wtorek, 23 września 2014

Kac morderca

Kac moralny - jedyny rodzaj kaca, jaki miewam. Od dawna już nie piję alkoholu, a nawet, kiedy go piłam, znałam umiar. Bardzo często jednak budzę się z "kacem moralnym" (nie do końca wiem, czy to ja go tak nazwałam, czy ktoś tak kiedyś nazwał stan, który tym kacem nazywam). Stan, który mam na myśli występuje niemal zawsze, gdy dzień wcześniej opętało mnie jedzenie. Objawy kaca moralnego to oczywiście brak spadku wagi, co przekłada się na kompletne zniechęcenie, brak sił na wszystko, łącznie z wstaniem z łóżka, zły nastrój, drażliwość, wyrzuty sumienia i skrajnie złe samopoczucie. I co wtedy? Nic. Pomimo kaca, najlepiej się zmusić (w imię dobrej intencji można), by zacząć dzień według normalnego trybu - zdrowe śniadanie trochę łagodzi objawy :)

Podsumowując wrzesień, generalnie jadłam regularne, przemyślane i zdrowe posiłki z (jak się ku mojemu zdziwieniu niemal każdego dnia okazywało) deficytem kalorycznym, a do tego intensywnie ćwiczyłam. Generalnie. Prowadziłam w tym miesiącu "rejestr" moich wyczynów, realnie pokazujący, ile dni w miesiącu trzymam się swoich żywieniowych założeń, ile razy w tygodniu ćwiczę i jak zmienia się moja waga. Taki sposób okiełznania własnej osoby doskonale w moim przypadku się sprawdza, więc zamierzam to kontynuować. A wnioski z dotychczasowej "ewidencji"? Zazwyczaj 2 razy w tygodniu zdarza mi się zaprzepaścić wcześniejsze wysiłki niekontrolowanym obżarstwem (dla zobrazowania wrzucam zdjęcie mojego "rejestru" - prowadzić go zaczęłam 7 września) i choć zwykle nie jest to jakaś totalna odskocznia kaloryczna (nigdy nie przekroczyłam 3000 kcal na dzień), waga uparcie stoi w miejscu. Ewentualnie złośliwie gna w górę, po to, by znów na chwilę wrócić do swojej najniższej, nieprzekraczalnej granicy (czyt. 70 kg). Czytałam wczoraj, że pewne osoby mogą mieć problem ze schudnięciem, a każdy słabszy dzień może skutecznie zniweczyć wcześniejsze wysiłki, nawet jeśli były niewspółmiernie większe niż wysiłki innych odchudzających. Wpływ na taki stan rzeczy ma ilość nadprogramowych kilogramów i czas ich posiadania, a także wcześniejsze zaniedbania. Niemądre diety, restrykcje kaloryczne, głodówki, zaburzenia odżywiania, zbyt intensywne ćwiczenia fizyczne, wieczny stres, chroniczny brak snu. Znaczy, że powinnam dawać z siebie 200% i cieszyć się z jakiejkolwiek utraty wagi, zanim mój organizm zacznie normalnie funkcjonować. W związku z tym plany na październik są takie: jak najmniej słabych dni (to te, których nie zakreśliłam na czerwono), zdrowa i jak najbardziej naturalna dieta (to przychodzi z czasem, stopniowo eliminuję pewne produkty i zmieniam dotychczasowe przyzwyczajenia), regularne posiłki, ograniczenie siłowni do 3 intensywnych treningów w ciągu tygodnia (nie tylko, dlatego, że nie będę mieć za wiele czasu na siłownię, ale głównie z tego względu, że zauważyłam u siebie lepsze samopoczucie i spadek wagi, gdy ćwiczę rzadziej i nie na siłę) i odpowiednia ilość snu.

S oznacza siłownię, a waga sprawdzana przypadkowo: W - wieczorem, R - rano

Jeszcze chciałam wspomnieć trochę o moim odżywianiu i plusach zdrowych posiłków (zrobionych z surowców pochodzących z natury, a nie z laboratorium) i unikania przetworzonej żywności z mnóstwem chemicznych dodatków. Trzymając się sztywno swoich zasad i jedząc wyłącznie to, co jest naturalne przede wszystkim nie jestem głodna, nie mam chęci podjadać i nie rusza mnie świeże, białe pieczywo, czy słodycze mojej rodziny zostawione na wierzchu. Czuję się wspaniale zarówno psychicznie jak i fizycznie, a do tego stan mojej cery ulega widocznej poprawie. Ale wystarczy, że nawet świadomie wprowadzę do mojej diety coś, co zawiera chemię (kupny jogurt smakowy, wafelek o akceptowalnym składzie, czy "ciemna" biała bułka z ziarnami), a równowaga w moim organizmie zostaje zakłócona. Później łatwiej jest mi zjeść coś nie do końca zdrowego, chce mi się jeść zaraz po posiłku, a stan cery momentalnie ulega pogorszeniu. Pawlikowska tłumaczy to w dość logiczny sposób - wprowadzając do organizmu wszelkiego rodzaju chemię, czyli truciznę, organizm na wszelkie możliwe sposoby stara się z nią walczyć, żeby utrzymać Cię przy zdrowiu, przestaje więc zajmować się tym, czym powinien naturalnie, rozregulowuje się, a kiedy sobie już nie radzi, wyrzuca ową chemię na zewnątrz przez nadmierne pocenie, wypryski, biegunki, wymioty i wiele innych. Poza tym już po 1 jogurcie/wafelku/bułce, psychika zaczyna tworzyć natrętne myśli i nie pozwala tak po prostu pójść spać i zapomnieć, odzywa sie "uczeń", jak go nazywa Pawlikowska. On nie chce źle, on po prostu tylko taki schemat zna - skoro już zjadłaś coś, po czym odczuwasz choć minimalne wyrzuty sumienia, to masz zielone światło dla jedzenia takich rzeczy w większej ilości (skoro i tak masz już wyrzuty sumienia), zwłaszcza tu i teraz, zanim do głosu dojdzie "nauczyciel", wiedzący czego potrzebujesz naprawdę. To jest jeden z fałszywych kodów podświadomości. Kiedyś zawsze jak zjadłam coś "zabronionego", zaczynałam jeść tego i innych "zabronionych" rzeczy więcej, jakby następnego dnia miały zniknąć z naszej planety (a przynajmniej miałam świadomość, że ponownie będą musiały zniknąć z mojego jadłospisu), a że taki schemat pojawiał się coraz częściej, podświadomość go zapamiętała i zaczęła podsuwać za każdym razem. Działa to na tej samej zasadzie, co sięganie po jedzenie w sytuacjach stresowych.  Dzięki temu wiem, że tylko będąc tak w 100% konsekwentną w swoich świadomych wyborach, te nieświadome, jeśli się w ogóle pojawią, nie będą mi zagrażać. Z czasem błędów na pewno będzie mniej (w zasadzie już jest), a to, co teraz jest dla mnie takim trochę wyuczonym nawykiem, stanie się nawykiem naturalnym. Odruchem bezwarunkowym. Musi tak być.
Pisząc tego posta, doszłam też do wniosku, że wszystko komplikuje się przez rozwój cywilizacji. Gdyby kiedyś ktoś nie wprowadził tych wszystkich substancji dodatkowych i nie wymyślił żywności wygodnej i trwałej, a do tego coraz bardziej udziwnionej i wiecznie nowej, dziś nie byłoby fałszywych kodów, uczucia głodu, mimo zjedzenia posiłku, a przede wszystkim wielu chorób cywilizacyjnych, z żywnością związanych.

A w następnym poście wrzucę zdjęcia moich obecnych posiłków :)

6 komentarzy:

  1. Hej, generalnie sposób żywienia jaki sobie wymyśliłaś jest super. Cieżko go jednak utrzymać w dzisiejszych czasach, ale nie o tym w sumie chciałam. Chodzi mi o to, że to, że przerywasz co kilka dni diete może mieć podłoże psychiczne, a nie chemia/gluten/glutaminian/cokolwiek. Oczywiście chemia w jedzeniu może być zapalnikiem do kompulsywnego objadania sie, ale nie ona jest tego przyczyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety chemia atakuje z każdej strony, czasem się przez to zniechęcam.
      Co do psychiki, masz rację. Nie od dziś wiadomo, że w moim przypadku to istotna kwestia. Poza rozwijającą się nerwicą (napady lęku, natrętne myśli, fobie, a nawet obsesyjne mycie rąk), mam w sobie rany z przeszłości. Stąd też problem z zawieraniem znajomości, czy przyjaciółmi. Zdecydowanie lepiej czuję się, kiedy ktoś jest, a jednocześnie wszystkich do siebie zniechęcam. Ale co ja mogę? Psychologowie pomóc mi nie potrafią, a sama szukam rozwiązań po omacku.

      Usuń
    2. Eh, jesień powoduje, że też popadam w melancholie i mam wrażenie, że w życiu nie będę zdrowa i ogólnozadowolona. Trzymam kciuki za to zdrowe jedzenie, może nadejdzie taki okres, że poczujesz sama, że już nie potrzebujesz obżerać się. To jak z alkoholikami. Coś przestawia im się w głowie, sprzyjający czas, odpowiednio nastrojone myśli i nagle okazuje sie, że można żyć bez alkoholu.

      Usuń
    3. Dzięki :) Oby nadchodząca jesień (i jeszcze gorsza zima) nie odebrała nam całkowicie energii!

      Usuń
  2. Też ostatnio miałam ponad miesiąc takiego czasu, kiedy mniej więcej 2 razy w tygodniu zdarzały mi się ataki obżarstwa. Też mam takie doświadczenie, że te ataki (choć nie aż tak duże) zniweczyły moje ogólne starania w celu utraty wagi. Staram sie jeść podobnie jak Ty - tylko naturalne rzeczy. Moja dieta nie jest niskokaloryczna- ujemny bilans utrzymuje raczej przez aktywność fizyczną. Jednak mam wrażenie, że mój organizm pamiętając moje poprzednie potyczki z jedzeniem w tym głodzenie, jest bardzo opornym w zrzucania kilogramów. Staram się nie denerwować z tego powodu. Moim zadaniem jest mądrze się odżywiać i dalej walczyć z atakami obżarstwa, które po 2.5 miesięcznej przerwie, powróciły. Nie chcę obsesyjnie za wszelką cenę dążyć do utraty kilogramów. Im wolniej tym lepiej i bez uszczerbów na zdrowiu i psychice :)
    To co piszesz o chemi w jedzeniu. - całkowicie się z tym zgadzam. Przeraża mnie to, że w takiej rzeczywistości funkcjonuje nasz świat. Że tak wielu ludzi jest uzależnionych od cukru i przetworzonej żywności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam dokładnie takie samo wrażenie! Tłumaczę sobie, że teraz po prostu jest mi trudniej schudnąć przez te wszystkie niedawne problemy, ale że w końcu się to skończy. Niestety ciężko mi w to uwierzyć, stąd te załamania. Ciągle dążę do tego, by zdrowe odżywianie było dla mnie normalne, a brak spadku wagi (lub nawet jej wzrost) nie miał wpływu na moje odżywianie. Jestem pewna, że kiedyś przestanie mnie ciagnąć. Skoro jestem od czegoś uzależniona (i z każdym kolejnym dniem zauważam, że wcale nie stricte od jedzenia, a tylko od pewnych jej składników) to w 1 dzień się od tego nie odzwyczaję, a każdy wyjątek stanowi o rozpoczynaniu uniezależniania się na nowo.
      Także nie martw się, na wszystko potrzeba czasu :)
      A wiesz co jest najzabawniejsze w kwestii chemii w jedzeniu? Z jednej strony to krytykuję i tego unikam, mam świadomość nie tyle, że to jest złe (bo zawsze znajdzie się jakaś kontra, jakieś badania, naukowiec itp.), ale że mi osobiście to szkodzi i tego nie chcę, a z drugiej strony idę na wykład, na którym mówią "syntetyczny beta-karoten nie jest zły, identyczny z naturalnym znaczy to samo co naturalny, z tym, że ileś razy tańszy, że dodatki do żywności to wcale nie jest takie zło jak mówią, że przebadane, że dopuszczone do stosowania, że w jakiejś tam ilości, że naturalne produkty mogą zawierać substancje toksyczne i że szkodliwość dodatków do żywności jest ileś razy mniejsza niż szkodliwość samej żywności...". Chyba mam mętlik w głowie. Z jednej strony chcę się kłócić, a z drugiej wiem, że nie wygram z "nauką". Mojego życia i tak nikt za mnie nie przeżyje, więc niezależnie od tego co powinnam mieć w głowie po tych studiach, będę żyła wegług swoich przekonań. Nie mniej jednak czasem jest mi strasznie ciężko, bo jak nie idziesz za tłumem i nie żresz batonika z automatu tylko zimny obiad z pojemnika albo starasz się jeść regularnie a do tego przeszkadza Ci na maksa podkręcony telewizor, kiedy jesz, to od razu jesteś dziwna.

      Usuń