czwartek, 23 października 2014

Przetrwać

Niedaleko mojego domu otworzyli dziś nowy sklep. Po raz kolejny uciekłam. Pizza, kiełbaski z grilla, croissanty... w myślach prawie się poryczałam. Z wyrzutami sumienia wzięłam tylko latte, odmawiając sobie za to pumpkin spice latte, na które właśnie dziś planowałam się wybrać. Nota bene wybieram się już od roku. Wbrew pozorom taka duża, słodka kawa to bomba kaloryczna - odkąd się uświadomiłam, ograniczam wyjścia na takie kawy do okazjonalnych. Ale to nie wszystko. Będąc w sklepie z radością wrzuciłam do koszyka kilka moich ulubionych jogurtów z oferty specjalnej i już pakowałam kolejne, kiedy zainteresował mnie jakiś nowy jogurt. Zerknęłam na etykietę, by sprawdzic jaki to smak, a pierwsze co rzuciło mi się w oczy to syrop glukozowo-fruktozowy. Od razu chwyciłam jeden z jogurtów, które miałam w koszyku, by sprawdzić, czy przypadkiem i w tym go nie ma, jednocześnie modląc się, by go tam nie było. Był. W każdym. I bum. Chwila zastanowienia. Odłożyłam wszystkie. Rozgoryczona wróciłam do domu. Po drodze jednak spotkał mnie miły gest. Jakiś facet się do mnie uśmiechnął i życzył miłego dnia. Odpowiedziałam więc: "dziękuję i wzajemnie" na co ten: "miły to byłby przy Tobie". Padłam. Po trosze zrekompensował mi odmówienie sobie wszystkiego, co mogłam zjeść, a czego nie zjadłam. Na zwieńczenie tego zakręconego dnia poszłam na siłownię. Poczułam się fantastycznie, kiedy po raz kolejny przebiegłam 12 km. Przetrwałam!

poniedziałek, 20 października 2014

Zmora przeszłości

Spotkałam dziś jednego z facetów, z którym swego czasu łączyło mnie łóżko. Nie byłoby w tym nic wielkiego (właśnie uśmiadomiłam sobie, że jakiś czas temu widziałam innego z TYCH i zero refleksji), gdyby nie fakt, że ten był w jakimś sensie istotny dla mnie. Wtedy oczywiście szukałam wsparcia, bliskości, czułości, poczucia bezpieczeństwa i zapewne jeszcze pocieszenia po nieudanym związku. Szukałam tego pod postacią faceta, nie w sobie. Tak, czy inaczej kiedy się odwrócił i byłam prawie pewna, że to on, momentalnie się odwróciłam i... uciekłam. Pół dnia zajmował moją głowę: on/nie on, czy mnie poznał i co on tam właściwie robił?? A do tego "cholera jasna, dlaczego akurat dziś tak okopnie wyglądałam?!". Później w biegu codzienności na chwilę zapomniałam. Wróciło, gdy jakby na ironię, w słuchawkach z ponad 100 piosenek wylosowała się akurat ta, którą "poznałam" dzięki niemu. W efekcie byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam w autobusie znajomego, w którego stronę patrzyłam. Na szczęście wykłady sprowadziły mnie na ziemię. W gruncie rzeczy już od prawie 2 lat nie mam kontaktu z tym swego rodzaju "ex" i nie chcę mieć, zwyczajnie zapomniałam. Z tego co wiem w międzyczasie zrobił jednej naiwnej dziecko i... nadal szuka szczęścia. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony wiem, że żaden facet nie jest lekarstwem na moje problemy, a z drugiej mimo woli, wspomnienia odżyły. Nie żeby jakoś szczególnie zaprzątał moją głowę, ale przyznaję, że ciśnienie podskoczyło, gdy przed chwilą odczytałam wiadomość od niego. Znaczy, że to był on. Poznał mnie przez ten ułamek sekundy, a na dodatek twierdzi, że świetnie wyglądałam, "jak zawsze". Cieszy mnie, że obecnie jest mi obojętny. Jak każdy facet. Napisze to napisze, nie napisze to nie napisze. Odpisałam mu z automatu, nie czekam z utęsknieniem na odpowiedź.

sobota, 18 października 2014

Od jutra zaczynam

Przegrałam.
Nie wiem, dlaczego. Nie mniej jednak chyba po raz pierwszy nie próbuję "winy" zwalać na coś lub kogoś.

Wszystko było wprost bajecznie piękne. Żyłam z dala od żywnościowej chemii, regularnie trenowałam, nie ważyłam się, dbałam o jakość i długość snu, godziłam uczelnię z pracą i uśmiechałam się bez jakiegoś większego powodu.
... i tak po prostu się posypało.
Trudno mi nawet wkazać dzień/moment/sytuację, w której to nastąpiło. Zwyczajnie z dnia na dzień pozwalałam sobie na coś, czego w gruncie rzeczy wcale nie chciałam, tylko dlatego, że "zbliża się okres". A im dłużej okresu nie było (mimo wyraźnych objawów PMSowskich), tym bardziej moja frustracja wzrastała. I tak oto okres najzwyczajniej w świecie się pojawił, a i już nawet sobie poszedł, a ja zostałam w czarnej dziurze. Niemalże z dnia na dzień widocznie przytyłam, czego dowodem jest wyraźnie ciaśniejsza bluzeczka "służbowa". Tak, panikuję. Tak, mam obsesję na tym punkcie. Ale po prostu nie jestem w stanie zaakceptować faktu, że teraz każdy mój dzień jest psychiczną męką, wewnętrzną walką, obowiązkiem, a nade wszystko jakąś cholerną pustką. Zaczyna się dietą przez duże D tylko po to, by zwieńczyć go totalnym obżarstwem i bolesną dla mojej duszy myślą: "dobra, dziś jeszcze sobie pozwolę - OD JUTRA ZACZYNAM".

Cały ten czas próbowałam wyjść z owej dziury, obsesyjnie szukając "wybawcy".
Zabawne, ale zawsze kiedy jestem na powierzchni, a nawet sporo nad nią, potrafię być samowystarczalna i robić to, co naprawdę chcę, nie bacząc na konsekwencje. Kiedy zaś się zapadam i tonę w rozpaczy, nagle niczym krwiożercza pijawka potrzebuję jakiegokolwiek współczującego faceta tu i teraz (a najlepiej 24h), nagle nie mam celu w życiu, nagle faszeruję się najgorszą chemią, zawalam nocki nie robiąc nic pożytecznego, a utrzymywanie jakichkolwiek zasad staje się zwyczajnie głupie.
Walnęłam się dziś w głowę. Przecież ja cholera nie chcę faceta, a już na pewno nie po to, by musiał znosić albo moje histerie albo chroniczny brak czasu, w chwilach, kiedy napawam się własnym życiem.
Jutro nie będzie nowej diety. Chcę po prostu uśmiechnąć się zaraz po przebudzeniu, wstać z energią i przeżyć ten dzień najlepiej jak potrafię. Tak jakby to miał być mój ostatni.

piątek, 3 października 2014

Normalnie

Zauważyłam, że zawsze kiedy poniekąd wbrew swojej woli, nie ulegam jedzeniu i robię to, co podpowiada rozum, wszystkie emocje (szczególnie te negatywne) odczuwam... normalnie. A wtedy one bardzo szybko znikają, znika lęk, znikają obsesje i natrętne, acz nielogiczne myśli. Ktoś zapyta co znaczy "normalnie". Zapewne kiedyś już o tym pisałam, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze co zrobić, by było normalnie. Normalnie to znaczy hm normalnie. Nie skrajnie silnie, ale też nie obojętnie. Posłużę się przykładem. Zbliża mi się okres, jestem zmęczona, wiecznie meczę się z zatokami, znów rozwalony piec (czyt. zimna woda w kranie), a do tego masa rzeczy na głowie: praca, uczelnia, treningi, regularne i w pewnym sensie też zaplanowane posiłki, generalnie musi być dobra organizacja. I nagle dopadają mnie myśli typu "przytyłaś, zobacz jak wygląda Twoje ciało, tyjesz w zastraszającym tempie, zważ się, rzuć wszystko w cholerę i zjedz coś słodkiego" albo "nie masz na nic czasu, źle się organizujesz (źle, bo przecież można lepiej), marnujesz czas i w ogóle jest Ci tak jakoś smutno, a do tego nic nie jest po Twojej myśli, więc dlaczego nie możesz zjeść kawałka czekolady?". I wtedy zaczynam racjonalnie sobie wszystko tłumaczyć: "na pewno nie przytyłaś, skoro jesz normalnie i ćwiczysz, a ważyłaś się wczoraj, po prostu tak wyglądasz i lepiej, że wyglądasz tak, a nie gorzej, nie możesz sobie nic zarzucić w kwestii odżywiania, więc tylko jak w tym wytrwasz, zobaczysz efekty, a poza tym zbliża się okres, to normalne, że jest Ci źle i możesz ważyć więcej, jeśli zważysz się za tydzień i będzie nawet 3 kg więcej, wtedy będziesz się martwic, a póki co to tylko Twoje subiektywne uczucie, nie można przytyć 10 kg w 1 dzień, poza tym teraz chcesz spać, a nie jeść - jesteś najedzona!". Taka walka z myślami lubi trwać, czasem nawet wystawiam się na pokuszenie, idąc do kuchni i szykując jedzenie na następny dzień, pakuję kawałek czekolady, ale nie działam impulsywnie. Nawet jeśli jest mi źle z jakichś tam ludzkich przyczyn. Następnego dnia w nagrodę dostaję czystą głowę, a zmęczenie i zmartwienia dnia poprzedniego mijają. Jest normalnie. Wiem, że jak ulegnę tym chorym myślom, obudzę się z kacem moralnym i głową pełną natrętnych myśli, będę zagubiona, a mój zły stan będzie się pogłębiać aż znów nie osiagnę dna i się od niego nie odbiję. A ja przecież tego nie chcę. W świetle tych obserwacji, zaburzenia osobowości to tak trochę wymyślony problem. Człowiek sam powinien nad sobą panować, sam z sobą rozmawiać, uczyć się radzić sobie z własną psychiką, której jest władcą. Ostatnio zrezygnowałam z wizyt u psychologa. I jestem z tego dumna, bo wcale ich nie chciałam. Marnowałam czas. Zawsze staram się pytać siebie, czy naprawdę czegoś chcę. Chodzić do ciekawskiej Pani psycholog na pogaduchy (bo w gruncie rzeczy tak wyglądały wizyty), a jeszcze niejednokrotnie wyczekiwać na wyznaczoną godzinę - nie. Nota bene zaobserwowałam bardzo ciekawą rzecz. Pani psycholog była kompletnie bezsilna, kiedy powiedziałam jej, że chcę przerwać "terapię", że mi to nie pomaga, że nie mam czasu, ani potrzeby, że po prostu nie chcę. Używała przeróżnych technik, bym nie rezygnowała. Od zlekceważenia mojej decyzji przez potulne namawianie i wyszukiwanie pasujących mi terminów aż po kilkukrotne ostre zapytanie, czy mimo braku jej zgody na przerwanie terapii, chcę ją przerwać. Normalnie jakby się ode mnie uzależniła. Podobnie jest na uczelni. Wykładowcy stosują przeróżne techniki, żeby studenta "zastraszyć" (od nadmiaru obowiązków i skutków ich niewykonania, po terminy), a nade wszystko bezwiednie nim kierować, mówić co ma robić i czego chce. Używają takich sformułowań, że przeciętnie ambitny student, zaczyna się bać. Bo skrócony semestr, bo czas szybko leci, bo seminarium, praca i egzamin inżynierski, bo trzeba się dobrze przygotować już teraz zaraz, bo jak przyszły inżynier może czegoś nie wiedzieć, bo zaraz drugi stopień (nota bene nie dla mnie, bo ja tego NIE CHCĘ, nie potrzebuję marnować 1,5 roku mojego życia, tylko po to, by mieć "mgr" przed nazwiskiem, jak już zapewne wspominałam nie kręci mnie pęd za bydłem i bieg po coś, co teoretycznie ma stanowić o większej wartości mojej osoby), a najśmieszniejsze dla mnie "bo musisz" coś tam. Kiedyś to na mnie działało, dlatego żyłam w chronicznym stresie. Naprawdę myślałam, że coś muszę. Teraz się nie daję. Niby słyszę, ale nie słucham. Czasem się nawet wyłączam. Przecież to tylko słowa, a ja wiem czego chcę. Wiem, ile mam czasu i wiem, że zrobię wszystko po swojemu, bez pośpiechu. Jestem dorosła, znam swoje obowiązki, znam terminy. Robię to przecież dla siebie. Czuję, że choć wciąż daleko, jestem coraz bliżej prawdziwego szczęścia :)