piątek, 25 kwietnia 2014

Dno psychiczne

Ostatnio nie dzieje się najlepiej. Najpierw zabiegany okres przedświateczny, później same święta, no i teraz "dojadanie" poświąteczne (w gruncie rzeczy jeszcze trochę mi zajmie, bo czekolady, jajeczka, zajączki i inne upominkowe słodkości zostały mi w dużych ilościach). Bujam się między zrywami dobrego samopoczucia i bulimicznej wolności, a totalnym zamuleniem okraszonym obżarstwem. Znów powróciła obsesja ciągłego ważenia. Znów nie ma we mnie większego optymizmu. Znów nie mam planu. Przez moment zawładnęła mną nawet myśl wyzwolenia poprzez głodzenie. Dawno tego nie próbowałam aż kilka dni temu celowo nie zjadłam śniadania, zadowalając się jedynie mocną, czarną kawą. Nie wiem, dlaczego, ale wrzuciłam do torby banana i kisiel w paczce. W pracy nie byłam w stanie się skupić, wszystko robiłam 2 razy dłużej. Zjadłam i od razu poczułam się lepiej. Zresztą i tak nie wyobrażałam sobie wieczonych ćwiczeń na siłowni w takim stanie (a byłam dopiero na początku dnia). Naprawdę dziś jest dla mnie niepojęte jak kiedyś potrafiłam funkcjonować (ba, wówczas byłam naprawdę wydajna) nie jedząc 7 dni. Co mnie wtedy karmiło?
W każdym razie spróbowałam - nie wyszło (z czego z jednej strony się akurat cieszę, bo to jakby nie było krok do przodu, nie w sensie fizycznym, ale psychicznym, od którego należy zacząć). Czytam ostatnio książkę o zaburzeniach odżywiania (typowy naukowy poradnik) i zauważam tam siebie. Wpasowuję się w niemal każde słowo, niezależnie od tego o jakim zaburzeniu odżywiania czytam. Dzięki temu pewne rzeczy jestem w stanie zobaczyć jakby z boku. Może nie zmienia to niczego w sensie moich problemów i postrzegania siebie (tutaj pozostaje mi czekać na wizytę u pani psycholog), ale uświadamia owe problemy. Problemy duszy, nie ciała. Dieta dietą, nawet gdybym jakimś cudem się zaparła i raz na zawsze zmieniła swoje nawyki żywieniowe, a z pewnych produktów w ogóle zrezygnowała, odzwyczajając się od nich, problem pozostanie. Przypuszczam, że nie zniknie nawet jak osiągnę wymarzoną wagę. Zamieciony pod dywan, powróci ze zdwojona siłą w najmniej oczekiwanym momencie. Nigdy nie uda mi się uniknąć popełnienia błędu, nigdy nie zredukuję stresów do minimum, nie zawsze będę z siebie zadowolona. I jeśli nawet z czasem zaprzestałabym łagodzenia niezrozumiałego, dla mnie, bólu psychicznego jedzeniem i wymuszaniem wymiotów*, to czynnik wywołujący owo zachowanie nie zniknie, a zacznie powodować obsesyjne zachowania innego rodzaju. Nie chcę tego przerabiać, dlatego poza bliżej nieokreśloną dietą, chcę pozbyć się przyczyn własnych, chorych zachowań.

Niejednokrotnie łapię się też na tym, że pomimo znajomości schematu i pełnej świadomości skutków, ulegam, ale nie tylko dlatego, że nie starcza mi silnej woli, a dlatego, że po raz kolejny naiwnie wierzę jakoby tym razem schemat się nie powtórzył. Przykład? Wczoraj wracając do domu, wiedziałam, że zaraz po powrocie ugotuję obiad (specjalnie wszystko, co potrzebowałam kupiłam, żeby nie mieć wymówki, że zjadłam coś niezgodnie z planem lub czegoś nie zjadłam), a zaraz później usiądę do przygotowywania seminarium. Jednak zanim wstawiłam obiad, sprawdziłam wyniki egzaminu. Nie zdałam, co w gruncie rzeczy nie było jakimś specjalnym zaskoczeniem. Ale nie to było najgorsze. Momentalnie w mojej głowie pojawił się natłok myśli dot. reakcji znajomych na fakt, że to właśnie JA, jako jedna z 4 osób, nie zdałam. Co sobie pomyślą widząc, że mając najprostszy zestaw, nie zdałam? Jak będą to komentować? Jaka beznadziejna jestem. Mam świadomość, że prawdopodobnie nikogo ten fakt nie obchodzi, a nawet jeśli kogoś interesował, to z pewnością nie trudnił się szczegółową analizą tego faktu. Jednak nie byłam w stanie powstrzymać tej nagłej fali niepokoju, frustracji i pretensji. Pomimo jasnych następstw, pozwoliłam sobie zjeść cukierka "na pocieszenie" (naprawdę wierzyłam, że właśnie tak go potraktuję). Jednego, drugiego, trzeciego aż nie mogłam przestać. Słyszałam, ale nie słuchałam głosu rozsądku ("ok, zjadłaś kilka cukierków, ale teraz koniec, zjesz obiad i do końca dnia nie zawalisz już diety"), za to poszłam nerwowo zapychać się dalej, mimo ustąpienia natrętnych myśli. Jadłam szybko, nerowowo, nie czujac smaku, nie mogąc złapać tchu, jakbym robiła coś moralnie zakazanego. Jadłam jakieś ciasta, chleb, tylko nie zaplanowany obiad. I pewnie, gdyby nie ostre przeziębienie (wczoraj osiągnęłam chyba apogeum złego samopoczucia -zatoki zawalone, kaszel, katar, ból gardła, łzawienie, psikanie, ból głowy, a do kompletu niewyspanie), zwymiotowałabym, bo taką właśnie odczuwałam potrzebę (pozbyć się tych nieuzasadnionych, natrętnych myśli), a nie mogac jej zaspokoić, jadłam dalej, jakby to miało coś zmienić (owszem zmieniło, z tym, że na pewno nie na lepsze). W końcu zdrzemnęłam się chwilę, a po przebudzeniu odczułam istnego kaca moralnego, totalną pustkę w głowie, nicość. I również te emocje wyzwoliły we mnie (psychiczną) potrzebę jedzenia (nie były już tak silne jak poprzednie emocje, toteż jadłam nieco spokojniej, wybierając co zjem). W konsekwencji, kładąc się spać, znów zaczęły nękać mnie myśli samobójcze, poczucie bezsensu i bezradności.

Podsumowując, wiedziałam doskonale, że nie mogę zjeść ani jednego cukierka (naprawdę wyjątkowo rzadko zdarza się, żebym na jednym poprzestała, szczególnie w przypadku tak silnych emocji), a mimo to go zjadłam. Nadal nie potrafię radzić sobie z emocjami w inny sposób. Nie znam innych sposobów. Jestem na nie za słaba. Jestem za słaba na walkę, której nota bene i tak nigdy nie porzucę. Jestem pełna sprzeczności i nie wiem co będzie jutro. Dzisiaj zamknięta jestem w schemacie:
wzrost wagi = skuteczny demotywator = obżarstwo = wzrost wagi = złe samopoczucie.
Ciężko mi samej ten łańcuch przerwać, potrzebuję silnego bodźca.


*Już ta czynność sama w sobie wyzwala we mnie chwilowe zadowolenie. Bardzo często nie odczuwam potrzeby jedzenia lub mogłabym się powstrzymać, ale odczuwam potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego i mam tu na myśli głównie swoje problemy, stresy, obsesje, niepowodzenia, ale żeby to z "przyjemnością" zrobić, muszę najpierw dokonać "aktu" obżarstwa. Wynika z tego, że to nie do końca uzależnienie od jedzenia i dążenie do szczupłej sylwetki, spowodowały u mnie rozwój choroby, a coś więcej. Coś czego jeszcze jednoznacznie określić nie potrafię.

4 komentarze:

  1. ten łańcuch jest niestety idealny również dla mnie - wczoraj waga 77.1, dzisiaj rano 77.5 i już atak autoagresji w głowie i nienawiść do siebie i chęć zażarcia emocji - i wpierdzieliłam w szkole paczkę wafli ryżowych w czekoladzie - i jeszcze bardziej się po nich nienawidziłam - chore to wszystko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę, że u Ciebie tylko na paczce wafli ryżowych (a choćby i z czekoladą) się skończyło... Ja jak już zaczynam jeść, nie mam hamulców, dlatego paradoksalnie tak bardzo się jedzenia boję. Ale tak czy inaczej zajadanie emocji jest niewyjaśnionym zagadnieniem. Co nam w głowie musiało nie styknąć, że świadomie wg takiego mechanizmu działamy w określonych sytuacjach, które bez problemu potrafimy sprecyzować? Co wówczas robią zdrowi ludzie? I dlaczego niektórzy potrafią okazywać emocje lub rozładowywać je w inny, zdrowszy sposób? Jak będę wiedziała, to na pewno się tą wiedzą podzielę ;)

      Usuń
  2. Wczoraj po południu w domu rodzinnym wszyscy się zdrzemnęli, oprócz mnie. Tata kupił cukierki na imieniny, mini twixy snickersy itp. Pomyślałam, jeden mi nie zaszkodzi. Nie liczyłam, ale było ich kilkanaście, przestałam jak mnie brzuch zaczął boleć :/:/ Niestety, nie wiem co to umiar. Jak już zacznę coś jeść nie potrafię przestać, a potem są wyrzuty sumienia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo jeden sam w sobie nie zaszkodzi. Nie zaszkodzi osobie zdrowej. Niestety większość osób mająca problemy z wagą (a także niektóre osoby z zaburzeniami odżywiania) traktują siebie jak osoby zdrowe. Oszukujemy same siebie, chociaż doskonale wiemy, że od jednego się zaczyna. Że najgorzej poczuć zakazany smak...

      Usuń