środa, 11 lutego 2015

Od... nigdy?

Jestem 12 dni po egzaminie inżynierskim, a jedyne co zrobiłam w przeciągu tych dni to... przytyłam, co pozornie nie miało prawa się wydarzyć. Skoro w najbardziej napiętym okresie przedegzaminacyjnym co najmniej wagę utrzymywałam (a nawet obniżyłam do niecałych 67 kg), to nie myślałam, że jej obniżenie później, przysporzy mi tylu kłopotów. Niby więcej czasu, brak stresu i obowiązków wyższych, swobodne treningi, przemyślana dieta - tak myślałam. W praktyce jest zupełnie odwrotnie. Im mniej mam na głowie, tym gorzej mi się żyje. Oczywiście na brak obowiązków nie narzekam (nie zdołałam jeszcze zrobić gruntownych porządków w pokoju). Kilka pierwszych wolnych dni poświęciłam na nie robienie niczego szczególnego. Później trochę lataniny na uczelnię, a od poniedziałku pracuję. W międzyczasie zajęłam się trochę pasją do gotowania. No właśnie. I chyba dzięki temu przytyłam aż 3 kg. Owszem, obżeram się, ale wcześniej też to robiłam, a trenuję tyle, co zawsze. Pominę kwestię zbliżającego się okresu, który robi ze mnie płaczliwą, zmarzniętą bestię, która zjada wszystko jak bezmózgie yeti (nie wyłączając syropu glukozowo-fruktozowego!). Z tym syropem zabawna sytuacja, bo dorwałam go wczoraj i dziś. Wczoraj w ciastkach francuskich z Lidla. Celowo nie podeszłam do tablic ze składem tychże ciastek, mimo iż niedawno "przestudiowałam" składy wszystkich tamtejszych wyrobów. Pamiętam doskonale, że któreś miały syrop, a te co go nie miały, napakowane były inną chemią. Wolałam jednak wmówić sobie, że może to akurat nie te ciastka, które wybrałam, miały gorszy skład, czując przy tym istną hipokryzję względem samej siebie. Dzisiaj z kolei trafiłam w szafce na śliwki w czekoladzie. Bezmyślnie zeżarłam jedną, celowo dopiero później patrząc na skład (syrop glukozowo-fruktozowy razy dwa plus kwas cytrynowy). Następną zjadłam już w pełni świadomie. Niemniej na całokształt mojego podłego samopoczucia niewątpliwie wpływają też sterydy. Tak naprawdę odkąd je stosuję (niecały tydzień), zauważyłam znaczny przyrost tłuszczu w okolicy brzucha. Przez to, że jednocześnie zaczęłam żreć (jak dla mnie typowy PMS, chociaż podczas ostatniej wizyty u lekarza okazało się, że albo owulacja będzie opóźniona albo wcale jej nie będzie, bo znów mam torbiel), nie mam pewności, czy to obiektywny fakt, czy autosugestia. Nie zmienia to faktu, że te leki mi nie pomagają, co skłania mnie ku przekonaniu, że jednak nie mam astmy. Tylko w takim razie, dlaczego z oddychaniem jest coraz gorzej? Na razie i tak nie mogę nic zrobić. Czekam do piątkowej wizyty u ginekologa, ona sporo wyjaśni. Jeśli wszystko będzie ok, to możliwe, że waga się trochę unormuje jak dostanę okres, a mój obecnie niepohamowany apetyt wróci (przynajmniej) do normy. Wówczas ze sterydami przemęczę się jeszcze tydzień i zrezygunję, jeśli nie zauważę poprawy. Jeśli będzie torbiel, znowu będę zmuszona brać hormony. Wtedy zrezygnuję ze sterydów wcześniej, bo łączenie sterydów z hormonami, mogłoby okazać się katastrofalne w skutach. Tak, czy inaczej czekam jeszcze na wizytę u alergologa. Poza przypuszczeniem, że to skrzywienie kręgosłupa powoduje trudności w oddychaniu (do ortopedy już od prawie roku próbuję się dostać - bezskutecznie), bardzo istotną poszlaką jest gluten. Myślę, że testy alergologiczne wszystko wyjaśnią, chociaż znaczące dla mnie jest już to, że jak przez jakiś czas glutenu nie jadłam, przeważnie normalnie oddychałam, co więcej spirometria wyszła w normie (wcześniej za każdym razem miałam skrajnie zły wynik). Lekarka twierdzi, że to typowe dla astmy. Ja jednak mam inne zdanie. Wcale nie mam typowych objawów astmy. Nie słyszę żadnych świstów podczas oddechu, rano nie mam ataków kaszlu, nie budzę się w nocy, nie mam wrażenia zaciskania pętli na szyi, bo i zwykle nie mam typowych duszności. Nie mam jednorazowych ataków, tylko męczę się cały dzień, czując potrzebę wzięcia głębokiego wdechu albo długiego ziewania. I tak naprawdę sen to jedyny moment, kiedy mam spokój, bo jakoś samo się oddycha. Jednak problem nasila się (i wówczas dochodzi kaszel), kiedy jestem narażona na dym tytoniowy, dużo zjem (szczególnie duże ilości glutenu), nie wyśpię się, jest mi zimno lub biegam. To by mogło wskazywać na jakiś oskrzelowy problem. I coś czuję, że rozwiąć go wcale nie będzie tak łatwo. A nie ukrywam, że to bardzo istotne dla odchudzania. Otóż mało, że problemy z oddychaniem (jak i przyrost wagi, za daleko idące odstępstwa od właściwego odżywiania, nadmierny trądzik i wieczne maltretowanie go, bardzo zły i stale pogarszający się wzrok, brak motywacji i sił do biegania, wieczne uczucie zimna i szorstka skóra) znacznie pogarszają jakość mojego życia i sprawiają, że wiecznie jestem zmęczona (już tą samą "walką" o oddech), to prowadzą do coraz większej frustracji, a w efekcie do stanów depresyjnych, niechęci do życia i poczucia bezsensu (i naturalnie "pocieszania" jedzeniem - to chyba najgorsze z możliwych błędne koło). Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, ani spotykać się z ludźmi (nie lubię jak ktoś widzi w jaki sposób muszę oddychać), rozważam nawet rezygnację z siłowni. Wczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna,, nie miałam sił biegać i mam wrażenie, że głównie psychicznie. Bywało, że gorzej mi się oddychało, cały czas dusiłam się kaszlem, coś mi przeskoczyło w kostce, byłam niewyspana, czy zwyczajnie fizycznie mi się nie chciało, a potrafiłam przebiec bardzo dużo, właśnie dzięki psychice i chęci. A teraz jest zwyczajnie źle, nie mam nawet wewnętrznej motywacji, by pójść na trening, a co dopiero go zrobić. Nie wiem, może ma to też związek z tym, że obecnie pewien rozdział w moim życiu się skończył i jak na razie brak stabilizacji. Jak tylko będę miała czas, najpierw porządnie wysprzątam pokój, a później zajmę się moim CV i zacznę szukać stałej pracy.

I naprawdę mam nadzieję, że wszystko o czym pisałam powyżej (no może poza problemami z oddychaniem) związane jest z PMS i minie... na 2 tygodnie, gdy tylko dostanę okres. A później znów to samo.


Jeszcze kilka zdjęć, żeby nie było tak czarno-biało ;)



Zupa mocno warzywna z kaszą jaglaną i bułeczki serowe z cebulką

Ciasteczka owsiane z sezamem

Baaardzo wysokokaloryczny (choć smażony bez tłuszczu!) omlet z płatkami owsianymi i bananem



Jaglany murzynek z żurawiną przekładany warstwą kokosową

Następnym razem wrzucę zapewne zdjęcia faworków, pączuszków serowych (robić będę jutro) i prawdziwych drożdżowych pączków z nadzieniem (zaplanowane na podkoziołek - ostatki) i... Jak to dobrze, że za chwilę post!

9 komentarzy:

  1. ,,Im mniej mam na głowie, tym gorzej mi się żyje". Mam tak samo. I myślę, że to normalne. Zbyt duża ilośc czasu wolnego sprzyja nałogom - uciekaniu w złe nawyki i przyzwyczajenia. Poza tym rodzi poczucie bezsensu życia.
    Ja nie lubię mieć dużo wolnego czasu. Bezczynność jest destruktywna.
    Może nie masz się czym przejmować, bo wcale nie przytyłaś?
    Ja ważę tyle samo od kilku miesięcy, ale wyglądam nieco szczupłej. Mięśnie też ważą, a jak trenujesz to na pewno rosną.

    P.S. Polecam Ci przeczytać książkę ,,Biegać mądrze" - Richard Benyo. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie wiedziałam to już wcześniej, ale zwykle jak człowiek ma nadmiar obowiązków, to narzeka i chce mieć wolne. Jak już ma wolne, to brakuje mu obowiązków. U mnie w ostatnim tygodniu na wszystko nałożył się coraz wstrętniejszy PMS.
      Oj, przytyłam (waga dziś rano 69,1 kg). Wystarczył tydzień niekontrolowanego żarcia połączonego z depresją, gdzie silna wola nie ma nic do gadania, mocno ograniczone treningi i niedobór snu. Wtedy jest wszystko jedno, nie robi wrażenia otyłość, pogorszenie stanu zdrowia, czy kondycji, co w normalnych warunkach dla większości ludzi jest istotne. Na szczęście dostałam dziś okres, a na nieszczęście - torbiel się powiększyła, przynajmniej jeszcze wczoraj była. Mam nadzieję, że do następnej wizyty wyprowadzi się z mojego jajnika.
      W moim przypadku tylko brzuch wyraźnie "zwiększył swoją objętość", zarówno w kwestii wizualnej jak i pojemnościowej. Teraz powinien się trochę "odpompować", skoro juz dostałąm okres (niestety tłuszczu nabytego przez nadmierne jedzenie ot tak się nie pozbędę). I znów wracam do przekonania, że winne temu całemu złu są estrogeny. Nie wiem tylko skąd w moim organizmie ta nierównowaga... Co do ilości mięśni i tłuszczu okaże się już za nieco ponad tydzień, bo mam wizytę u dietetyka, jednak wątpię, by jakoś znacząco się te ilości zmieniły. U mnie to jest tak, że 2 tygodnie odkąd dostanę okres działam i chudnę (lub wracam do normy po 2 tygodniach przed) no i 2 tygodnie przed, gdzie z wyżej wymienionych powodów tyję. Za każdym razem obiecuję sobie, że następnym się nie dam, ale często "następnemu razowi" towarzyszą jakieś inne, nieplanowane czynniki i wszystko się sypie, a ja się bezmyślnie poddaję jakby mi mózg odebrano na ten czas.

      Dzięki, na pewno poszukam tej książki ;)

      Usuń
  2. Zdecydowanie i u mnie mało obowiązków = zbyt szybko czas się przelewa i nie potrafię ogarnąć podstawowych spraw. Człowiek potrzebuje pręgierza czasu i natłoku spraw do zrobienia na wczoraj.

    Musisz być twarda, pokonać PMS i kopnąć depresję w dupsko - niech idzie za drzwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem przegrałam, ale będę próbować wytępić PMS aż do skutku!

      Usuń
  3. Mam bardzo podobne okołokresowe obserwacje na własny temat. Mentalnie przybijam piątkę. I wyciągam za uszy z tej krainy rozpaczy i błędnych kół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;) Walentynkowy okres przyszedł z pomocą. Na nowo zaczyna mi się chcieć!

      Usuń
  4. Wróciłam wczoraj wcześniej w pracy i co? Od razu do żarła, i tylko zastanawiałam się, co jeszcze jest do wciągnięcia. Im bardziej jesteśmy zajęci tym mniej myślimy o jedzeniu.
    Poproszę przepis na murzynka!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha też tak mam, że po powrocie do domu rzucam się na jedzenie. Mając świadomość, że za jakiś czas będę w domu i zjem normalnie, często nie dojadam się już poza domem. W efekcie zanim dotrę do domu, zdążę podwójnie zgłodnieć i nadrabiam braki. Nie wiem jak to jest, że w pracy mogę długo nie jeść, a jak już jem, to potrafię najeść się samym owocem na 2-3 godziny, a poza nią, już po kilku minutach od zjedzenia owocu, odczuwam głód :o Chyba faktycznie brak zajęcia ma na to wpływ, przypomniało mi się jak kiedyś dzień i noc siedziałam nad prezentacją na uczelnię i nie odliczałam czasu do kolejnego posiłku, a do kuchni schodziłam tylko będąc naprawdę głodna i nie szykowałam całej góry jedzenia, bo nie chciałam marnować czasu na konsumpcję.

      Ciasto na murzynka robiłam z tego przepisu co kiedyś (http://kotlet.tv/jaglany-murzynek), a warstwę kokosową z ubitych na sztywno białek, cukru i wiórków kokosowych. Na małą keksówkę (25 cm) z ilości podanej w przepisie, a na większą (35 cm) wszystkiego o połowę więcej (czyli zamiast 180 g kaszy - 270 g, ja akurat dałam 300 g tak w zaokrągleniu :p). Na warstwę kokosową do małej foremki dałam 2 białka, 100 g cukru i 100 g wiórków. Na dużą 4 białka, 200 g cukru i 200 g wiórków, ale trochę mi zostało, więc zrobiłam z tego kokosanki - wrzuciłam kleksy tej masy na papier do pieczenia i chwilę podpiekłam :) Polecam, bo to połączenie jest naprawdę dobre. Zrobiłam to ciasto też dla mamy do pracy i wszystkim smakowało :) Oczywiście można zrobić wersję standardową murzynka z mąki, ale z kaszy na pewno jest zdrowsze i zdecydowanie bardziej syte. Jako, że to kasza zdarzało mi się zjeść to ciasto zamiast obiadu :p

      Usuń
  5. Bo najgorsze podczas diety jest posiadanie za dużo wolnego czasu. Wtedy rodzą się w głowie te głupie pomysły i ochota na podjadanie. Na wlasnej skórze tego doświadczyłam. Ciężko wtedy nad sobą panować :P

    OdpowiedzUsuń