że sobie wmawiamy. Ja staram się tak robić, kiedy się denerwuję i czuję, że sobie wkręcam. Że wcale nie połknęłam osy, kiedy ta tylko obok mnie przeleciała, że mój chłopak nie miał wypadku jak długo nie odpisuje, że nie stracę wzroku, tylko dlatego, że chwilowo niewyraźnie widzę. Dziękuję, że do mnie zajrzałaś i z całego serca życzę Ci wolności psychicznej, no i zdrowej córeczki!

      Usuń
  5. Bardzo sie ciesze, że w końcu napisałaś :) Wspaniale, że miałaś udane wakacje. Życzę Ci by Twoja miłość kwitła z dnia na dzień :)
    A co do problemów z jedzeniem.. To wiem, że jest to może bardzo trudne, ale czy myślałaś kiedyś o tym, by wyrzucić ze swojej głowy myśl o schudnięciu? Albo raczej o przymusie tego, że musisz schudnąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym pisaniem to faktycznie różnie bywa i nawet niekoniecznie z powodu braku czasu, a bardziej braku weny (który zresztą, jak pisałaś w swoim ostatnim poście, i Tobie doskwiera...), ale wciąż jestem i nie zamierzam porzucać bloga ;)
      Dziękuję, z nim jestem naprawdę szczęśliwa!
      Już nieraz myślałam o takiej, swego rodzaju, wolności... Nawet mi się udało, do momentu aż wyraźnie nie przytyłam. Wtedy problem wrócił ze zdwojoną siłą. Obecnie staram się nie skupiać na tym jak wyglądam, ile ważę i że się sobie nie podobam, tylko staram się żyć i tym życiem cieszyć, cieszyć wszystkim tym, co jest poza moimi problemami. Nie mniej nadal nie jest różowo.

      Usuń