wtorek, 8 września 2015

Studniówka

Mimo, iż moja miała miejsce prawie 7 lat temu, doskonale ją pamiętam. A szczególnie brak partnera, udawaną radość, stanie w kącie, gdy inni tańczyli poloneza i uśmiech przez łzy. Ważyłam wtedy mniej niż teraz, ale oczywiście obiektywnie stwierdzić byłam to w stanie dopiero z perspektywy czasu. Co więcej, nie myślałam o jedzeniu nałogowo. Chyba w ogóle nie myślałam. Nie pamiętam jakie było jedzenie i co zjadłam. Pamiętam jednak, że siebie nie nawidziłam, czułam się grubo i nieatrakcyjnie. Generalnie nie wspominam tej imprezy pozytywnie. A wspominam o tym dlatego, że na początku przyszłego roku, dane mi będzie przeżyć studniówkę raz jeszcze. Tym razem będę osobą towarzyszącą, w dodatku mężczyzny, którego szczerze kocham. Nie chcę jednak czuć się źle ze sobą, nie chcę znosić spojrzeń jego znajomych... Nie dość, że sporo starsza, to jeszcze gruba. Nie chcę myśleć o jedzeniu, ani o tym, czy przypadkiem ktoś nie obserwuje mojego talerza. A przede wszystkim nie chcę, by musiał się za mnie wstydzić... Ja wiem, że mnie kocha i podobam mu się taka jaka jestem, bo nie o wygląd tu przecież chodzi, ale nikt mi nie powie, że ważąc mniej nie będę podobać mu się bardziej. Może i motywacja jest słaba, ale na chwilę obecną widzę dwa wyjścia: schudnąć w myśl zasady "cel uświęca środki" albo nie robić nic, poza żarciem. Pewnie jeszcze wiele czasu minie i pewnie jeszcze kilka razy schudnę po to, by po jakimś czasie przytyć, zanim będę potrafiła poradzić sobie z moim problemem trwale, zanim poukładam sobie to wszystko w głowie, a pasja do gotowania będzie tylko pasją. Teraz chcę udanej studniówki. Schudnąć, przynajmniej do społecznie akceptowalnej (do mojego wzrostu) wagi. Wyleczyć, naprawić, zadbać o swoje ciało, zwłaszcza buzię i ramiona z niegojących się strupów i powstałych w ten sposób blizn, a siebie z nawyku ich tworzenia. Mam na to jakieś 4 miesiące.

piątek, 28 sierpnia 2015

Olśniło mnie!

Marylin Monroe zmagała się z zaburzeniami odżywiania i to raczej dla większości z nas nie jest tajemnicą. Sęk w tym, że do teraz uparcie wierzyłam, że zaburzenia odżywiania mają ścisły związek z chemizacją żywności, że jem tak strasznie dużo, bo nakręca mnie syrop glukozowo-fruktozowy, a glutaminian sodu zabija moje komórki robiąc ze mnie bezmózgowca. Oczywiście nadal uważam, że te wszystkie dodatki do żywności i wymysły dzisiejszego przemysłu spożywczego nie są dobre dla zdrowia i na pewno prędzej czy później odczujemy ich negatywny skutek (podobnie jak zanieczyszczonego środowiska, czy użytkowania przedmiotów z tworzyw sztucznych), ale przecież za czasów Marylin Monroe ich nie było! Niemożliwe więc, że mają bezpośredni wpływ na to, dlaczego jem więcej niż potrzebuję, wymiotuję, czy się głodzę. Niby wiem, że problem tkwi gdzieś głęboko w emocjach, a jednak ciężko mi sprecyzować co jest nie tak. I nic z tym nie robię. Zarzynam się dalej, szukając przyczyn nie tam, gdzie problem wykiełkował. Sama już nie wiem co robić. Chyba za bardzo jestem podatna na głosy z zewnątrz... Nie wiem czego chcę, nie wiem co czuję, nie wiem co lubię, a czego nie, nie wiem kim jestem i co w życiu chciałabym zrobić/osiągnąć/mieć, nie wiem nawet, czy wolę ubierać się elegancko, czy na sportowo. Wszystko zależy od dnia, towarzyszącego mi samopoczucia i zdania innych ludzi. I cokolwiek tutaj napiszę dziś, następnego dnia wydaje mi się to dziwne, niemożliwe do wykonania, bezsensowne. Może dlatego, że nie wiem co będzie jutro? W związku z powyższym NIE WIEM kiedy następnym razem tu napiszę, NIE WIEM, czy będzie to dzień rozpierającej mnie euforii, czy może będą miotały mną wówczas negatywne emocje, NIE WIEM też, czy poczynię jakiekolwiek kroki w kierunku... zdrowej sylwetki, bo o wymarzonej nie mam nawet co myśleć.

piątek, 7 sierpnia 2015

Bez tytułu

To zabawne, ale od czasu ostatniego posta, codziennie chciałam wrócić. Pisać regularnie, co u mnie i wygrywać. Przegrywałam, więc i ochoty na pisanie w kółko tego samego nie było. Dzisiaj jestem zagubiona, bez pracy, bez planów, gruba. W zasadzie taka sama jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu, miesiąc temu, w maju. Myślałam, że facet wsystko zmieni. Że nagle zachce mi się stosować dietę i ćwiczyć, że będę latać jak szalona po mieście roznosząc swoje CV, a do tego przekonywać wszystkich o tym jaka jestem wspaniała. Myliłam się. Faceta mam wspaniałego, jednak ja jestem wciąż ta sama. Przed oczami mam te same schematy co kiedyś. On się stara, zależy mu, przekonuje mnie, że mu się podobam i wcale nie jestem gruba (co obiektywnie rzecz ujmując jest niemożliwe), a ja nie robię nic. Nie wybieram takiej drogi świadomie, nie chcę tak żyć, a jednak chęć zmian przegrywa z przyzwyczajeniem. Myślę, że w obawie przed porażką. Lepiej być tam, gdzie się jest, choćby miał to być poziom -1 niż zaczynać od zera. Nielogiczne, ale nie tylko ja tak mam. Lepiej jest mi wmawiać sobie wszystkie możliwe zaburzenia psychiczne, narzekać na otyłość i brak pracy niż zacząć wierzyć, że wcale nie jest ze mną tak źle, zacząć (jakąkolwiek) dietę, ruszyć dupę z łóżka i chociaż powysyłać jakieś CV. Problem polega na tym, że mi jest tak dobrze. Nie chcę przejąć kontroli nad własnym życiem. Wolę wierzyć, że pewnego dnia doczekam wizyty u jakiegoś świetnego psychologa, który mimo woli sprawi, że zacznę widzieć świat przez różowe okulary. Serio, w głębi mnie jest takie przekonanie! Podobnie z nadwagą. Liczę, że albo pewnego dnia tak po prostu zacznę chudnąć albo kiedyś ktoś wymyśli jak schudnąć, nie zmieniając nic w swojej diecie i stylu życia. Przecież doskonale wiem, że to niemożliwe! Mam też nadzieję, że (upraszczając) pracodawca zapuka do moich drzwi i zaproponuje wymarzoną pracę, abstrahując od tego, że nie wiem, co chciałabym w życiu robić. To tak samo jak wierzyć w zielone ufoludki - nie możesz mieć pewności, że nie istnieją, jednak bardzo mało prawdopodobne żebyś kiedyś je spotkał. Ale do rzeczy... Ważę 78,3 kg, a moje wymiary z pewnością podejdą pod którąś z kategorii wagowych sumo. Nie podobam się sobie, a do tego czuję się jak schorowana osiemdzisięciolatka. Tak jak kiedyś postanowiłam jeść tylko śniadania, tak teraz postanawiam zrobić porządki w kuchni i w swojej głowie, zacząć myśleć przed, a nie po (nikt mi nie powie, że myślę, kiedy z pełną świadomością idę do McDonald'sa, czy wpycham w siebie czwartego góralka) i wprowadzić jakąkolwiek aktywność fizyczną. Za jakiś czas zacznę też na poważnie szukać pracy. I raz na jakiś czas będę informować zainteresowanych o swoich postępach na blogu ;)
Na koniec kilka zdjęć z tegorocznych wakacji z nim <3 Co by nie myślał, że o nim nie myślę i nie doceniam tego, co dla mnie robi :*






niedziela, 10 maja 2015

No cóż.

Nie piszę, bo jakoś ciężko mi się za to zabrać. Zresztą ostatnio do niczego nie potrafię się zmobilizować. Ostrzegam, że nie będzie pozytywnie! Znów jestem gruba. W międzyczasie zaliczyłam (na szczęście krótkotrwały) powrót do bulimii. Ciągle jem, no dobra - obżeram się, ale nawet jak się nie obżeram, a wręcz kładę spać głodna, waga jak zaklęta stoi w miejscu. Czasem idzie w górę. Muszę mieć nieźle rozciągnięty żołądek, bo rzadko kiedy jestem najedzona, a do tego jakikolwiek sport jest obecnie moim największym wrogiem. Szybko się męczę, nie mam do niczego sił, brak mi wewnętrzej motywacji. No i nie akceptuję wyglądu swojego ciała. Czuję jakbym wróciła do punktu wyjścia, jednak nie widzę tej drogi, którą widziałam wtedy. Widzę labirynt, z którego najwidoczniej nie chcę wyjść. Nadal nie mam stałej pracy. Ale i nie szukam. Nie chudnę. Ale nie stosuję żadnej diety, ani nie ćwiczę. Potrzebuję psychoterapii. Ale przestałam się o nią starać. NFZ wprowadził mnie w jeszcze gorszy stan niż ten, w którym byłam. Poczekam grzecznie na wizytę u specjalisty... do kwietnia 2016. Chciałam leczenia szpitalnego. Ale nawet skierowania nie udało mi się załatwić. Sama nie wiem czego tak naprawdę chcę. Poza tym, że nie chcę podejmować decyzji i nie chcę być dorosła. I mam faceta, na którego nie zasługuję. To boli mnie chyba najbardziej. Kocham go jak nigdy nikogo. I jestem z nim szczęśliwa. Ale tylko z nim. Tylko, kiedy jest przy mnie. W gruncie rzeczy prawie cały czas jest przy mnie. Tylko on sprawia, że się uśmiecham. Znosi mnie, bulimię, nerwicę, borderline, depresję. A ja nawet nie potrafię tego docenić.

poniedziałek, 23 marca 2015

Poddaję się

Po tygodniu dzielnego unikania wagi, co w moim przypadku jest niewątpliwym sukcesem, przytyłam prawie 1 kg. Obecnie ważę 73,5 kg. Zaskoczyło mnie to o tyle, że cały ten tydzień pilnowałam się z jedzeniem. Ha i nawet miałam wrażenie, że schudłam! Nie zamierzam oczywiście nikomu wciskać kitu, że stosowałam dietę, czy nie jadłam słodyczy, bo tak nie było, jednak poza tym, że jadłam w miarę regulanie, nie żarłam w nocy i kładłam się spać o w miarę przyzwoitej porze, ani razu nie obżerałam się czym popadnie, a słodycze sobie wydzielałam, co wcześniej nie miało miejsca, bo wszystko co kupiłam, musiałam od razu w siebie wpakować. Faktem jest, że ostatnio coraz mniej biegam - w zeszłym tygodniu na siłowni byłam tylko 3 razy, przy czym treningi nie były jakoś specjalnie nadintensywne. Odpuściłam trochę, bo widzę jak destrukcyjnie to na mnie wpływa, a poza tym zrezygnowałam z siłowni od kwietnia, więc żeby później gwałtownie nie przytyć, wypadałoby przyzwyczaić organizm do normalnej aktywności fizycznej. I tak nie wiem jak to będzie, bo jak dotąd "tylko" wieczorem męczył mnie ból kręgosłupa, tak dzisiaj ledwo wstałam z łóżka. Nie jestem w stanie nic zrobić, ledwo chodzę, a po południu jadę do rodzinnego. Może jakiś lek chociaż przepisze. Z kolei wywalczoną niemalże wizytę u ortopedy, mam dopiero pod koniec kwietnia. Zdjęcia rentgenowskie, które robiłam prawie rok temu, pewnie zdążyły się już "przeterminować", bo wówczas nie bolał mnie kręgosłup, a już a pewno nie tak regularnie i silnie ja teraz. No to ponarzekałam :D

Na zakończenie fenomenalny chleb mojego autorstwa, w sensie nie sam przepis ale wykonanie (zdjęcie kiepskie, bo robione wieczorem). Pierwszy bochenkowy i naprawdę godny polecenia. Poza tym, że niezwykle prosty i bezproblemowy w przygotowaniu, to wyjątkowo smaczny. W środku idealnie pulchny, a na zewnątrz delikatnie chrupiąca skórka. Serio, nie wierzyłam, że tak się da.


A jak go przygotować?
Do miski wsypać 0,5 kg mąki pszennej (najlepiej chlebowej typ 650, ale oczywiście można eksperymentować, co ja na pewno będę w niedalekiej przyszłości robić), dodać drożdże (najprościej suszone 7g, ale można świeże 25 g, z tym, że wtedy trzeba zrobić zaczyn), łyżeczkę soli i dodatki (w tej wersji łyżeczka ziół prowansalskich i 2 ząbki czosnku - w następnej wersji będzie to prażona cebulka) oraz 300 ml wody i łyżkę oleju, wymieszać i wyrobić ciasto (nie podsypywać za dużo mąki, tylko umiejętnie wyrobić ciasto tak, by było mięciutkie, a jednocześnie się nie kleiło). Uformowac kulkę, wsadzić z powrotem do miski i odstawić do podwojenia objętości na 30 minut. Po tym czasie jeszcze lekko wyrobić i teraz najtrudniejsze do opisania... Rozpłaszczyć ciasto i składać boki do środka 3 razy, za każdym razem rozpłaszczając (nie wiem, czy to coś daje, ale pewnie bezcelowe nie jest), po czym ciasto zwinąć dość ciasno, formując bochenek. Naciąć ostrym nożem, spryskać wodą, posypać mąką lub inną, dowolną posypką i wstawić do nagrzanego do 50 st. C piekarnika na 15 minut, po czym zwiększyć grzanie do 200 st. C i piec 50 minut, ale od czasu zwiększenia grzania, a nie nagrzania piekarnika do tych 200 st. C. Wyjąć i studzić na metalowej kratce, ja przykryłam dodatkowo ręcznikiem kuchennym, co by skórka nie była twarda.
Zresztą jakby ktoś chciał zrobić, to robiłam go z tego przepisu: https://www.youtube.com/watch?v=StRs-FzJZOs
Na filmiku dokładnie pokazane jest jak go uformować :)

czwartek, 26 lutego 2015

Co jeszcze??

Teraz serio, serio. Po raz piąty w swoim życiu postanowiłam pójść do psychologa. A i jak będzie trzeba, do psychiatry. Jak to nie pomoże, skorzystam z zapewnień mojego byłego psychiatry, że "szpital psychiatryczny stoi dla mnie otworem". Jestem zdesperowana. Nie mogę mieć astmy, skoro nie reaguję na leki, a czasem nawet skutek ich stosowania jest odwrotny. Te leki nakręcają duszność, a myśl o tym jeszcze bardziej. Tak naprawdę wszystko jedno co mi jest. Chcę wiedzieć, żeby móc to leczyć. Nerwica wpisuje się idealnie, za wyjątkiem dwóch pierwszych spirometrii, które wykazały jakieś (a w zasadzie dość spore) odchylenia od normy, ale wysoce prawdopodobne, że źle ją wykonałam. Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie ma żadnych przesłanek dla astmy w moim przypadku (żadne papierosy, genetyczne obciążenia, alergie, infekcje), założę się też, że nie jestem na nic uczulona (testy będę miała pewnie w marcu), no i nie widzę żadnej zależności pomiędzy moim stanem, a stosowaniem leków. Owszem duszność i kaszel zwykle nasila się w sytuacjach stresowych, jak mi zimno, w odpowiedzi na dym tytoniowy, podczas treningu, czy jedzenia (jednak niezależnie od tego, co jem, prędzej od tego ile jem), ale może to być przypadek. Stąd nerwica, choć nie wykluczam jednego i drugiego naraz. Poza nadwrażliwością, nieidealnym dzieciństwem i nie najlepszymi relacjami z rodziną, mam "skłonności" do problemów psychicznych. Chory perfekcjonizm (który pozornie niewiele wspólnego ma z byciem doskonałym, dokładnym, czy dobrze zorganizowanym), zaburzenia osobowości (borderline), zaburzenia odżywiania (uzależnienie od jedzenia, bulimia, a nawet elementy ortoreksji), natrętne myśli i obsesje (przede wszystkim na punkcie jedzenia, ale i obsesyjne ważenie - teraz minimum 2 razy dziennie jak jakiś pieprzony rytuał, a także przesadnie częste i niekiedy nieuzasadnione z punktu widzenia kogoś z boku, mycie rąk), liczne paniczne lęki (zamknięte pomieszczenia, szczególnie te małych rozmiarów, bakterie, brud, robale, kradzież, utrata wzroku, choroby, śmierć bliskich, brak pracy, samotność, zwierzęta, a nawet ludzie i postrzeganie przez nich mojej osoby). Wielu ludzi jest podejrzanych w moich oczach bez większego powodu. Bezgranicznie nie ufam chyba nikomu. Czasem boję się nawet... samej siebie! Swojego cienia, czy zachowań. Boję się też zapachu spalenizny, dymu i dziwnych odgłosów w domu, czy za oknem, zwłaszcza w nocy. W ogóle boję się nocy, kiedy wszyscy już śpią. Czasem mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, co już powoli zaczyna zakrawać schizofrenią. Ba, ja nawet panicznie bałam się ruszyć z łóżka, kiedy stosunkowo niedawno ok. 1 w nocy zadzwonił mój telefon - "numer nieznany". Był to któryś z kolei raz, ale pierwszy w nocy. Połączenie widmo, którego nie ma w rejestrze połączeń (normalnie od numerów zastrzeżonych jest data, godzina i słownie 'brak numeru'). Każde połączenie wyglądało tak samo: ja odbieram, krzyczę kilka razy "halo", a tam głucha cisza, nawet szumu, oddechu, nic. I tak dopóki się nie rozłączę. Dopiero niedawno odszukałam w swoim telefonie opcję "połączenie symulowane", o którym czytałam w internecie. No i... wyszłam na totalną idiotkę przed samą sobą i osobami, którym o tym wspominałam. Jest jeszcze jedna dziwna rzecz, której się boję - wymiociny. Przeraża mnie jak ktoś wymiotuje, nie lubię tego widzieć, ani nawet o tym słyszeć. Nie wiem, czy ma to związek z bulimią, ale - co dziwne -bulimiczki mnie nie przerażają, bo wiem, że robią to świadomie, kontrolują to. Co więcej niejednokrotnie oglądałam filmy, czy programy dotykające tego problemu i nie brzydziło mnie mówienie o tym. Prędzej dopatrywałabym się źródła tej fobii w moim dzieciństwie, pewnych obrazach, których nie jestem w stanie wymazać ze swojej głowy. I oczywiście własnym stosunku do tej czynności w dzieciństwie. Pamiętam, że jako dziecko bardzo często zaliczałam niekontrolowane obżarstwo. Bałam się wtedy, że zwymiotuję. Modliłam się, żeby na bólu brzucha się skończyło. Autentycznie wolałam zwijać się z bólu niż zwymiotować. Mimo to prawie zawsze budziłam się w nocy przez jakieś kosmiczne sny i wtedy już wiedziałam, co zaraz nastąpi. Od tamtego czasu najwidoczniej tak bardzo rozciągnęłam swój żołądek, że takie samoistne wymiotowanie, spowodowane spożyciem nadmiernej ilości jedzenia, mi się nie zdarza. Do powyższych zaburzeń dorzuciłabym jeszcze samookaleczanie i dysmorfofobię - tak naprawdę nie wiem jak wyglądam i nie potrafię obiektywnie tego ocenić. 
Czuję się słaba, wyniszczona i wyglądam jak wrak człowieka. Mam nawet problem z ludzkim spaniem. Kładę się nad ranem, wstaję popołudniu i... wegetuję.

czwartek, 19 lutego 2015

No dobra

Jestem dziwna i nie dotrzymuję własnych postanowień. Jestem niby na diecie, a jem więcej niż osoby nie odchudzające się. Kiepsko ostatnio trenuję i na siłę wmawiam sobie, że waga rośnie od leków. Wszystkim mówię, że się nie odchudzam, a tak naprawdę 24 godziny na dobę snuję plany jak to idealnie zacznę... od jutra. Jutro nastaje, a ja nie jestem gotowa, bo przecież muszę jeszcze ostatni raz poczuć smak tego wszystkiego, czego NIE JEM. Chcę tyle zrobić, a wiecznie nie mam na to czasu. W rezulatcie nie robię nic. Ale najzabawniejsze i tak jest to, że od jakiegoś czasu żyję w przekonaniu, że... umieram. No tak, bo przecież się kilka razy nie wyspałam, a na i po imprezie (tak, tak piłam alkohol, nawet te ohydne barwione drinki ze znikomą ilością alkoholu) nie mogłam oddychać. Później wykryłam coś twardego nad cyckiem, zaczęłam odczuwać ból w okolicy serca przy głębszym oddechu i generalnie wiecznie mi słabo. Teraz mam 2 opcje: wymyślić sobie chorobę adekwatną do objawów i użalać się nad sobą albo wyrzucić za okno wszystkie swoje wykreowane zmartwienia i w końcu coś ze sobą zrobić. Właśnie teraz, kiedy mam czas i żadnych zobowiązań.

Nie przestanę pichcić normalnego jedzenia, bo to tak jakbym chciała uciec. Zmuszę się jedynie do wydzielania sobie rozsądnych porcji. Nie rozumiem, dlaczego jedzenie ma dla mnie taką moc. Chciałabym spróbować wszystkiego, co gdzieś zobaczyłam, co sobie stworzyłam w głowie lub co mi kiedyś już smakowało. Wiecznie o tym myślę. Przejmuję się jak czegoś zgodnie z planem nie zrobię albo jak widzę na komputerze milion zakładek z przepisami. A kiedy coś gotuję, czy piekę nie wystarczy mi spróbowanie - muszę jeść tak długo aż poczuję do siebie wstręt lub jedzenie się nie skończy.

Tak było z pączusiami serowymi i faworkami. Nie byłam w stanie usmażyć wszystkich, ładnie wykończyć, położyć na talerz, zrobić herbatę i się poczęstować. Żarłam jeden za drugim, nim jeszcze całkowicie ociekły z tłuszczu.




Tak było też z ciastem, które musiałam spróbować, zanim ostygło. Musiałam wciągnąć 2 ogromne kawałki, chociaż chwilę później szłam na trening.




I tak było z pizzą. Nie podzieliłam grzecznie na równe kawałki. Pożarłam jeszcze parujący kawał, jakby mi ktoś miał tą pizzę zaraz zabrać. Jako, że nie zdążyłam wsadzić go nawet na talerzyk, uznałam, że go nie było i zjadłam kolejny. Wypchana po brzegi jak pluszowy miś sięgnęłam po jeszcze jeden. Lampka kontrolna mi się nie zapaliła. Albo jej po prostu nie mam.




No i wczorajsze pączki. Cieszyłam się jak dziecko, że wyszły. Wyglądały jak pączki i smakowały jak pączki (chociaż ze względów technicznych ubogie były w nadzienie). Połowa była z nutellą, połowa z powidłami. Logiczne byłoby pozwolenie sobie na 2. Ja zjadłam 4. Plus pół ciepłego dla sprawdzenia, czy jest wypieczony w środku. Mogłam go tylko przekroić i albo poczęstować nim kogoś z rodziny albo odłożyć, ale przecież wtedy... no właśnie nie wiem co by się wtedy stało. Na "trzeźwo" wiem, że nic, ale w obliczu żarcia mam wrażenia, jakby miało stać się coś strasznego. Nie wiem jak to jest, kiedy ktoś kocha gotować, czy piec dla kogoś. Ja gotuję i piekę dla siebie, a tylko przy okazji częstuję innych. Nie lubię jak ktoś coś zje, a ja tego nie zjem. I chyba to jest mój największy problem. To jest nie tylko niegrzeczne i egoistyczne, ale też chore. Ja jestem chora. Na jedzenie.






Ostatnie zdjęcia to moje obiady. Obiady, które robiłam tylko dla siebie i zjadłam normalnie. Może ja się po prostu boję, że jak robię coś dla wszystkich, to mi to zaraz zjedzą. Ale oni przecież nie są chorzy. Czuję się jak jakaś patologia.



Ciecierzyca z pomidorami i mleczkiem kokosowym

Schabowy (o jednoznacznycm kształcie) z warzywami

Jakieś wspaniałe (sprawdzone) rady, co zrobić, żeby nie skończyć w wariatkowie?
;)

środa, 11 lutego 2015

Od... nigdy?

Jestem 12 dni po egzaminie inżynierskim, a jedyne co zrobiłam w przeciągu tych dni to... przytyłam, co pozornie nie miało prawa się wydarzyć. Skoro w najbardziej napiętym okresie przedegzaminacyjnym co najmniej wagę utrzymywałam (a nawet obniżyłam do niecałych 67 kg), to nie myślałam, że jej obniżenie później, przysporzy mi tylu kłopotów. Niby więcej czasu, brak stresu i obowiązków wyższych, swobodne treningi, przemyślana dieta - tak myślałam. W praktyce jest zupełnie odwrotnie. Im mniej mam na głowie, tym gorzej mi się żyje. Oczywiście na brak obowiązków nie narzekam (nie zdołałam jeszcze zrobić gruntownych porządków w pokoju). Kilka pierwszych wolnych dni poświęciłam na nie robienie niczego szczególnego. Później trochę lataniny na uczelnię, a od poniedziałku pracuję. W międzyczasie zajęłam się trochę pasją do gotowania. No właśnie. I chyba dzięki temu przytyłam aż 3 kg. Owszem, obżeram się, ale wcześniej też to robiłam, a trenuję tyle, co zawsze. Pominę kwestię zbliżającego się okresu, który robi ze mnie płaczliwą, zmarzniętą bestię, która zjada wszystko jak bezmózgie yeti (nie wyłączając syropu glukozowo-fruktozowego!). Z tym syropem zabawna sytuacja, bo dorwałam go wczoraj i dziś. Wczoraj w ciastkach francuskich z Lidla. Celowo nie podeszłam do tablic ze składem tychże ciastek, mimo iż niedawno "przestudiowałam" składy wszystkich tamtejszych wyrobów. Pamiętam doskonale, że któreś miały syrop, a te co go nie miały, napakowane były inną chemią. Wolałam jednak wmówić sobie, że może to akurat nie te ciastka, które wybrałam, miały gorszy skład, czując przy tym istną hipokryzję względem samej siebie. Dzisiaj z kolei trafiłam w szafce na śliwki w czekoladzie. Bezmyślnie zeżarłam jedną, celowo dopiero później patrząc na skład (syrop glukozowo-fruktozowy razy dwa plus kwas cytrynowy). Następną zjadłam już w pełni świadomie. Niemniej na całokształt mojego podłego samopoczucia niewątpliwie wpływają też sterydy. Tak naprawdę odkąd je stosuję (niecały tydzień), zauważyłam znaczny przyrost tłuszczu w okolicy brzucha. Przez to, że jednocześnie zaczęłam żreć (jak dla mnie typowy PMS, chociaż podczas ostatniej wizyty u lekarza okazało się, że albo owulacja będzie opóźniona albo wcale jej nie będzie, bo znów mam torbiel), nie mam pewności, czy to obiektywny fakt, czy autosugestia. Nie zmienia to faktu, że te leki mi nie pomagają, co skłania mnie ku przekonaniu, że jednak nie mam astmy. Tylko w takim razie, dlaczego z oddychaniem jest coraz gorzej? Na razie i tak nie mogę nic zrobić. Czekam do piątkowej wizyty u ginekologa, ona sporo wyjaśni. Jeśli wszystko będzie ok, to możliwe, że waga się trochę unormuje jak dostanę okres, a mój obecnie niepohamowany apetyt wróci (przynajmniej) do normy. Wówczas ze sterydami przemęczę się jeszcze tydzień i zrezygunję, jeśli nie zauważę poprawy. Jeśli będzie torbiel, znowu będę zmuszona brać hormony. Wtedy zrezygnuję ze sterydów wcześniej, bo łączenie sterydów z hormonami, mogłoby okazać się katastrofalne w skutach. Tak, czy inaczej czekam jeszcze na wizytę u alergologa. Poza przypuszczeniem, że to skrzywienie kręgosłupa powoduje trudności w oddychaniu (do ortopedy już od prawie roku próbuję się dostać - bezskutecznie), bardzo istotną poszlaką jest gluten. Myślę, że testy alergologiczne wszystko wyjaśnią, chociaż znaczące dla mnie jest już to, że jak przez jakiś czas glutenu nie jadłam, przeważnie normalnie oddychałam, co więcej spirometria wyszła w normie (wcześniej za każdym razem miałam skrajnie zły wynik). Lekarka twierdzi, że to typowe dla astmy. Ja jednak mam inne zdanie. Wcale nie mam typowych objawów astmy. Nie słyszę żadnych świstów podczas oddechu, rano nie mam ataków kaszlu, nie budzę się w nocy, nie mam wrażenia zaciskania pętli na szyi, bo i zwykle nie mam typowych duszności. Nie mam jednorazowych ataków, tylko męczę się cały dzień, czując potrzebę wzięcia głębokiego wdechu albo długiego ziewania. I tak naprawdę sen to jedyny moment, kiedy mam spokój, bo jakoś samo się oddycha. Jednak problem nasila się (i wówczas dochodzi kaszel), kiedy jestem narażona na dym tytoniowy, dużo zjem (szczególnie duże ilości glutenu), nie wyśpię się, jest mi zimno lub biegam. To by mogło wskazywać na jakiś oskrzelowy problem. I coś czuję, że rozwiąć go wcale nie będzie tak łatwo. A nie ukrywam, że to bardzo istotne dla odchudzania. Otóż mało, że problemy z oddychaniem (jak i przyrost wagi, za daleko idące odstępstwa od właściwego odżywiania, nadmierny trądzik i wieczne maltretowanie go, bardzo zły i stale pogarszający się wzrok, brak motywacji i sił do biegania, wieczne uczucie zimna i szorstka skóra) znacznie pogarszają jakość mojego życia i sprawiają, że wiecznie jestem zmęczona (już tą samą "walką" o oddech), to prowadzą do coraz większej frustracji, a w efekcie do stanów depresyjnych, niechęci do życia i poczucia bezsensu (i naturalnie "pocieszania" jedzeniem - to chyba najgorsze z możliwych błędne koło). Nie mam ochoty nigdzie wychodzić, ani spotykać się z ludźmi (nie lubię jak ktoś widzi w jaki sposób muszę oddychać), rozważam nawet rezygnację z siłowni. Wczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna,, nie miałam sił biegać i mam wrażenie, że głównie psychicznie. Bywało, że gorzej mi się oddychało, cały czas dusiłam się kaszlem, coś mi przeskoczyło w kostce, byłam niewyspana, czy zwyczajnie fizycznie mi się nie chciało, a potrafiłam przebiec bardzo dużo, właśnie dzięki psychice i chęci. A teraz jest zwyczajnie źle, nie mam nawet wewnętrznej motywacji, by pójść na trening, a co dopiero go zrobić. Nie wiem, może ma to też związek z tym, że obecnie pewien rozdział w moim życiu się skończył i jak na razie brak stabilizacji. Jak tylko będę miała czas, najpierw porządnie wysprzątam pokój, a później zajmę się moim CV i zacznę szukać stałej pracy.

I naprawdę mam nadzieję, że wszystko o czym pisałam powyżej (no może poza problemami z oddychaniem) związane jest z PMS i minie... na 2 tygodnie, gdy tylko dostanę okres. A później znów to samo.


Jeszcze kilka zdjęć, żeby nie było tak czarno-biało ;)



Zupa mocno warzywna z kaszą jaglaną i bułeczki serowe z cebulką

Ciasteczka owsiane z sezamem

Baaardzo wysokokaloryczny (choć smażony bez tłuszczu!) omlet z płatkami owsianymi i bananem



Jaglany murzynek z żurawiną przekładany warstwą kokosową

Następnym razem wrzucę zapewne zdjęcia faworków, pączuszków serowych (robić będę jutro) i prawdziwych drożdżowych pączków z nadzieniem (zaplanowane na podkoziołek - ostatki) i... Jak to dobrze, że za chwilę post!

sobota, 10 stycznia 2015

Nie cierpię okresu!!!

A właściwie oczekiwania na jegomość. Wszystko mnie wkurwia do potegi entej. Dostałam takiego trądziku jak już dawno nie miałam. Wiecznie mi zimno, a wczoraj zamarzłam, myjąc się w CIEPŁEJ wodzie (niestety wrząca już nie leciała). No i spanie - teraz mogłabym przespać kilka dni z rzędu (a najlepiej wszystkie przedokresowe) i jeszcze byłoby mi mało. A najgorsze... W przeciągu 2 dni zeżarłam tyle kalorii, ile normalny człowiek zjada w tydzień. Mam ochotę na wszystko i na nic konkretnego zarazem. Jem i nie czuję się najedzona. Jakby jakiś tasiemiec we mnie bytował. No i oczywiście przytyłam. Za jakie to grzechy??


Zdjęcie ze strony http://demotywatory.pl/
Z tym, że u mnie kilka dni przed występuje wszystko na raz. A i wiele więcej, więc...

Zdjęcie ze strony http://www.martapisze.pl/