czwartek, 19 lutego 2015

No dobra

Jestem dziwna i nie dotrzymuję własnych postanowień. Jestem niby na diecie, a jem więcej niż osoby nie odchudzające się. Kiepsko ostatnio trenuję i na siłę wmawiam sobie, że waga rośnie od leków. Wszystkim mówię, że się nie odchudzam, a tak naprawdę 24 godziny na dobę snuję plany jak to idealnie zacznę... od jutra. Jutro nastaje, a ja nie jestem gotowa, bo przecież muszę jeszcze ostatni raz poczuć smak tego wszystkiego, czego NIE JEM. Chcę tyle zrobić, a wiecznie nie mam na to czasu. W rezulatcie nie robię nic. Ale najzabawniejsze i tak jest to, że od jakiegoś czasu żyję w przekonaniu, że... umieram. No tak, bo przecież się kilka razy nie wyspałam, a na i po imprezie (tak, tak piłam alkohol, nawet te ohydne barwione drinki ze znikomą ilością alkoholu) nie mogłam oddychać. Później wykryłam coś twardego nad cyckiem, zaczęłam odczuwać ból w okolicy serca przy głębszym oddechu i generalnie wiecznie mi słabo. Teraz mam 2 opcje: wymyślić sobie chorobę adekwatną do objawów i użalać się nad sobą albo wyrzucić za okno wszystkie swoje wykreowane zmartwienia i w końcu coś ze sobą zrobić. Właśnie teraz, kiedy mam czas i żadnych zobowiązań.

Nie przestanę pichcić normalnego jedzenia, bo to tak jakbym chciała uciec. Zmuszę się jedynie do wydzielania sobie rozsądnych porcji. Nie rozumiem, dlaczego jedzenie ma dla mnie taką moc. Chciałabym spróbować wszystkiego, co gdzieś zobaczyłam, co sobie stworzyłam w głowie lub co mi kiedyś już smakowało. Wiecznie o tym myślę. Przejmuję się jak czegoś zgodnie z planem nie zrobię albo jak widzę na komputerze milion zakładek z przepisami. A kiedy coś gotuję, czy piekę nie wystarczy mi spróbowanie - muszę jeść tak długo aż poczuję do siebie wstręt lub jedzenie się nie skończy.

Tak było z pączusiami serowymi i faworkami. Nie byłam w stanie usmażyć wszystkich, ładnie wykończyć, położyć na talerz, zrobić herbatę i się poczęstować. Żarłam jeden za drugim, nim jeszcze całkowicie ociekły z tłuszczu.




Tak było też z ciastem, które musiałam spróbować, zanim ostygło. Musiałam wciągnąć 2 ogromne kawałki, chociaż chwilę później szłam na trening.




I tak było z pizzą. Nie podzieliłam grzecznie na równe kawałki. Pożarłam jeszcze parujący kawał, jakby mi ktoś miał tą pizzę zaraz zabrać. Jako, że nie zdążyłam wsadzić go nawet na talerzyk, uznałam, że go nie było i zjadłam kolejny. Wypchana po brzegi jak pluszowy miś sięgnęłam po jeszcze jeden. Lampka kontrolna mi się nie zapaliła. Albo jej po prostu nie mam.




No i wczorajsze pączki. Cieszyłam się jak dziecko, że wyszły. Wyglądały jak pączki i smakowały jak pączki (chociaż ze względów technicznych ubogie były w nadzienie). Połowa była z nutellą, połowa z powidłami. Logiczne byłoby pozwolenie sobie na 2. Ja zjadłam 4. Plus pół ciepłego dla sprawdzenia, czy jest wypieczony w środku. Mogłam go tylko przekroić i albo poczęstować nim kogoś z rodziny albo odłożyć, ale przecież wtedy... no właśnie nie wiem co by się wtedy stało. Na "trzeźwo" wiem, że nic, ale w obliczu żarcia mam wrażenia, jakby miało stać się coś strasznego. Nie wiem jak to jest, kiedy ktoś kocha gotować, czy piec dla kogoś. Ja gotuję i piekę dla siebie, a tylko przy okazji częstuję innych. Nie lubię jak ktoś coś zje, a ja tego nie zjem. I chyba to jest mój największy problem. To jest nie tylko niegrzeczne i egoistyczne, ale też chore. Ja jestem chora. Na jedzenie.






Ostatnie zdjęcia to moje obiady. Obiady, które robiłam tylko dla siebie i zjadłam normalnie. Może ja się po prostu boję, że jak robię coś dla wszystkich, to mi to zaraz zjedzą. Ale oni przecież nie są chorzy. Czuję się jak jakaś patologia.



Ciecierzyca z pomidorami i mleczkiem kokosowym

Schabowy (o jednoznacznycm kształcie) z warzywami

Jakieś wspaniałe (sprawdzone) rady, co zrobić, żeby nie skończyć w wariatkowie?
;)

8 komentarzy:

  1. Trochę jakbym czytała o sobie. Wczoraj w pracy zjadlam cały talerz mocno sycącej zupy, byłam pełna, do granic. Wróciłam na stanowisko pracy, gdzie leżała zawinięta w torebkę bułka maślana "na później". Mimo najedzenia, dopchałam nią żołądek. Nie umiałam jej nie zjeść. Nie wiem, z czego to wynika. Mamy przecież mózg, jesteśmy oczytane jeżeli chodzi o odżywianie, zdrowe odżywianie, a jednak bywa, że nie umiemy się powstrzymać. WTF? Dla mnie- tajemnica poliszynela.
    BTW: wszystko wygląda tak smacznie, że nie dziwię Ci się!
    Rada? Zdjęcie siebie w wersji XXL na lodówce i gdzie się da. Swoją drogą- musze sama tak zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już myślałam, że zaczęłam się ogarniać, ale nie... Upiekłam dziś ciasteczka owsiane, zjadłam już z 8 (do tego cała masa białego chleba), a drugie tyle sobie odłożyłam. Miałam iść na trening, ale po tym obżarstwie dupy mi się nie chce ruszyć. Co najwyżej do kuchni. Po prostu żenadaaaaaaaaaaaaaaaa!
      Dziękuję, ale chyba będę musiała zmienić zainteresowania. Gotowanie i odchudzanie w moim przypadku? To się nie uda.
      Ooo tak, żeby cała moja rodzina nabrała wstrętu do jedzenia przez to zdjęcie! Na mnie to i tak nie działa ;/

      Usuń
  2. Kochana rozumiem to... ja mam tak zawsze. Jak mam coś zamówić to tylko to co będzie NAJWIĘKSZE i będzie tego NAJWIĘCEJ. A potem wyrzuty sumienia, poczucie jaka jestem wypchana, tęga... Nie wiem czy da się to jakoś zwalczyć. Ja walczę wyobraźnią - przywołuję obrazy jak to będzie cudownie kiedy będę taka fit, kiedy spadnę poniżej 60 kg... zamykam oczy i jestem szczęśliwa. To pomaga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każda osoba mająca problem z wagą tak ma ;/ Normalnie jesteśmy naznaczeni - żarcie nas wybrało.
      Ja się zawsze dziwię ludziom, którzy zamawiają małą pizzę jak większa wychodzi stosunkowo taniej. Nigdy nie zastanawiam się nad tym, czy będę w stanie to zjeść, bo chociażbym miała się później toczyć zjem wszystko co zamówię lub sobie przygotuję. Wolę się źle czuć z przejedzenia niż czuć niedosyt jedzenia, a to nie jest normalne.
      Moja wyobraźnia już najwidoczniej nie działa. Zresztą musiałabym chyba cały czas chodzić z zamkniętymi oczami, bo jak tylko je otworzę widzę tłuszcz, coraz więcej tłuszczu. A ten widok zawsze nakręca mnie na jedzenie.

      Usuń
  3. Tak sobie myślę, że ból w okolicach serca może wynikać z jakichś stresów, lęków itp. Na pewno nie pomaga złość na siebie z powodu pączków :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może... tylko, że teraz nie mam czym się stresować (no może poza stale rosnącą wagą). A jak nie pączki, to zrobię coś innego. Normalnie jestem masochistką. Koniec już z tym pieczeniem. I w ogóle z cukrem, glutenem i chemią!

      Usuń
  4. Po 1. Polecam na poprawę samopoczucia tekst z mojego bloga naprawdę daje do myślenia i może zmienić twoje podejście :)
    http://ankawirtualnakolezankafit.blogspot.com/2014/11/wybierz-szczescie-szczescie-jest-tylko.html
    Po 2 Tam w komentarzu podaję również stronki, na które warto zajrzeć. Po 3 Przeczytaj "Siłę" jeśli nie pomogą pkt. 1 i 2 :) Głowa do góry :) Jak może być jeszcze lepiej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za wsparcie! Na pewno wytestuję Twoje "metody" :D Na bloga już zajrzałam - jest naprawdę ciekawy :) W pewnym sensie pokrywa się z przesłaniami Beaty Pawlikowskiej, w związku z czym i mi jest bardzo bliski. Jednak teoria teorią, a praktyka to inna bajka. Wiele rzeczy wydaje się prostych, a w rzeczywistości takie nie są. Tak, czy inaczej nie poddaję się ;)

      Usuń