czwartek, 28 sierpnia 2014

Klucz do sukcesu

Ciągle się edukuję, błądzę, eksperymentuję, na własną rękę szukam właściwych rozwiązań. Widzę całą moją drogę, szereg zmian, od nieświadomej, w kwestiach odżywiania, dziewczyny, przez bulimiczkę i maniaczkę restrykcyjnych diet aż po coraz bardziej świadomą kobietę, chcącą żyć zdrowo, a jednocześnie szczęśliwie... a do sukcesu nadal daleko. Ale jestem coraz bliższa odkrycia tajemnicy bycia szczupłą i jedzenia bez ograniczeń. I chociaż każdy "znawca" skrzętnie mnie przekonuje, że dieta to deficyt kaloryczny i "dziwne, żeby na diecie być wiecznie najedzonym", a nawet w miarę wzrostu intensywności takich przekonań sama w to wierzę, to doskonale wiem, że to nieprawda. Tak naprawdę już zmieniło się podejście wielu "znawców", bo nie proponują głodowego 1000 kcal dziennie, a w okolicach 1500 kcal, ale na dłuższą metę nie w tym rzecz, by sumować abstrakcyjne cyferki. Chyba w każdej kwestii życiowej przede wszystkim liczy się jakość. Myślicie, że 300 kcal z popularnego cheeseburgera równa się 300 kcal z dwóch bananów? Tak, tych wstrętnych, odradzanych przez dietetyków bananów. Czy jeszcze lepiej, 200 kcal z czekoladowego batona jest równoważne 200 kcal spożytym wraz z serkiem grani, będącym prawie czystym białkiem, od którego naprawdę ciężko przytyć? Każdy chyba wie, że nie. Stąd bardzo często już na śniadanie zjadam 1/3 (sugerowanego) dietetycznego dziennego zapotrzebowania kalorycznego. Bo każdy jest inny, a ja nie zamierzam być głodna. Mam świadomość, że głód (niezależnie od tego, czy ilościowy, czy jakościowy) powoduje niepohamowany apetyt, w rezultacie czego wychodzę na tym gorzej niż gdybym świadomie "wpakowała" w siebie 2500 kcal w ciągu dnia. Rzecz z tym ściśle powiązana to mięśnie. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym ile ich mam i czym je karmić, a w życiu do głowy by mi nie przyszło, że im ich więcej, tym większe (dużo większe) zapotrzebowanie kaloryczne! Zwyczajnie im bardziej intensywnie ćwiczyłam, tym więcej potrzebowałam jeść, ale nie jadłam, bo przecież jak to tak na diecie wcinać 2000 kcal? Toż to zapotrzebowanie człowieka, nie będącego na diecie. Można więc rzec, że się głodziłam, a braki nadrabiałam wieczorem, z nadwyżką. No może, poza dniami, kiedy silna wola wzięła górę i z potwornymi mdłościami i burczeniem w brzuchu, kładłam się spać, marząc o śniadaniu. W efekcie wszystkich wyniszczających diet, głodówek, bulimii i braku regularnej aktywności fizycznej, moja tkanka mięśniowa zanikała, ale co tam - mnie cieszyła niższa waga ogólna. Nieważne, że tkanki tłuszczowej było wciąż tyle samo. Czułam się szczuplejsza. Może nawet byłam szczuplejsza. Ale wystarczyło więcej zjeść, a waga rosła jak oszalała. Teraz wiem, dlaczego. Głodziłam się (czyt. nie dostarczałam odpowiedniej ilości kalorii, bo przecież dieta, deficyt, normy, zalecenia "znawców" etc.), w efekcie czego traciłam mięśnie i zyskiwałam lżejszą od nich, tkankę tłuszczową. A im mniej mięśni, tym mniejsze zapotrzebowanie kaloryczne (podobno 1 kg mięśni spala 13 kcal, natomiast 1 kg tłuszczu prawie 3 razy mniej, bo tylko 4,5 kcal) i mniej siły. Teraz postawiłam na treningi. Bez oszukiwania w stylu godzina bieżni w jednostajnym, spacerowym tempie. Skoro nie liczę kalorii, które zjadam, to dlaczego miałabym przywiązywać wagę do tych spalanych? Kiedyś tak ćwiczyłam: nie robiąc nic, co nie wyświetla ilości spalonych kalorii. Dopiero kiedy spaliłam zaplanowaną ilość cyferek, często nie zmęczywszy się przy tym zbytnio, korzystałam z jakiegoś sprzętu, wmawiając sobie, że "robię mięśnie". Po treningu i tak często nie jadłam i dupa z moich "mięśni". Obecnie zawsze, kiedy tylko jestem na siłowni, staram się zrobić min. 30 minut treningu funkcjonalnego, angażującego różne grupy mięśniowe, a na deser dorzucam kardio (zwykle 30 min truchcikiem na bieżni, rzadziej orbitrek) lub interwały na bieżni. I w zaskakująco szybkim tempie zauważyłam efekty. Może jeszcze nie w lustrze, ale w składzie ciała. Po tygodniu takich intensywnych treningów (bez zachowania diety!) przybył mi niecały 1 kg mięśni, a poziom tkanki tłuszczowej obniżył się o niecały 1% (wydaje mi się, że w pewnym sensie to mięśnie spalają tkankę tłuszczową). I co, że masa ciała była kilkadziesiąt deko wyższa? Na dobrą sprawę, skoro moje mięśnie (łącznie z zawartą w nich wodą) już teraz ważą niecałe 48 kg (sprawdziłam, na pomiarze z początku 2013 roku było ich prawie 4 kg mniej, za to tkanki tłuszczowej 2% więcej), a kości trochę ponad 2 kg, to mniej niż 60 kg ważyć nie mogę (tkankę tłuszczowę też by trzeba gdzieś upchnąć). Zamierzam kontynuować "rozbudowę mięśni", bo sugerując się dostępnymi normami, mam ich jeszcze stosunkowo mało. "A wiesz jak fajnie to będzie wyglądać jak spalisz tkankę tłuszczową?" - powiedział mój trener. Wierzę, że tak jak zawsze chciałam.

A na deser...

 Ciasto jaglane z wiśniami i płatkami migdałów

 Jaglany "jabłecznik" z bakaliami

Bananowy sernik

niedziela, 10 sierpnia 2014

Się dzieje

Długo zbierałam się, żeby coś napisać. Tysiąc myśli w głowie, wieczny brak czasu... A w gruncie rzeczy to zwykły, ludzki strach przed publiczną "obietnicą". Że dziś coś napiszę, a jutro dopadnie mnie zwątpienie. Także oświadczam wszem i wobec - nie wiem co będzie jutro, ale wiem, że zmieniam swoje życie na lepsze. Poczyniłam spore zmiany nie tylko w moim jadłospisie, ale i życiu. Dążę do prawdziwego szczęścia.


Zdjecie ze strony  www.gala.pl

Beata Pawlikowska. Kobieta, która poznała smak niemalże wszystkiego. Jakiś czas temu dostałam od znajomego jej książkę "Jestem bogiem podświadomości". Długo leżała na półce aż w końcu zaczęłam ją czytać. Dla zasady. Pamiętam jak w momencie największego zaślepienia jedzeniem, bulimii i autodestrukcji wzbraniałam się przed porównywaniem mojej sytuacji do kogoś tam, a szczególnie do osób publicznych. Mimo to ów znajomy postawił na swoim i podarował mi tę książkę. Początek był nudny, czytanie szło mi jak krew z nosa, ale postanowiłam przeczytać. Im dalej czytałam, tym bardziej zaczynałam rozumieć o co tej kobiecie chodzi. Naprawdę wciągnęłam się dopiero, gdy przeszła do "rzeczy". Najmocniejszy był syrop glukzowo - fruktozowy. Jeszcze do niedawna nie kojarzyłam tej substancji z czymś złym. Brzmi fajnie, no nie? A tak naprawdę to jedno z największych świństw dzisiejszej żywności. Trucizna. O dziwo porzuciłam wszystko co zawiera tenże jak i inne chemiczne syropy, a i ograniczyłam spożycie produktów zawierajacych cukier, a na własny użytek zakupiłam nierafinowany cukier trzcinowy i zauważyłam, że potrafię normalnie jeść! Syrop glukozowo - fruktozowy działa podobnie jak narkotyk. Zmusza Cię do kolejnej dawki, zmienia świadomość umysłu, przyczynia się do nadmiaru tkanki tłuszczowej, ale przede wszystkim uzależnia. Zastanawiam się jak to możliwe, że długi okres czasu żarłam, często z celem zwymiotowania wszystkiego zaraz po, a teraz tak nie muszę. Ok, jest lato, teoretycznie mniej obowiązków, ale ja czuję, że to nie to, bo przecież zeszłoroczne wakacje minęły mi pt. wieczna dieta, rzyganie, głodówki. Obecnie nie wyobrażam sobie ani wymusić wymiotów, ani tym bardziej wypchać się gównianym żarciem w tym celu. Nadal odczuwam ochotę na słodkie, szczególnie podczas okresu (który dzięki "wspaniałym" hormonom mam teraz co kilka dni) i nadal zdarza mi się jeść bez opamiętania, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio obżarłam się tak jak kiedyś. Generalnie bez jakiegoś większego żalu odmawiam sobie wszystkiego co jest niezdrowe i dalekie od żywności naturalnej. Powoli ograniczam też owoce na rzecz warzyw i zmieniłam tłuszcz na przepyszny olej kokosowy. Nierafinowany, nieutwardzony i tłoczony na zimno jest cholernie drogi, więc całkowicie z masła i oleju rzepakowego nie zrezygnowałam. Ciągle szukam też idealnego pieczywa (oczywiście poza tym, które samej zdarza mi się piec) - razowego lub pełnoziarnistego, najlepiej z ziarnami, bo jakoś tak podczas wakacji na nowo nauczyłam się jeść chleb na śniadanie. W miarę możliwości gotuję też obiady, bo co jak co, ale tylko po porządnym obiedzie (drób/ryba, kasza, warzywa) czuję się prawdziwie najedzona i nie muszę podjadać. Zaczęłam też eksperymentować z kaszą jaglaną. To już drugie ciasto na jej bazie - polecam.



I takie jedzenie jest już dla mnie w zasadzie normalne. Czuję, że karmię swoje ciało. Nie potrzebuje faszerować się chemią. Po wielu burzliwych wydarzeniach, walce z samą sobą i eksperymentowaniu z jedzeniem, przestawiłam się na właściwe tory, tak jak X czasu temu stało się z wodą. Początkowo się zmuszałam, ale wiedziałam, że to jest dla mnie dobre. Teraz nie wyobrażam sobie pić nic innego. Przestałam też planować posiłki, zakazywać sobie czegokolwiek i stosować rygor z tytułu "diety".


Dieta to ma być mój sposób życia na całe życie, a skoro na całe życie to wymaga czasu i powolnych zmian. 

Dopiero, kiedy coś jest zakazane, chcemy to mieć. Fenomenalny przykład: zjadłam za dużo, ćwiczyłam za mało, pozwoliłam sobie na coś, czego tak naprawdę nie chciałam zjeść, więc postanawiam tego dnia nie jeść kolacji i niezależnie od tego, czy wieczorem jestem głodna, czy nie, odczuwam chęć jedzenia, a od momentu owego postanowienia nie myślę o niczym innym. Źle się czuję z myślą, że coś z góry sobie zaplanowałam, że próbuję kontrolować własne życie i najczęściej wieczorem zjadam więcej niż zjadłabym normalnie, pomijająjc już fakt, że jeśli rzeczywiście najadłam się porządnie wcześniej, pewnie nawet nie miałabym ochoty jeść już nic wieczorem, gdybym oczywiście wcześniej sobie tego nie zakazała. 

W pewnym momencie, całkiem niedawno, uświadomiłam sobie, że nic nie muszę. Zaczęłam współgrać z moim organizmem. Jeśli potrzebuje spać do 13, a ja mam taką możliwość, to śpię do 13. Inna sprawa, że powinnam kłaść się wcześniej spać, co by mój sen był bardziej efektywny i jeszcze przed kolejnym rokiem akademickim zamierzam zająć się tą kwestią.

Generalnie książka Pawlikowskiej (zapewne nie tylko ta, ale i inne z tej serii) jest ponadczasowa, prawdziwa i wszechstronna. Uważam, że sporo osób powinno ją ze zrozumieniem przeczytać i odnieść do własnego, zakłamanego życia. Wtedy może świat byłby lepszy, a życie prostsze. Osobiście już jakiś czas temu, zupełnie nieświadomie, przyznałam się przed samą sobą do prawdy, o której mowa w książce. Czułam, że w moim życiu coś nie gra, chciałam zmian i zupełnie nieświadomie wiedziałam, że rozwiązaniem problemów nie jest kolejny zwiazek, dlatego czytajac książkę nie zaprzeczałam, czego po przeciętnym czytelniku spodziewa się Pawlikowska. Z tym, że ja nigdy świadomie tego wszystkiego nie nazwałam, ani nie opisałam, nie mniej jednak to się dokonało. Wiedziałam, że czegoś mi brakuje i wiedziałam, że nie jest to coś namacalnego. To do czego dążyłam to były półśrodki. Szczupła sylwetka, studia, praca, faceci, seks. Przyznałam się przed samą sobą, że jestem słaba jak dziecko, że panuje nade mną niezrozumiały strach, a wszystko co robię ma na celu zakopać gdzieś głęboko wszystkie niewygodne emocje. Podobnie, kiedy byłam w związku. Szukałam akceptacji i bezpieczeństwa i trzymałam się tego kurczowo, pomimo bijącej po oczach prawdy, że nic mnie z tym facetem nie łączy. Bo tak było wygodniej. W wielu związkach tak jest wygodniej. Ludzie boją się prawdy, boją się samotności, odrzucenia. Boją się zmian.
Wybrałam kilka wymownych fragmentów książki dla jej zobrazowania:

  • "Zrozumiałam, że mogę być wolna i że to właśnie jest największą wartością w życiu. Mam na myśli wolność rozumianą nie jako ucieczkę od obowiązków czy lenistwo, ale wolność wyboru i świadomość podejmowania decyzji."
  • "To co jesz i pijesz, ma bezpośredni wpływ na to, w jakim stanie znajduje się twój organizm, czyli na to jak się czujesz, jaki masz nastrój, czy masz siłę i ochotę na życie."
  • "Prawdziwa miłość jest wolna od strachu, uprzedzeń i osądów. Wolna od chciwości, pożądania władzy i luksusu. Prawdziwa miłość daje światło i napełnia ludzi poczuciem szczęścia i dobra. Prawdziwa miłość akceptuje i przebacza."
  • "Wiesz czym jest miłość? Nie jest oczekiwaniem na wzajemność. Miłość jest radością. Prawdziwa miłość to takie uczucie, które daje szczęście. Nie ma w niej smutku, tęsknoty ani oczekiwania wzajemności. I tylko taka miłość może Ci dać trwałe szczęście."
(I wyszło na to, że prawdziwe "kocham" powiedziałam tylko misiowi pluszowemu - tylko wtedy nie oczekiwałam tych słów w odpowiedzi. I nie tęskniłam, wyjeżdżając.)
  • "Uważałam, że jestem silna, nic mnie nie złamie, zawsze dam sobie radę. Zawsze zdobędę to, czego pożądam, niezależnie czy jest to osoba, rzecz, czy stan. (...) Byłam przekonana o tym, że mam władzę nad moim życiem i moją przyszłością."
(To nadal mi ciężko zmienić, ale pracuję nad tym. Wiem, że nie mam żadnej władzy, a moja siła to iluzja. Coraz bardziej dociera do mnie czym jest pokora.)


Na koniec diagnoza z wczoraj: po wszelkich możliwych badaniach, wizytach u przeróżnych specjalistów i zebraniu do kupy wszystkich niepokojących objawów podejrzewają, że mam astmę. Sama nie wiem co o tym myśleć.