poniedziałek, 23 marca 2015

Poddaję się

Po tygodniu dzielnego unikania wagi, co w moim przypadku jest niewątpliwym sukcesem, przytyłam prawie 1 kg. Obecnie ważę 73,5 kg. Zaskoczyło mnie to o tyle, że cały ten tydzień pilnowałam się z jedzeniem. Ha i nawet miałam wrażenie, że schudłam! Nie zamierzam oczywiście nikomu wciskać kitu, że stosowałam dietę, czy nie jadłam słodyczy, bo tak nie było, jednak poza tym, że jadłam w miarę regulanie, nie żarłam w nocy i kładłam się spać o w miarę przyzwoitej porze, ani razu nie obżerałam się czym popadnie, a słodycze sobie wydzielałam, co wcześniej nie miało miejsca, bo wszystko co kupiłam, musiałam od razu w siebie wpakować. Faktem jest, że ostatnio coraz mniej biegam - w zeszłym tygodniu na siłowni byłam tylko 3 razy, przy czym treningi nie były jakoś specjalnie nadintensywne. Odpuściłam trochę, bo widzę jak destrukcyjnie to na mnie wpływa, a poza tym zrezygnowałam z siłowni od kwietnia, więc żeby później gwałtownie nie przytyć, wypadałoby przyzwyczaić organizm do normalnej aktywności fizycznej. I tak nie wiem jak to będzie, bo jak dotąd "tylko" wieczorem męczył mnie ból kręgosłupa, tak dzisiaj ledwo wstałam z łóżka. Nie jestem w stanie nic zrobić, ledwo chodzę, a po południu jadę do rodzinnego. Może jakiś lek chociaż przepisze. Z kolei wywalczoną niemalże wizytę u ortopedy, mam dopiero pod koniec kwietnia. Zdjęcia rentgenowskie, które robiłam prawie rok temu, pewnie zdążyły się już "przeterminować", bo wówczas nie bolał mnie kręgosłup, a już a pewno nie tak regularnie i silnie ja teraz. No to ponarzekałam :D

Na zakończenie fenomenalny chleb mojego autorstwa, w sensie nie sam przepis ale wykonanie (zdjęcie kiepskie, bo robione wieczorem). Pierwszy bochenkowy i naprawdę godny polecenia. Poza tym, że niezwykle prosty i bezproblemowy w przygotowaniu, to wyjątkowo smaczny. W środku idealnie pulchny, a na zewnątrz delikatnie chrupiąca skórka. Serio, nie wierzyłam, że tak się da.


A jak go przygotować?
Do miski wsypać 0,5 kg mąki pszennej (najlepiej chlebowej typ 650, ale oczywiście można eksperymentować, co ja na pewno będę w niedalekiej przyszłości robić), dodać drożdże (najprościej suszone 7g, ale można świeże 25 g, z tym, że wtedy trzeba zrobić zaczyn), łyżeczkę soli i dodatki (w tej wersji łyżeczka ziół prowansalskich i 2 ząbki czosnku - w następnej wersji będzie to prażona cebulka) oraz 300 ml wody i łyżkę oleju, wymieszać i wyrobić ciasto (nie podsypywać za dużo mąki, tylko umiejętnie wyrobić ciasto tak, by było mięciutkie, a jednocześnie się nie kleiło). Uformowac kulkę, wsadzić z powrotem do miski i odstawić do podwojenia objętości na 30 minut. Po tym czasie jeszcze lekko wyrobić i teraz najtrudniejsze do opisania... Rozpłaszczyć ciasto i składać boki do środka 3 razy, za każdym razem rozpłaszczając (nie wiem, czy to coś daje, ale pewnie bezcelowe nie jest), po czym ciasto zwinąć dość ciasno, formując bochenek. Naciąć ostrym nożem, spryskać wodą, posypać mąką lub inną, dowolną posypką i wstawić do nagrzanego do 50 st. C piekarnika na 15 minut, po czym zwiększyć grzanie do 200 st. C i piec 50 minut, ale od czasu zwiększenia grzania, a nie nagrzania piekarnika do tych 200 st. C. Wyjąć i studzić na metalowej kratce, ja przykryłam dodatkowo ręcznikiem kuchennym, co by skórka nie była twarda.
Zresztą jakby ktoś chciał zrobić, to robiłam go z tego przepisu: https://www.youtube.com/watch?v=StRs-FzJZOs
Na filmiku dokładnie pokazane jest jak go uformować :)

5 komentarzy:

  1. I Ty mówisz, że się poddajesz? Nie wierzę :D
    Bitwę można przegrać, ale wojny nie. Nie przejmuj się tak tymi cyferkami na wadze. Na pewno wyglądasz na mniej. Ja widzę, że moje ciało wyszczuplało, a waga ku zdziwieniu pokazuje ciągle tyle samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ehh niestety cyferki nie kłamią. Ostatnio w bardzo szybkim tempie tyję do 76 kg, co chwilowo przywraca mnie do pionu, kilka dni walczę i waga równie szybko spada, ale już przy 73 kg znów zaczynam żreć i tyć. Przy czym nie mam już karnetu na siłownię i rzecz jasna nie ćwiczę. Ale jest postęp! Od wczoraj zaraz po przebudzeniu 15 minut biegania :) Pal licho, że to niewielka aktywność (chociaż na chwilę obecną dla mnie wystarczająca), grunt, że samopoczucie poprawia i dodaje energii na cały dzień. No i święta to ostatnio dla mnie taki dobry czas, gdzie sama sobie udowadniam, że można wówczas jeść normalnie. W Boże Narodzenie mi się udało, to może i na Wielkanoc się uda... Chociaż spędziłam dziś cały dzień w kuchni i aż się boję zobaczyć tych wszystkich pyszności naraz na stole. Dodatkowym czynnikiem "stresującym" będzie na pewno większa ilość osób. Pomijając kwestię mojego widocznego dla rodziny, z którą widuję się od święta, przytycia (na to się już psychicznie przygotowałam, chociaż miałam nielada problem z doborem odpowiedniego stroju - większość ubrań opięta, a na dodatek przetarły mi się jedyne spodnie, w które się jeszcze mieściłam), to na pewno w mojej głowie usłyszę: "jedz bo Ci wszystko zjedzą, a przecież Ty MUSISZ spróbować wszystkiego".

      Usuń
    2. Dla mnie święta nie stanowią takiego problemu. Najbardziej problematyczny czas, to jednak zawsze ten, kiedy jestem sama i przygniata mnie moja samotność.

      Usuń
  2. hej nie wiem czy znasz angielski i na jakim poziomie ale polecam przeczytac " brain over binge" tez mialam problemy a teraz nawet jezeli zjem wiecej to nigdy nie wywoluje to napadow obzarstwa az do bolu brzucha, naprawde polecam ta ksiazke :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Co u Ciebie słychać? Mam nadzieję, że twoje poddanie to na jakiś czas. Czasem trzeba spaść na dno by się odbić i wzlecieć jak Feniks z popiołów.
    Czytelniczka

    OdpowiedzUsuń