niedziela, 10 sierpnia 2014

Się dzieje

Długo zbierałam się, żeby coś napisać. Tysiąc myśli w głowie, wieczny brak czasu... A w gruncie rzeczy to zwykły, ludzki strach przed publiczną "obietnicą". Że dziś coś napiszę, a jutro dopadnie mnie zwątpienie. Także oświadczam wszem i wobec - nie wiem co będzie jutro, ale wiem, że zmieniam swoje życie na lepsze. Poczyniłam spore zmiany nie tylko w moim jadłospisie, ale i życiu. Dążę do prawdziwego szczęścia.


Zdjecie ze strony  www.gala.pl

Beata Pawlikowska. Kobieta, która poznała smak niemalże wszystkiego. Jakiś czas temu dostałam od znajomego jej książkę "Jestem bogiem podświadomości". Długo leżała na półce aż w końcu zaczęłam ją czytać. Dla zasady. Pamiętam jak w momencie największego zaślepienia jedzeniem, bulimii i autodestrukcji wzbraniałam się przed porównywaniem mojej sytuacji do kogoś tam, a szczególnie do osób publicznych. Mimo to ów znajomy postawił na swoim i podarował mi tę książkę. Początek był nudny, czytanie szło mi jak krew z nosa, ale postanowiłam przeczytać. Im dalej czytałam, tym bardziej zaczynałam rozumieć o co tej kobiecie chodzi. Naprawdę wciągnęłam się dopiero, gdy przeszła do "rzeczy". Najmocniejszy był syrop glukzowo - fruktozowy. Jeszcze do niedawna nie kojarzyłam tej substancji z czymś złym. Brzmi fajnie, no nie? A tak naprawdę to jedno z największych świństw dzisiejszej żywności. Trucizna. O dziwo porzuciłam wszystko co zawiera tenże jak i inne chemiczne syropy, a i ograniczyłam spożycie produktów zawierajacych cukier, a na własny użytek zakupiłam nierafinowany cukier trzcinowy i zauważyłam, że potrafię normalnie jeść! Syrop glukozowo - fruktozowy działa podobnie jak narkotyk. Zmusza Cię do kolejnej dawki, zmienia świadomość umysłu, przyczynia się do nadmiaru tkanki tłuszczowej, ale przede wszystkim uzależnia. Zastanawiam się jak to możliwe, że długi okres czasu żarłam, często z celem zwymiotowania wszystkiego zaraz po, a teraz tak nie muszę. Ok, jest lato, teoretycznie mniej obowiązków, ale ja czuję, że to nie to, bo przecież zeszłoroczne wakacje minęły mi pt. wieczna dieta, rzyganie, głodówki. Obecnie nie wyobrażam sobie ani wymusić wymiotów, ani tym bardziej wypchać się gównianym żarciem w tym celu. Nadal odczuwam ochotę na słodkie, szczególnie podczas okresu (który dzięki "wspaniałym" hormonom mam teraz co kilka dni) i nadal zdarza mi się jeść bez opamiętania, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio obżarłam się tak jak kiedyś. Generalnie bez jakiegoś większego żalu odmawiam sobie wszystkiego co jest niezdrowe i dalekie od żywności naturalnej. Powoli ograniczam też owoce na rzecz warzyw i zmieniłam tłuszcz na przepyszny olej kokosowy. Nierafinowany, nieutwardzony i tłoczony na zimno jest cholernie drogi, więc całkowicie z masła i oleju rzepakowego nie zrezygnowałam. Ciągle szukam też idealnego pieczywa (oczywiście poza tym, które samej zdarza mi się piec) - razowego lub pełnoziarnistego, najlepiej z ziarnami, bo jakoś tak podczas wakacji na nowo nauczyłam się jeść chleb na śniadanie. W miarę możliwości gotuję też obiady, bo co jak co, ale tylko po porządnym obiedzie (drób/ryba, kasza, warzywa) czuję się prawdziwie najedzona i nie muszę podjadać. Zaczęłam też eksperymentować z kaszą jaglaną. To już drugie ciasto na jej bazie - polecam.



I takie jedzenie jest już dla mnie w zasadzie normalne. Czuję, że karmię swoje ciało. Nie potrzebuje faszerować się chemią. Po wielu burzliwych wydarzeniach, walce z samą sobą i eksperymentowaniu z jedzeniem, przestawiłam się na właściwe tory, tak jak X czasu temu stało się z wodą. Początkowo się zmuszałam, ale wiedziałam, że to jest dla mnie dobre. Teraz nie wyobrażam sobie pić nic innego. Przestałam też planować posiłki, zakazywać sobie czegokolwiek i stosować rygor z tytułu "diety".


Dieta to ma być mój sposób życia na całe życie, a skoro na całe życie to wymaga czasu i powolnych zmian. 

Dopiero, kiedy coś jest zakazane, chcemy to mieć. Fenomenalny przykład: zjadłam za dużo, ćwiczyłam za mało, pozwoliłam sobie na coś, czego tak naprawdę nie chciałam zjeść, więc postanawiam tego dnia nie jeść kolacji i niezależnie od tego, czy wieczorem jestem głodna, czy nie, odczuwam chęć jedzenia, a od momentu owego postanowienia nie myślę o niczym innym. Źle się czuję z myślą, że coś z góry sobie zaplanowałam, że próbuję kontrolować własne życie i najczęściej wieczorem zjadam więcej niż zjadłabym normalnie, pomijająjc już fakt, że jeśli rzeczywiście najadłam się porządnie wcześniej, pewnie nawet nie miałabym ochoty jeść już nic wieczorem, gdybym oczywiście wcześniej sobie tego nie zakazała. 

W pewnym momencie, całkiem niedawno, uświadomiłam sobie, że nic nie muszę. Zaczęłam współgrać z moim organizmem. Jeśli potrzebuje spać do 13, a ja mam taką możliwość, to śpię do 13. Inna sprawa, że powinnam kłaść się wcześniej spać, co by mój sen był bardziej efektywny i jeszcze przed kolejnym rokiem akademickim zamierzam zająć się tą kwestią.

Generalnie książka Pawlikowskiej (zapewne nie tylko ta, ale i inne z tej serii) jest ponadczasowa, prawdziwa i wszechstronna. Uważam, że sporo osób powinno ją ze zrozumieniem przeczytać i odnieść do własnego, zakłamanego życia. Wtedy może świat byłby lepszy, a życie prostsze. Osobiście już jakiś czas temu, zupełnie nieświadomie, przyznałam się przed samą sobą do prawdy, o której mowa w książce. Czułam, że w moim życiu coś nie gra, chciałam zmian i zupełnie nieświadomie wiedziałam, że rozwiązaniem problemów nie jest kolejny zwiazek, dlatego czytajac książkę nie zaprzeczałam, czego po przeciętnym czytelniku spodziewa się Pawlikowska. Z tym, że ja nigdy świadomie tego wszystkiego nie nazwałam, ani nie opisałam, nie mniej jednak to się dokonało. Wiedziałam, że czegoś mi brakuje i wiedziałam, że nie jest to coś namacalnego. To do czego dążyłam to były półśrodki. Szczupła sylwetka, studia, praca, faceci, seks. Przyznałam się przed samą sobą, że jestem słaba jak dziecko, że panuje nade mną niezrozumiały strach, a wszystko co robię ma na celu zakopać gdzieś głęboko wszystkie niewygodne emocje. Podobnie, kiedy byłam w związku. Szukałam akceptacji i bezpieczeństwa i trzymałam się tego kurczowo, pomimo bijącej po oczach prawdy, że nic mnie z tym facetem nie łączy. Bo tak było wygodniej. W wielu związkach tak jest wygodniej. Ludzie boją się prawdy, boją się samotności, odrzucenia. Boją się zmian.
Wybrałam kilka wymownych fragmentów książki dla jej zobrazowania:

  • "Zrozumiałam, że mogę być wolna i że to właśnie jest największą wartością w życiu. Mam na myśli wolność rozumianą nie jako ucieczkę od obowiązków czy lenistwo, ale wolność wyboru i świadomość podejmowania decyzji."
  • "To co jesz i pijesz, ma bezpośredni wpływ na to, w jakim stanie znajduje się twój organizm, czyli na to jak się czujesz, jaki masz nastrój, czy masz siłę i ochotę na życie."
  • "Prawdziwa miłość jest wolna od strachu, uprzedzeń i osądów. Wolna od chciwości, pożądania władzy i luksusu. Prawdziwa miłość daje światło i napełnia ludzi poczuciem szczęścia i dobra. Prawdziwa miłość akceptuje i przebacza."
  • "Wiesz czym jest miłość? Nie jest oczekiwaniem na wzajemność. Miłość jest radością. Prawdziwa miłość to takie uczucie, które daje szczęście. Nie ma w niej smutku, tęsknoty ani oczekiwania wzajemności. I tylko taka miłość może Ci dać trwałe szczęście."
(I wyszło na to, że prawdziwe "kocham" powiedziałam tylko misiowi pluszowemu - tylko wtedy nie oczekiwałam tych słów w odpowiedzi. I nie tęskniłam, wyjeżdżając.)
  • "Uważałam, że jestem silna, nic mnie nie złamie, zawsze dam sobie radę. Zawsze zdobędę to, czego pożądam, niezależnie czy jest to osoba, rzecz, czy stan. (...) Byłam przekonana o tym, że mam władzę nad moim życiem i moją przyszłością."
(To nadal mi ciężko zmienić, ale pracuję nad tym. Wiem, że nie mam żadnej władzy, a moja siła to iluzja. Coraz bardziej dociera do mnie czym jest pokora.)


Na koniec diagnoza z wczoraj: po wszelkich możliwych badaniach, wizytach u przeróżnych specjalistów i zebraniu do kupy wszystkich niepokojących objawów podejrzewają, że mam astmę. Sama nie wiem co o tym myśleć.

9 komentarzy:

  1. Jednym słowem pięknie tu u Ciebie! Cudowne Twoje zdjęcie. Mądre przemyślenia i ciekawie dobrane cytaty z książki. Ogromnie ciesze się ze zmian jakie zaszły w Twojej głowie.
    Co do Beaty Pawlikowskiej, mam jej książkę z przepisami na proste dania pt ,,Na zdrowie". Najbardziej spodobała mi się tam zupa z soczewicy. Nauczyłam się dzięki niej gotować trochę ciekawych, pożywnych rzeczy. Całkowicie zgadzam się z tym, co pisze ona na temat jedzenia. Ja też jestem zwolenniczką jedzenia przez duże "J".
    Syrop glukozowo-fruktozowy?! WIem. To całkowita prawda, co o nim napisałaś!!! Kilka razy już odkryłam, że to jedzenie, które mnie wciąga ma go właśnie w swoim składzie. Omijam go szerokim łukiem.
    Kapitalne jest to zdanie: ,,Dieta to ma być mój sposób życia na całe życie, a skoro na całe życie to wymaga czasu i powolnych zmian. ". :D Ciesze się, że mi je tu tak pięknie przypomniałaś. Mnie właśnie już nie obchodzi, czy chudnę x kilo na miesiąc i czy w ogóle chudnę. Jak odżywiam swój organizm mądrze i prowadzę zdrowy tryb życia, to on sam naturalnie dąży do dobrej dla niego wagi.
    O kasza jaglana! Uwielbiam! Szczególnie z wszelkiego rodzaju warzywami.
    Dla mnie nadal pozostaje zagadką dlaczego chleb i tłuszcze do chleba mnie wciągają. Nie chcę z nim rezygnować, a jednak czasem są powodem mojego niepohamowanego jedzenia, choć już nie w takich ilościach, jak kiedyś.
    Trzymaj się kochana! I piękniej dalej na duszy i ciele! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      Beata Pawlikowska jest autentyczna, bo nie pisze o czymś, czego sama nigdy nie doświadczyła. Jest sobą. I to ją wyróżnia.
      Prawdę powiedziawszy ja ostatnio też jakoś mniej przejmuję się wagą, najbardziej skupiam się na wyeliminowaniu wszystkich błędów żywienionwych i dążeniu do dobrego samopoczucia i prawdziwej samoakceptacji.
      Kasza jaglana tak naprawdę ma bardzo szerokie zastosowanie, bo i do dań mięsnych, warzywnych, owocowych (świetna zamiast ryżu z sosem truskawkowym, czy z jabłkiem i cynamonem), do ciast i wielu innych potraw. Ciekawe były np. naleśniki z kaszy jaglanej :)
      Co do chleba - może jesz niewłaściwy. Teraz naprawdę trzeba uważać, bo przeważnie sprzedają chemię zamiast chleba. Wiem po sobie - jeden wciąga w bagno obżarstwa, a drugi nie. Najlepszy jest razowy lub pełnoziarnisty, mniejsza już o to z jakiego ziarna, może być mieszany (i wcale nieprawda, że żyto jest lepsze od pszenicy), ale powinien być ciężki i sycący. A najpewniej upiec sobie chleb samemu. Jeśli chodzi o tłuszcze, to nie wiem. Ja jem masło w dużej ilości i mi starczy, bez ciągotek na więcej. Może zwiększ ilość masła w stosunku do kromki chleba, to chleba zjesz mniej, a masło nie zaszkodzi (masła nie przeliczam nawet na kalorie), oczywiście jeśli to główne źródło tłuszczu w Twojej diecie. W każdym razie pamiętaj, żeby nie faszerować się margarynami, czy wszelkiego rodzaju mixami tłuszczowymi, często do złudzenia podobnymi do masła. Masło to tłuszcz mleczny i koniec (min. 82% tłuszczu, reszta wody, ew. sól i naturalne barwniki jak karoten, czy annato). Polecam Ci też olej kokosowy! Ten to dopiero podbił moje serce :)

      Usuń
    2. Dziękuję za porady. Oleju kokosowego zamierzam spróbować. Co do chleba, to właśnie najdziwniejsze jest to, że wciąga mnie każdy rodzaj, a próbowałam jeść już naprawdę wiele rodzai... Na pewno najbardziej pszenny, ale ciemny żytni równie mocno. Tak samo mam z wszelkiej maści pieczywem chrupkim. Masło czy margaryna niestety nie ma dla mnie żadnej różnicy, bo też wciąga mnie każdy rodzaj tłuszczu do chleba. No mniejsza z tym, może należę do jakiś wyjątków, a może to bardziej psychiczna sprawa.

      Usuń
    3. Wciąga Cię, bo poza zdrowym pieczywem (nie chcę Cię pouczać, ale mam nadzieję, że nie dajesz się nabrać na "ciemne" barwione pieczywo - tu trzeba uważać, bo sprzedawcy nierzadko wykorzystują niewiedzę klientów lub po prostu sami nie wiedzą) i zdrowym masłem, jesz również jasne pieczywo pszenne/żytnie (bo ciemne - razowe bądź pełnoziarniste - jak już wspominałam jest ok) i margarynę! Koniecznie z tego zrezygnuj! To tak jakbyś jadła owoce, warzywa, pełnoziarniste pieczywo, chude mięso, nabiał i gdzieś pomiędzy... syrop glukozowo-fruktozowy w postaci np. batonika. Wtedy będzie Cię ciagnęło do wszystkiego, bo wprowadzasz do organizmu, poza zdrowym pożywieniem, substancje uzależniające, a im bardziej człowiek wrażliwy na niepohamowane jedzenie, tym mniejsza ich ilość taki efekt spowoduje.

      Usuń
  2. Cześć Piękna! To, o czym piszesz, jest tym co ja sama chciałabym osiągnąć- zmienić myślenie, współgrać i słuchać swojego ciała, bo to jest kluczem do sukcesu. Pozdrawiam Cię ciepło!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie jest to proste, sama wciąż jestem gdzieś pośrodku. Wiem jedno - trzeba tego naprawdę chcieć i dążyć do tego bez odpuszczania, prostą drogą. Kilka razy (o kilka razy za dużo) pozwoliłam sobie ostatnio na "normalne" jedzenie i ciężko mi teraz znów być zdeterminowaną tak na 100%. Na nowo się strofuję, żeby zdrowe jedzenie było czymś naturalnym, normalnym, bez cienia potrzeby jedzenia wszystkiego innego. Teraz niestety cień jest, chociaż robię małe kroczki do przodu... Siostra częstuje mnie imieninowym ptasim mleczkiem (oczywiście nafaszerowanym cukrem i syropem glukozowo-fruktozowym, a jakże), a ja na to "dzięki, ja nie jem takich rzeczy". Pominęłam już kwestię pouczającą: "bo jest tam syrop glukozowo- fruktozowy i inne niezdrowe substancje, którymi nie chcę się świadomie faszerować", bo rodzina się denerwuje, kiedy o tym wspominam lub czytam składy produktów, które spożywają lub mi oferują, wręcz karcą mnie, że się odzywam, bo przecież oni to wiedzą... moim zdaniem są zamknięci na prawdę, dlatego tak ich to boli. W każdym razie ja jestem z siebie dumna!
      Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy u Ciebie!

      Usuń
  3. A ja tak troche przewrotnie. Nie wierze, że książki (nawet najmądrzejsze na świecie) potrafią wyciągnąć człowieka z problemów psychicznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdzie nie napisałam, że moje problemy psychiczne się skończyły, a już tym bardziej, że wyciągnęła mnie z nich książka ;) Książka wpłynęła nieco na moje myślenie, poukładała mi pewne rzeczy w głowie, uświadomiła mnie w pewnych kwestiach. A poczynione zmiany prowadzą w dobrym kierunku. Tyle. Nadal uwielbiam jeść, nadal zdecydowanie za dużo myślę o jedzeniu, nadal zdarza mi się mieć niepohamowany apetyt (na szczęście zjadam wtedy zdrowe rzeczy), nie zawsze potrafię sobie czegoś odmówić i nadal nie do końca radzę sobie z samotnością i życiowymi porażkami.

      Usuń