czwartek, 17 lipca 2014

Jestem inna...

... i dobrze mi z tym! 
Z każdym dniem i na każdym kroku przekonuję się o swojej wyjątkowości. Niezależnie od tego co mówią czy myślą o mnie ludzie. Robię to, co w moim odczuciu jest dobre i słuszne. Nigdy nie szłam i nie będę szła za tłumem. A najdobitniej uświadamiam sobie to teraz - na wakacjach nad morzem. Ja, jedzenioholiczka i bulimiczka nie mam potrzeby żarcia. Żarcia ponad siły. Skupiania swojej obecności tutaj na wysmażonej w głębokim tłuszczu kawałku ryby obtoczonym w grubej panierce, czy ociekających bitą śmietaną gofrach.

Kołobrzeg wita
Już pierwszego dnia wszędzie było mnie pełno. Udało mi sie namówić rodziców, żeby zrobili mi kilka zdjęć. Muszę działać, bo zapomniałam ładowarki do baterii od aparatu, a co tu dużo mówić - owe baterie swoje lata już mają, w związku z czym pręciutko się rozładowują.



Zostałam też bardzo pozytywnie oceniona przez syna właścicielki domu, w którym wynajmuję pokój (na oko ma hm z 8-9 lat): "Pani wygląda jakby pracowała w jakimś biurowcu". Sądzę, że miał na myśli wielką korporację, w której 90% pracowników to single poświęceni pracy i ani myślący o zakładaniu rodziny. A mnie się ostatnio obudził instynkt macierzyński o!


czwartek, 3 lipca 2014

Estrogenowa teoria

Po moich ostatnich przejściach hormonalnych, wysnułam pewne wnioski. Tak jakbym dopiero zaczęła łączyć fakty. No ale po kolei...
Torbieli na szczęście już nie ma. Jest za to recepta na tabletki antykoncepcyjne (podobno lepsze to niż typowe hormony bez działania anty). No i ok, niech sobie będą, ale najbardziej zależy mi na tych POZYTYWNYCH skutkach ubocznych. Czyli ma nie być torbieli, a estrogeny mają wrócić do normy tak, żebym w końcu zaczęła chudnąć. No właśnie. Prawdopodobnie odkryłam powód większości moich problemów. Estrogeny. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a tu proszę wszystko pasuje: torbiele, problem z chudnięciem pomimo stosowania diety i ćwiczeń, nadmiar tkanki tłuszczowej, zwłaszcza na brzuchu (ważyłam 10 kg mniej, a tłuszcz nadal był), nieregularne miesiączki, dotkliwy PMS, mdłości niezwiązane z PMS, wysokie libido, wieczne uczucie zimna, stany depresyjne, bliżej nieokreślone złe samopoczucie, a nawet typowo kobieca budowa ciała i uwaga - zaburzenia pracy hormonów regulujących uczucie głodu i sytości! Nie tylko to wyczytałam, ale i zauważyłam na swoim własnym przykładzie. Podczas tego tygodnia, kiedy zażywałam hormony na pozbycie się torbieli, w obawie przed przytyciem, postanowiłam ściśle przestrzegać diety i dużo ćwiczyć. Tak jak ostatnio, z tym, że wtedy nie wyciągnęłam żadnych wniosków. Wiedziałam jedno - nie przytyłam po tym leku. Ale do rzeczy. Nie do końca udał mi się mój plan - jadłam normalnie, ćwiczyłam też nie więcej niż zwykle, a mimo to schudłam. No dobra, nie mogę mówić o schudnięciu w przeciągu tygodnia, w każdym razie czułam się lżej, a ubrania były zdecydowanie mniej opięte (jakbym wcześniej była opuchnięta i nagle wróciła do normy). Ale to nie wszystko! Zauważyłam, że po niewielkiej porcji jedzenia czułam się syta i absolutnie nie byłam w stanie nic więcej w siebie wpakować do następnego posiłku, co normalnie jest mi obce. W związku z tym jadłam bardziej regularnie i bez wyrzutów sumienia pozwalałam sobie na jakieś słodkości, jeśli miałam taką ochotę, bo nie powodowały one u mnie ataku żarcia. Oczywiście jak tylko przestałam brać te hormony, wszystko stopniowo wróciło do normy. Nie było regularnych posiłków, nie było znaku "stop" - mogłam jeść mimo pozornego najedzenia. Wciąż jakby tworzyło mi się nowe miejsce w żołądku, bez dna. I tak mam na co dzień, a  jeśli faktycznie przestaję jeść po normalnej porcji, to tylko dlatego, że rozum i świadomość bycia na diecie mnie strofują, jednak rzadko kiedy faktycznie więcej zjeść nie mogę i czuję prawdziwą sytość. Ok, może moja teoria jest zbyt naciągnięta, ale póki co nic innego nie przychodzi mi do głowy. Poza tym to tylko teoria.
                                                                                                                                              

Kolejnym ważnym dla mnie krokiem jest wolność od zachowań bulimicznych, a co za tym idzie wolność od jakichś spektakularnych ataków obżarstwa. Ale z racji na hormony, nawet niewielka ilość jedzenia ponad normę, powoduje widoczny wzrost wagi, którego niestety już tak szybko nie idzie się pozbyć. Mimo problemów hormonalnych, zdrowotnych i wszelkich innych, nie poddałam się. Podobno jestem silna. Uczciwie stosuję dietę (obecnie, bo wcześniej bywało różnie) i regularnie ostro ćwiczę, wylewając z siebie siódme poty na siłowni. I nie chudnę, co naprawdę demotywuję. Jeśli troszkę schudnę, to pojawia się 1 dzień odpustu i waga wraca z nawiązką i nawet po powrocie do diety dnia następnego, już nie spada.
                                                                                                                                              

Jaka dieta? Otóż kiedy pozdawałam wszystkie egzaminy i nastał wspaniały czas, kiedy mogłam się po całym semestrze (a przynajmniej czerwcu) wyspać - zaczęłam działać. Od snu zaczęłam. Kolejnym etapem była dieta oczyszczająca (nie wiem czemu, ale mam dziwne uczucie, że to przez zupkę z paczki, którą jadłam jakieś 2 tygodnie temu hahaha), a zarazem wprowadzająca do właściwej diety... bez diety. Myślę, że zdrowe zasady i umiar są najlepszą dietą. W każdym razie dzień wczorajszy i dzisiejszy przeżyłam na koktajlu truskawkowym, kilku świeżych sokach i kefirze naturalnym. Nie powiem, żebym czuła się jakoś szczególnie inaczej, ale na pewno lepiej. Bo mam plan. Bo coś robię.
                                                                                                                                              

Siłownia - wczoraj miałam trening personalny. Trafiłam na świetnego trenera. Efekt jest taki, że dziś mam takie zakwasy, że odpuściłam jakiekolwiek ćwiczenia, bo boli mnie nawet wstawanie i siadanie! W każdym razie pokazał mi jak ćwiczyć, by najefektywniej spalać tkankę tłuszczową. Na pewno zastosuję się do jego rad.
                                                                                                                                              

I co by nie było nudno, wrzucam aktualne zdjęcia. Poniekąd zwieńczające moje ostatnie zakupy. Zaszalałam, że aż wieszaków w szafie mi zabrakło. Ale tego było mi trzeba. Przepuściłam prawie całą wypłatę na ciuszki. Dotąd mi się to nie zdarzało. Dlaczego? Bo wszystkie pieniądze wydawałam na jedzenie. Tym razem poszłam na zakupy, zanim pieniądze rozeszły się na żarcie. I cieszy mnie to, bo dawno już nie byłam na takich spontanicznych zakupach.

 Celowo nie retuszowałam, żeby nie było, że ściemniam z bliznami na ramionach :p
Na szczęście w tej kwestii też do przodu :)

Może trochę nieogarnięte, ale jedyne, na którym moje nogi JAKOŚ wyglądają.