czwartek, 26 lutego 2015

Co jeszcze??

Teraz serio, serio. Po raz piąty w swoim życiu postanowiłam pójść do psychologa. A i jak będzie trzeba, do psychiatry. Jak to nie pomoże, skorzystam z zapewnień mojego byłego psychiatry, że "szpital psychiatryczny stoi dla mnie otworem". Jestem zdesperowana. Nie mogę mieć astmy, skoro nie reaguję na leki, a czasem nawet skutek ich stosowania jest odwrotny. Te leki nakręcają duszność, a myśl o tym jeszcze bardziej. Tak naprawdę wszystko jedno co mi jest. Chcę wiedzieć, żeby móc to leczyć. Nerwica wpisuje się idealnie, za wyjątkiem dwóch pierwszych spirometrii, które wykazały jakieś (a w zasadzie dość spore) odchylenia od normy, ale wysoce prawdopodobne, że źle ją wykonałam. Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie ma żadnych przesłanek dla astmy w moim przypadku (żadne papierosy, genetyczne obciążenia, alergie, infekcje), założę się też, że nie jestem na nic uczulona (testy będę miała pewnie w marcu), no i nie widzę żadnej zależności pomiędzy moim stanem, a stosowaniem leków. Owszem duszność i kaszel zwykle nasila się w sytuacjach stresowych, jak mi zimno, w odpowiedzi na dym tytoniowy, podczas treningu, czy jedzenia (jednak niezależnie od tego, co jem, prędzej od tego ile jem), ale może to być przypadek. Stąd nerwica, choć nie wykluczam jednego i drugiego naraz. Poza nadwrażliwością, nieidealnym dzieciństwem i nie najlepszymi relacjami z rodziną, mam "skłonności" do problemów psychicznych. Chory perfekcjonizm (który pozornie niewiele wspólnego ma z byciem doskonałym, dokładnym, czy dobrze zorganizowanym), zaburzenia osobowości (borderline), zaburzenia odżywiania (uzależnienie od jedzenia, bulimia, a nawet elementy ortoreksji), natrętne myśli i obsesje (przede wszystkim na punkcie jedzenia, ale i obsesyjne ważenie - teraz minimum 2 razy dziennie jak jakiś pieprzony rytuał, a także przesadnie częste i niekiedy nieuzasadnione z punktu widzenia kogoś z boku, mycie rąk), liczne paniczne lęki (zamknięte pomieszczenia, szczególnie te małych rozmiarów, bakterie, brud, robale, kradzież, utrata wzroku, choroby, śmierć bliskich, brak pracy, samotność, zwierzęta, a nawet ludzie i postrzeganie przez nich mojej osoby). Wielu ludzi jest podejrzanych w moich oczach bez większego powodu. Bezgranicznie nie ufam chyba nikomu. Czasem boję się nawet... samej siebie! Swojego cienia, czy zachowań. Boję się też zapachu spalenizny, dymu i dziwnych odgłosów w domu, czy za oknem, zwłaszcza w nocy. W ogóle boję się nocy, kiedy wszyscy już śpią. Czasem mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, co już powoli zaczyna zakrawać schizofrenią. Ba, ja nawet panicznie bałam się ruszyć z łóżka, kiedy stosunkowo niedawno ok. 1 w nocy zadzwonił mój telefon - "numer nieznany". Był to któryś z kolei raz, ale pierwszy w nocy. Połączenie widmo, którego nie ma w rejestrze połączeń (normalnie od numerów zastrzeżonych jest data, godzina i słownie 'brak numeru'). Każde połączenie wyglądało tak samo: ja odbieram, krzyczę kilka razy "halo", a tam głucha cisza, nawet szumu, oddechu, nic. I tak dopóki się nie rozłączę. Dopiero niedawno odszukałam w swoim telefonie opcję "połączenie symulowane", o którym czytałam w internecie. No i... wyszłam na totalną idiotkę przed samą sobą i osobami, którym o tym wspominałam. Jest jeszcze jedna dziwna rzecz, której się boję - wymiociny. Przeraża mnie jak ktoś wymiotuje, nie lubię tego widzieć, ani nawet o tym słyszeć. Nie wiem, czy ma to związek z bulimią, ale - co dziwne -bulimiczki mnie nie przerażają, bo wiem, że robią to świadomie, kontrolują to. Co więcej niejednokrotnie oglądałam filmy, czy programy dotykające tego problemu i nie brzydziło mnie mówienie o tym. Prędzej dopatrywałabym się źródła tej fobii w moim dzieciństwie, pewnych obrazach, których nie jestem w stanie wymazać ze swojej głowy. I oczywiście własnym stosunku do tej czynności w dzieciństwie. Pamiętam, że jako dziecko bardzo często zaliczałam niekontrolowane obżarstwo. Bałam się wtedy, że zwymiotuję. Modliłam się, żeby na bólu brzucha się skończyło. Autentycznie wolałam zwijać się z bólu niż zwymiotować. Mimo to prawie zawsze budziłam się w nocy przez jakieś kosmiczne sny i wtedy już wiedziałam, co zaraz nastąpi. Od tamtego czasu najwidoczniej tak bardzo rozciągnęłam swój żołądek, że takie samoistne wymiotowanie, spowodowane spożyciem nadmiernej ilości jedzenia, mi się nie zdarza. Do powyższych zaburzeń dorzuciłabym jeszcze samookaleczanie i dysmorfofobię - tak naprawdę nie wiem jak wyglądam i nie potrafię obiektywnie tego ocenić. 
Czuję się słaba, wyniszczona i wyglądam jak wrak człowieka. Mam nawet problem z ludzkim spaniem. Kładę się nad ranem, wstaję popołudniu i... wegetuję.

6 komentarzy:

  1. Bardzo Ci współczuję, ale się ratuj...Wszystko, co opisujesz, brzmi dość poważnie...Myślę, że gdyby nie dziecko, miałabym podobnie...i to, co opisujesz, to wg mnie bardzo poważne objawy nerwicowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wsparcie... Też z każdym dniem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to zaawansowana nerwica. I mimo braku stresów zewnętrznych (studia, praca, obowiązki), wciąż pozostają stresy wewnętrzne, których często nie byłam nawet świadoma. Zresztą o tym wszystkim niedługo napiszę na blogu. Jeśli jednak czujesz, że z Tobą jest podobnie (a na pewno nie jest tak jak być powinno... przez to pieprzone żarcie), to pomyśl chociaż o psychoterapii. Zarówno dla swojego dobra, jak i dla dobra Twojego dziecka. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że chory rodzic zawsze w jakimś stopniu oddziałuje na dziecko (z przykrością muszę stwierdzić, że powielam wiele błędów mojej mamy, właśnie dlatego, że ona kiedyś nie widziała u siebie problemu albo nic z nim nie zrobiła) i później w zależności o psychiki dziecka albo wychodzi na prostą albo wpada w totalne bagno, często przekazując złe wzorce dalej. Ty dla swojej małej jesteś wszystkim, bo wychowujesz sama. Nie skazuj jej na to, co nas spotkało...

      Usuń
  2. :( Martwi mnie to co piszesz... musisz się zebrać w sobie. Mam nadzieję, że same wizyty u lekarza pomogą Ci podnieść się i znaleźć w sobie siłę. Trzymam mocno kciuki. Przesyłam trochę ciepła i optymizmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem... Żebym ja tylko do tego lekarza dotarła, bo póki co walczę o egzystencję. Nawet na siłownię nie chce mi się iść, a to jest już straszne.
      W każdym razie dziękuję bardzo za wsparcie - wiele to dla mnie znaczy!

      Usuń
  3. Czy to faktycznie ma znaczenie, jaką łatkę ci przykleimy? Nerwica czy nie, ważne że nie jesteś szczęśliwa. Tylko ty możesz coś z tym zrobić - wio, na terapię! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby jeszcze to było takie proste... Najbliższy termin do porządnego psychologa (w ramach NFZ) to luty 2016... No chyba, że po raz piaty zapiszę się do kogoś w ciemno i znów się okaże, że nie jest mi w stanie pomóc albo nawet mi zaszkodzi. Do takiego "osiedlowego" to może jeszcze na jakiś termin w tym roku bym się załapała, ale tam ani strony internetowej, ani nazwisk psychoterapeutów, ani konkretnych osób do konkretnych problemów. A od tego szpitala tak się bronię rękami i nogami. Chyba po raz pierwszy czuję, że dobra psychoterapia mogłaby mi pomóc ;)

      Usuń