niedziela, 2 listopada 2014

Bałagan

Istny chaos zapanował nie tylko w moim pokoju, ale i całym życiu. Zupełnie niezauważenie wkroczyłam na starą, złą drogę. Zaczęłam jeść chemię, wmawiając sobie za każdym razem, że wybieram tylko mniejsze zło, bo przecież batonika z syropem glukozowo-fruktozowym jestem w stanie odłożyć, będąc przy kasie... ale już batonika zawierającego cukier - nie. Emulgatory, regulatory kwasowości, konserwanty o mniej znanych nazwach, barwniki i spulchniacze. Widziałam na etykiecie, ale udawałam sama przed sobą, że nie widzę. Bardzo szybko wrócił trądzik, co spotęgowało moją niechęć do życia. Jednocześnie znów zaczęłam czuć przymus jedzenia czegokolwiek dla samego jedzenia, nawet wtedy gdy nie mam ochoty jeść. Nic więc dziwnego, że przytyłam. Nie mam na nic sił, nawet ogarnąć tego burdelu na kółkach, który jest wokół mnie. Serio, nie chcecie tego widzieć. No ok, nie dorobiłam się jeszcze pająków w każdym rogu, klejących plam na podłodze i brudnej bielizny na środku, ale dla osoby lubiącej porządek i harmonię wystarczy stojący przy biurku od kilku dni worek ze śmieciami, porozrzucane gdzie bądź kosmetyki, obwieszone rozwalonymi ubraniami krzesło i brudne naczynia. Wniosek? Chyba jednak tym razem MUSZĘ się ogarnąć, zanim zrobi się za późno. Szczególnie z (nad)wagą. Dla większości czytających to pewnie nic wielkiego (najwidoczniej i ja w to nieopatrznie uwierzyłam), ale żyjąc tak jak żyję, nie mam szans na bezstresowe utrzymanie wagi (o redukcji tłuszczu nie wspominając). Zdałam sobie właśnie sprawę, że lepiej zrobić z sobą coś teraz (chociażby wrócić do zdrowego trybu życia, który niekoniecznie powodował spadek wagi, ale przynajmniej przynosił szereg innych korzyści) niż doprowadzić się do stanu chorobowego i dopiero wtedy żałować, że nie zrobiło się nic wcześniej. Zdecydowanie bardziej wolę pocierpieć teraz, mając do zrzucenia 10-15 kg niż za jakiś czas zmagać się z niewyobrażalnie dużą nadwagą, a w pakiecie jeszcze presją czasu i otoczenia. Wiadomo jak jest - im człowiek waży więcej, tym szybciej chce schudnąć, szczególnie jeśli wcześniej taki nie był. Dokładnie pamiętam swoje odchudzanie, bedąc grubasem, który nigdy nie widział (ani nawet nie potrafił sobie wyobrazić!) siebie w wersji co najmniej normalnej. To odchudzanie było powolne, bez wewnętrznej presji i przymusu, na dłuższą metę niezapalnowane. Wiedziałam, że po raz kolejny może się nie udać, ale nie "celebrowałam" porażki takim obżarstwem jak robię to obecnie. Teraz z kolei jest zdecydowanie gorzej, bo doskonale pamiętem jak wyglądałam 10 kg temu. Chyba zbyt usilnie próbuję do tego wrócić. Czuję, że bez obcięcia ilości spożywanego żarcia, się nie obędzie. Nie chcę, by za 2 miesiące moja refleksja brzmiała "jedyne co zrobiłam przez ten rok to przytyłam".

13 komentarzy:

  1. Konstancjo - wygląda na to, że przechodzisz bardzo trudny okres w życiu odchudzającego sie, czyli widmo jojo. Wydaje mi się, że powinniśmy patrzeć na jojo jako objaw, a nie problem sam w sobie. Może poszukaj w swoim doświadczeniu odpowiedzi na pytanie - co się stało? Co chcę zajeść? Jakie uczucia i dlaczego? Nie maskuj swoich uczuć niezadowoleniem siebie i autoagresją. To bardzo trudne, sama siedzę i odpędzam non stop myśli o tym, że jestem słabym nieudacznikiem, ale powinno pomóc w zrozumieniu siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja nie mam jojo. Zmieniłam rozmiar już ze 2 lata temu. Od tamtego czasu jedynie chudnę i tyję na przemian w obrębie pewnej wagi. To wszystko za sprawą problemów psychicznych, o których piszę, i nad którymi wciąż pracuję. Mam świadomość upadków. Nie jestem jeszcze na tyle silna, by panować nad swoimi obsesyjno - kompulsywnymi zachowaniami i radzić sobie inaczej we wszystkich sytuacjach kryzysowych, chociaż i tak jest zdecydowanie lepiej niż kiedyś. Napisałam też w poście, że to nie chodzi stricte o nadwagę, a o skutki obecnego trybu życia, do których nie chcę dopuścić. Mam wrażenie jakbyś swoim myśleniem była krok za mną, bo ja już do tego o czym piszesz dawno temu doszłam. Za każdym razem, kiedy siegam po jedzenie z powodów innych niż głód, doskonale wiem dlaczego po nie sięgam. Potrzebuję czasu, żeby w pełni "wyleczyć" problem. Problem, którego objawem, jak słusznie zauważyłaś, są wahania wagi, niezadowolenie i autoagresja.

      Usuń
    2. Nie wiem, nie bede sie sprzeczać, ale jakiś czas temu napisałaś, że tyjesz.

      Usuń
    3. "Od tamtego czasu jedynie chudnę i tyję na przemian w obrębie pewnej wagi" - w komenatrzu powyżej to potwierdziłam :D Owszem, tyję, ale reaguję zanim jeszcze będzie to wyraźnie widoczne dla otoczenia, a kiedy wracam do "bezpiecznej" granicy, znów coś się pieprzy i znów tyję. Nie cierpię takiego życia na krawędzi, bo zawsze jest ryzyko upadku, z którego nie wstanę (powrót do monstrualnej wagi, która przekracza wszelkie granice, o czym pisałam w poście), dlatego chcę w porę temu zapobiec, oddalając się (oczywiście w dół) nawet od tej "bezpiecznej" granicy.

      Usuń
    4. Też tak mam, gdy dochodzę już prawie do idealenj wagi, nagle mam niepochamowaną chęć jedzenia i wracam do tych extra kg nad ktorymi tak ciezko pracowalam zeby schudnac! Rozumiem Cie doskonale ;/

      Usuń
  2. Znając Ciebie, szybko wrócisz na dobrą drogę. Nie obwiniaj się, że teraz coś idzie nie tak. Te upadki to też potrzebna część drogi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wiarę w moje możliwości :) Obyś miała rację! Właśnie z tej perspektywy chcę patrzeć na wszelkie niepowodzenia. Wiem, że w przypadku niektórych błędów, może dopiero za setnym razem, nauczę się ich nie popełniać.

      Usuń
  3. Znam to uczucie kiedy niepowodzenia zażera się byle czym, byle żołądek był pełny do bólu. Jesteś na tyle świadoma, że widzisz zagrożenia, wiesz w czym tkwisz. To już jakiś krok do sukcesu. Nie poddasz się, wiem to.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, nie poddam się. W gruncie rzeczy widzę ogromną różnicę pomiędzy tym co było (bulimia, odizolowanie od ludzi, samookaleczanie, myśli samobójcze i desperackie poszukiwania wybawienia w postaci faceta), a tym co jest. Jednocześnie wiem, że może być lepiej. I kiedyś na pewno będzie.

      Usuń
  4. Błagam! Nawet nie myśl o tym, żeby się poddać. Wiem co mówię. Ja zmarnowałam sobie dwa lata życia przez to, że wszystko zaprzepaściłam. Dopiero teraz wracam na dobrą drogę. Dużo oddałabym, aby cofnąć się w czasie, a przerwanie diety traktuję jako mój największy życiowy błąd. Cieszę się, że jesteś w pełni świadoma tego "bałaganu" w swoim życiu i potrafisz o tym napisać. Przyznanie się do problemu to już połowa sukcesu. Teraz oby tylko do przodu! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja o tym nie myślę... Nie chcę się poddać. Samo jakoś tak źle się dzieje. A obie doskonale wiemy, że właśnie tak niewinnie się to zaczyna. Jestem przerażona. Po dzisiejszym dniu odczuwam psychiczną niemoc i z chęcią popełniłabym harakiri! Ale głupio tak umierać dzień przed urodzinami, no nie? :D
      Dzięki, że jesteś :*

      Usuń
  5. Bardzo lubię twoje wpisy. Czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń