piątek, 3 października 2014

Normalnie

Zauważyłam, że zawsze kiedy poniekąd wbrew swojej woli, nie ulegam jedzeniu i robię to, co podpowiada rozum, wszystkie emocje (szczególnie te negatywne) odczuwam... normalnie. A wtedy one bardzo szybko znikają, znika lęk, znikają obsesje i natrętne, acz nielogiczne myśli. Ktoś zapyta co znaczy "normalnie". Zapewne kiedyś już o tym pisałam, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze co zrobić, by było normalnie. Normalnie to znaczy hm normalnie. Nie skrajnie silnie, ale też nie obojętnie. Posłużę się przykładem. Zbliża mi się okres, jestem zmęczona, wiecznie meczę się z zatokami, znów rozwalony piec (czyt. zimna woda w kranie), a do tego masa rzeczy na głowie: praca, uczelnia, treningi, regularne i w pewnym sensie też zaplanowane posiłki, generalnie musi być dobra organizacja. I nagle dopadają mnie myśli typu "przytyłaś, zobacz jak wygląda Twoje ciało, tyjesz w zastraszającym tempie, zważ się, rzuć wszystko w cholerę i zjedz coś słodkiego" albo "nie masz na nic czasu, źle się organizujesz (źle, bo przecież można lepiej), marnujesz czas i w ogóle jest Ci tak jakoś smutno, a do tego nic nie jest po Twojej myśli, więc dlaczego nie możesz zjeść kawałka czekolady?". I wtedy zaczynam racjonalnie sobie wszystko tłumaczyć: "na pewno nie przytyłaś, skoro jesz normalnie i ćwiczysz, a ważyłaś się wczoraj, po prostu tak wyglądasz i lepiej, że wyglądasz tak, a nie gorzej, nie możesz sobie nic zarzucić w kwestii odżywiania, więc tylko jak w tym wytrwasz, zobaczysz efekty, a poza tym zbliża się okres, to normalne, że jest Ci źle i możesz ważyć więcej, jeśli zważysz się za tydzień i będzie nawet 3 kg więcej, wtedy będziesz się martwic, a póki co to tylko Twoje subiektywne uczucie, nie można przytyć 10 kg w 1 dzień, poza tym teraz chcesz spać, a nie jeść - jesteś najedzona!". Taka walka z myślami lubi trwać, czasem nawet wystawiam się na pokuszenie, idąc do kuchni i szykując jedzenie na następny dzień, pakuję kawałek czekolady, ale nie działam impulsywnie. Nawet jeśli jest mi źle z jakichś tam ludzkich przyczyn. Następnego dnia w nagrodę dostaję czystą głowę, a zmęczenie i zmartwienia dnia poprzedniego mijają. Jest normalnie. Wiem, że jak ulegnę tym chorym myślom, obudzę się z kacem moralnym i głową pełną natrętnych myśli, będę zagubiona, a mój zły stan będzie się pogłębiać aż znów nie osiagnę dna i się od niego nie odbiję. A ja przecież tego nie chcę. W świetle tych obserwacji, zaburzenia osobowości to tak trochę wymyślony problem. Człowiek sam powinien nad sobą panować, sam z sobą rozmawiać, uczyć się radzić sobie z własną psychiką, której jest władcą. Ostatnio zrezygnowałam z wizyt u psychologa. I jestem z tego dumna, bo wcale ich nie chciałam. Marnowałam czas. Zawsze staram się pytać siebie, czy naprawdę czegoś chcę. Chodzić do ciekawskiej Pani psycholog na pogaduchy (bo w gruncie rzeczy tak wyglądały wizyty), a jeszcze niejednokrotnie wyczekiwać na wyznaczoną godzinę - nie. Nota bene zaobserwowałam bardzo ciekawą rzecz. Pani psycholog była kompletnie bezsilna, kiedy powiedziałam jej, że chcę przerwać "terapię", że mi to nie pomaga, że nie mam czasu, ani potrzeby, że po prostu nie chcę. Używała przeróżnych technik, bym nie rezygnowała. Od zlekceważenia mojej decyzji przez potulne namawianie i wyszukiwanie pasujących mi terminów aż po kilkukrotne ostre zapytanie, czy mimo braku jej zgody na przerwanie terapii, chcę ją przerwać. Normalnie jakby się ode mnie uzależniła. Podobnie jest na uczelni. Wykładowcy stosują przeróżne techniki, żeby studenta "zastraszyć" (od nadmiaru obowiązków i skutków ich niewykonania, po terminy), a nade wszystko bezwiednie nim kierować, mówić co ma robić i czego chce. Używają takich sformułowań, że przeciętnie ambitny student, zaczyna się bać. Bo skrócony semestr, bo czas szybko leci, bo seminarium, praca i egzamin inżynierski, bo trzeba się dobrze przygotować już teraz zaraz, bo jak przyszły inżynier może czegoś nie wiedzieć, bo zaraz drugi stopień (nota bene nie dla mnie, bo ja tego NIE CHCĘ, nie potrzebuję marnować 1,5 roku mojego życia, tylko po to, by mieć "mgr" przed nazwiskiem, jak już zapewne wspominałam nie kręci mnie pęd za bydłem i bieg po coś, co teoretycznie ma stanowić o większej wartości mojej osoby), a najśmieszniejsze dla mnie "bo musisz" coś tam. Kiedyś to na mnie działało, dlatego żyłam w chronicznym stresie. Naprawdę myślałam, że coś muszę. Teraz się nie daję. Niby słyszę, ale nie słucham. Czasem się nawet wyłączam. Przecież to tylko słowa, a ja wiem czego chcę. Wiem, ile mam czasu i wiem, że zrobię wszystko po swojemu, bez pośpiechu. Jestem dorosła, znam swoje obowiązki, znam terminy. Robię to przecież dla siebie. Czuję, że choć wciąż daleko, jestem coraz bliżej prawdziwego szczęścia :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz