niedziela, 25 maja 2014

Jestem wariatką

No i po weselu. Po seminarium inżynierskim. I po wszelkich uczelnianych zaległościach. Na wesele oczywiście poszłam sama. Co zresztą dziwiło niezmiernie prawie wszystkich gości i każdego z osobna. Tak naprawdę dziwił się każdy, komu wspominałam o weselu i moim braku partnera. No cóż... To poniekąd moja wina, ale teraz nie ma co się nad tym rozwodzić. Bawiłam się dobrze i wcale jakoś szczególnie brak partnera mi nie przeszkadzał, co nie ukrywam, mnie samą zaskoczyło. Problemem była tylko sukienka. Co prawda "schudłam" do 69 kg, ale już na weselu nie byłam w stanie odmówić sobie normalnych porcji jedzenia, które w porównaniu z tym, czym żywiłam się na tydzień przed, wydawały się być ogromne. Do tego doszedł alkohol i napoje, które również skutecznie powiększały mi brzuch. A, że taneczna muzyka pojawiła się dopiero po wszystkich posiłkach, nie miałam możliwości spalania pomiędzy. Z drugiej jednak strony, trochę mnie ta sukienka strofowała, dzięki czemu w gruncie rzeczy nie zjadłam więcej niż inni. Kiedy nie byłam już trzeźwa, a impreza się rozkręciła, ku mojemu zaskoczeniu - parkiet był mój. I fotograf również. Aż strach pomyśleć, ile żenujących zdjęć z moim udziałem, trafi do kuzynki. Z kolei od kuzyna pana młodego, z którym nota bene bardzo dobrze się bawiłam, usłyszałam, że jestem wariatką. Niemożliwą wariatką. Zupełnie naturalną, szaloną, spontaniczną. Ha! "A w tych płaskich butach, to już w ogóle wyglądasz jak szalona siedemnastolatka". Ten facet był tak samo pozytywnie zakręcony jak ja. Dzięki niemu uświadomiłam sobie, że jednak istnieją mężczyźni, z którymi potrafię bez problemu nawiązać kontakt i znakomicie się rozumiem. I najważniejsze - przy których mogę być sobą. Znaczy się, że ze mną wszystko w porządku. Po prostu zwykle trafiam na ludzi, z którymi nie nadaję na tych samych falach i chyba bezsensem jest winić za to mój "trudny charakter", czy skomplikowaną osobowość. W gruncie rzeczy to normalne, że człowiek z jedymi ludźmi dogaduje się lepiej, a z innymi gorzej lub wcale. Pytanie, na których ludzi trafia częściej. Wracając jeszcze do wesela, większość młodych gości była sztywna, poważna i "w dobrym tonie". Ja z kolei nie dość, iż byłam bez partnera i naprawdę nie zdawałam się mieć problemu z tego powodu, piłam z "kielicha" (znając oczywiscie swój umiar), tańczyłam boso, skakałam, uśmiechałam się kiedy tylko spostrzegłam w pobliżu fotografa, nie przesiedziałam żadnej z porywających do tańca piosenek, zwoływałam innych na parkiet i nie przejmowałam się co kto o mnie pomyśli. Czułam, że żyję i że chcę żyć.



Wszystko skończyło się, gdy alkohol wyparował, a ja wróciłam do domu. Swojego pozornie poukładanego i spokojnego domu. Domu, w którym zawsze dopada mnie rzeczywistość, a szczególnie samotność. To jest chyba to miejsce, które mnie tak przygnębia i ogranicza.
Na szczęście wróciłam na siłownię. W końcu zdecydowałam się jednak na zmianę. Nie żałuję. Wiem, że zmiany potrafią być dobre, a ja potrzebuję takich zmian. Pozostaje jeszcze kwestia zaburzeń odżywiania, psychologa, który niewiele wnosi do mojego życia oraz kwestia diety. Prawdziwej, uczciwej diety.

piątek, 2 maja 2014

Po prostu

Spotkałam się wczoraj z pewnym facetem. Bardzo pozytywny, inteligentny, otwarty człowiek. Bardzo podobny do mnie. Nazwał mnie hipokrytką. A ja się z tym zgadzam, mimo iż wcześniej nigdy bym się tak nie nazwała. Zaintrygowało mnie jego podejście do życia. Jest całkiem słuszne dla ludzi, którzy chcą być wolni. W skrócie: Bądź egoistą. Pieprz schematy. Podejmuj świadome decyzje. Rób, to co chesz, niezależnie od tego co myślą inni. Nie uzależniaj się od ludzi. Żyj. Nie chcę już tych moich pieprzonych zasad, których i tak nie przestrzegam. Nie chcę się już zastanawiać, czy ktoś nie ucierpiał przez moją decyzję. Nie chcę zadowalać ludzi kosztem siebie. Nie chcę się kontrolować, ale chcę mieć kontrolę nad własnym życiem i poniekąd życiem ludzi, z którymi żyję. Nie chcę popadać w obsesje, tylko dlatego, że pozornie coś spieprzyłam. Nie chcę wpadać w autodestrukcję, kiedy nie mam planu lub przestaję działać schematycznie. Nie poszłam do pracy (dodatkowej - na 13 mam promocję i tam już będę, choć jakby się uprzeć nie muszę, bo nic nie muszę), bo... Bo nie chciałam. Nie muszę zawsze dawać z siebie 200% normy i udowadniać wszystkim na około swojej wartości. W ramach "wyzwolenia" zrobiłam sobie maseczkę, robię porządki... głównie w głowie i nie wiem co będzie dalej. Chcę przestać się przejmować i nauczyć się być przygotowaną na każdą opcję. Im więcej możliwości dopuszczę do głowy, tym mniejsza szansa na rozczarowanie. Pieprz własne schematy. Tak po prostu.
Zabrzmiało jak niedzielne kazanie. Dla mnie jest chyba czymś więcej.