niedziela, 10 maja 2015

No cóż.

Nie piszę, bo jakoś ciężko mi się za to zabrać. Zresztą ostatnio do niczego nie potrafię się zmobilizować. Ostrzegam, że nie będzie pozytywnie! Znów jestem gruba. W międzyczasie zaliczyłam (na szczęście krótkotrwały) powrót do bulimii. Ciągle jem, no dobra - obżeram się, ale nawet jak się nie obżeram, a wręcz kładę spać głodna, waga jak zaklęta stoi w miejscu. Czasem idzie w górę. Muszę mieć nieźle rozciągnięty żołądek, bo rzadko kiedy jestem najedzona, a do tego jakikolwiek sport jest obecnie moim największym wrogiem. Szybko się męczę, nie mam do niczego sił, brak mi wewnętrzej motywacji. No i nie akceptuję wyglądu swojego ciała. Czuję jakbym wróciła do punktu wyjścia, jednak nie widzę tej drogi, którą widziałam wtedy. Widzę labirynt, z którego najwidoczniej nie chcę wyjść. Nadal nie mam stałej pracy. Ale i nie szukam. Nie chudnę. Ale nie stosuję żadnej diety, ani nie ćwiczę. Potrzebuję psychoterapii. Ale przestałam się o nią starać. NFZ wprowadził mnie w jeszcze gorszy stan niż ten, w którym byłam. Poczekam grzecznie na wizytę u specjalisty... do kwietnia 2016. Chciałam leczenia szpitalnego. Ale nawet skierowania nie udało mi się załatwić. Sama nie wiem czego tak naprawdę chcę. Poza tym, że nie chcę podejmować decyzji i nie chcę być dorosła. I mam faceta, na którego nie zasługuję. To boli mnie chyba najbardziej. Kocham go jak nigdy nikogo. I jestem z nim szczęśliwa. Ale tylko z nim. Tylko, kiedy jest przy mnie. W gruncie rzeczy prawie cały czas jest przy mnie. Tylko on sprawia, że się uśmiecham. Znosi mnie, bulimię, nerwicę, borderline, depresję. A ja nawet nie potrafię tego docenić.