piątek, 28 sierpnia 2015

Olśniło mnie!

Marylin Monroe zmagała się z zaburzeniami odżywiania i to raczej dla większości z nas nie jest tajemnicą. Sęk w tym, że do teraz uparcie wierzyłam, że zaburzenia odżywiania mają ścisły związek z chemizacją żywności, że jem tak strasznie dużo, bo nakręca mnie syrop glukozowo-fruktozowy, a glutaminian sodu zabija moje komórki robiąc ze mnie bezmózgowca. Oczywiście nadal uważam, że te wszystkie dodatki do żywności i wymysły dzisiejszego przemysłu spożywczego nie są dobre dla zdrowia i na pewno prędzej czy później odczujemy ich negatywny skutek (podobnie jak zanieczyszczonego środowiska, czy użytkowania przedmiotów z tworzyw sztucznych), ale przecież za czasów Marylin Monroe ich nie było! Niemożliwe więc, że mają bezpośredni wpływ na to, dlaczego jem więcej niż potrzebuję, wymiotuję, czy się głodzę. Niby wiem, że problem tkwi gdzieś głęboko w emocjach, a jednak ciężko mi sprecyzować co jest nie tak. I nic z tym nie robię. Zarzynam się dalej, szukając przyczyn nie tam, gdzie problem wykiełkował. Sama już nie wiem co robić. Chyba za bardzo jestem podatna na głosy z zewnątrz... Nie wiem czego chcę, nie wiem co czuję, nie wiem co lubię, a czego nie, nie wiem kim jestem i co w życiu chciałabym zrobić/osiągnąć/mieć, nie wiem nawet, czy wolę ubierać się elegancko, czy na sportowo. Wszystko zależy od dnia, towarzyszącego mi samopoczucia i zdania innych ludzi. I cokolwiek tutaj napiszę dziś, następnego dnia wydaje mi się to dziwne, niemożliwe do wykonania, bezsensowne. Może dlatego, że nie wiem co będzie jutro? W związku z powyższym NIE WIEM kiedy następnym razem tu napiszę, NIE WIEM, czy będzie to dzień rozpierającej mnie euforii, czy może będą miotały mną wówczas negatywne emocje, NIE WIEM też, czy poczynię jakiekolwiek kroki w kierunku... zdrowej sylwetki, bo o wymarzonej nie mam nawet co myśleć.

piątek, 7 sierpnia 2015

Bez tytułu

To zabawne, ale od czasu ostatniego posta, codziennie chciałam wrócić. Pisać regularnie, co u mnie i wygrywać. Przegrywałam, więc i ochoty na pisanie w kółko tego samego nie było. Dzisiaj jestem zagubiona, bez pracy, bez planów, gruba. W zasadzie taka sama jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, w maju. Myślałam, że facet wsystko zmieni. Że nagle zachce mi się stosować dietę i ćwiczyć, że będę latać jak szalona po mieście roznosząc swoje CV, a do tego przekonywać wszystkich o tym jaka jestem wspaniała. Myliłam się. Faceta mam wspaniałego, jednak ja jestem wciąż ta sama. Przed oczami mam te same schematy co kiedyś. On się stara, zależy mu, przekonuje mnie, że mu się podobam i wcale nie jestem gruba (co obiektywnie rzecz ujmując jest niemożliwe), a ja nie robię nic. Nie wybieram takiej drogi świadomie, nie chcę tak żyć, a jednak chęć zmian przegrywa z przyzwyczajeniem. Myślę, że w obawie przed porażką. Lepiej być tam, gdzie się jest, choćby miał to być poziom -1 niż zaczynać od zera. Nielogiczne, ale nie tylko ja tak mam. Lepiej jest mi wmawiać sobie wszystkie możliwe zaburzenia psychiczne, narzekać na otyłość i brak pracy niż zacząć wierzyć, że wcale nie jest ze mną tak źle, zacząć (jakąkolwiek) dietę, ruszyć dupę z łóżka i chociaż powysyłać jakieś CV. Problem polega na tym, że mi jest tak dobrze. Nie chcę przejąć kontroli nad własnym życiem. Wolę wierzyć, że pewnego dnia doczekam wizyty u jakiegoś świetnego psychologa, który mimo woli sprawi, że zacznę widzieć świat przez różowe okulary. Serio, w głębi mnie jest takie przekonanie! Podobnie z nadwagą. Liczę, że albo pewnego dnia tak po prostu zacznę chudnąć albo kiedyś ktoś wymyśli jak schudnąć, nie zmieniając nic w swojej diecie i stylu życia. Przecież doskonale wiem, że to niemożliwe! Mam też nadzieję, że (upraszczając) pracodawca zapuka do moich drzwi i zaproponuje wymarzoną pracę, abstrahując od tego, że nie wiem, co chciałabym w życiu robić. To tak samo jak wierzyć w zielone ufoludki - nie możesz mieć pewności, że nie istnieją, jednak bardzo mało prawdopodobne żebyś kiedyś je spotkał. Ale do rzeczy... Ważę 78,3 kg, a moje wymiary z pewnością podejdą pod którąś z kategorii wagowych sumo. Nie podobam się sobie, a do tego czuję się jak schorowana osiemdzisięciolatka. Tak jak kiedyś postanowiłam jeść tylko śniadania, tak teraz postanawiam zrobić porządki w kuchni i w swojej głowie, zacząć myśleć przed, a nie po (nikt mi nie powie, że myślę, kiedy z pełną świadomością idę do McDonald'sa, czy wpycham w siebie czwartego góralka) i wprowadzić jakąkolwiek aktywność fizyczną. Za jakiś czas zacznę też na poważnie szukać pracy. I raz na jakiś czas będę informować zainteresowanych o swoich postępach na blogu ;)
Na koniec kilka zdjęć z tegorocznych wakacji z nim <3 Co by nie myślał, że o nim nie myślę i nie doceniam tego, co dla mnie robi :*