poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni

Taki też stosunek mam do każdego przegranego dnia. Do każdego dnia z palcami w gardle, do blizn na ciele, problemów zdrowotnych, upokorzeń w pracy*, niezdanych egzaminów, opuszczonych treningów, kłótni z rodzicami i niezliczonych policzków od facetów, którym zaufałam. Never again!
* Wyobraź sobie starą, zgorzkniałą babę, która usilnie sugeruje Ci, że jesteś do niczego, bo jako towaroznawca (którym jeszcze i tak nie jesteś) nie znasz szczegółów biochemii (absolutnie nie słuchając, że nie jesteś technologiem żywności, a jedynie towaroznawcą zarządzajacym jakością żywności, gdzie podstawą jest bezpieczeństwo żywności i kontrola jakości, o czym ona oczywiście nie ma pojęcia, więc zgrabnie omija temat) i wmawia, że nie myślisz, bo na temat promowanych kremów wiesz TYLKO tyle, ile miałaś w prezentacji, którą nota bene dostałaś dzień wcześniej, będąc do 20 na uczelni i, że nie możesz nic zrobić, bo jesteś w pracy i musisz być miła. Najpierw myślałam, że szlag mnie trafi, a w domu opowiadając o tym mamie, zwyczajnie się poryczałam, po czym dodatkowo złagodziłam nagromadzone emocje jedzeniem.

No i się posypało. Ale o tym za chwilę.
Ostatnio nie miałam czasu dosłownie na nic, ze snem na czele. A przede mną ciąg dalszy takiego "szaleństwa". Uczelnia: 3 projekty, bieżące kolokwia, seminiarium inżynierskie, koło ze statistici (o Boże, ratuj mnie i ukaż tego, kto wymyślił ten program), poprawka egzaminu (również z ów statystycznego przedmiotu - zakładam, że nie ma szans bym zdała po tym jak rozglądałam się dookoła, nie mogąc wymyślić nic sensownego), kolejny egzamin, a do tego praca. Dużo pracy. Najbliższe 3 weekendy mam promocje, a od zeszłego tygodnia i teraz od jutra do piątku, a i może do końca miesiąca, pomagam przy akcji promocyjnej w biurze Agencji, dla której pacuję jako hostessa (nawiasem mówiąc poczułam się wyróżniona, że koordynatorka to właśnie mi zaproponowała taką pracę, co więcej, że jest zadowolona z zatrudnienia mnie - wiem, że ludzie są różni, ale ja zawsze staram się być najlepsza w tym co robię, nie opieprzam się i robię co do mnie należy szybko i dokładnie, nawet jeśli nikt nade mną nie stoi i tego ode mnie nie wymaga). No i rzecz święta - siłownia. Także przynajmniej do połowy maja, a i pewnie do końca (bo po drodze jeszcze wesele) będę zalatana. Ale ja to kocham. Po prostu musi się dziać. Prawdopodobnie nikt nie uwierzy, ale wczoraj nie robiąc nic konstruktywnego, za to siedząc bezczynnie przy stole z rodziną, wpieprzając bez umiaru i wysłuchując opowieści kuzynki nt. jej podróży, ślubu i wesela, a w efekcie tego drugiego i całej litanii dot. mojego braku partnera, wpadłam w bardzo depresyjny nastrój. Mimo, iż mi samej brak partnera nie przeszkadza. Po co mam iść z kimś na siłę? Po jaką cholerę mam brać niereprezentatywnego (moim zdaniem) faceta, czy idiotę, który mnie nie szanuje? Jedynym mężczyzną, któremu zaproponowałam towarzyszenie mi w tymże dniu, był adwokat, ale szczerze powątpiewałam, czy się zgodzi ze względu na 2 rzeczy. Po pierwsze nie wiem, czy nadal nie ma dziewczyny, a po drugie nie jest z Poznania. Ku mojemu zaskoczeniu odmówił z innego powodu - akurat w weekend wesela ma szkolenie. Nie wydaje mi się, żeby ściemniał, bo najprawdopodobniej do Poznania przyjedzie tydzień wcześniej i wtedy się spotkamy.
Ale do rzeczy...
Rzygałam. Przyznaję szczerze i otwarcie, że tydzień po "wspaniałej" diecie od dietetyczki, nie byłam w stanie wrócić do mojego żywienia. Zaczęłam jeść pieczywo, makaron, kasze - wszystko czego w tamtej diecie był nadmiar, do tego zaczęłam jeść słodycze, a owoce, bakalie i warzywa znów stały się tylko dodatkiem. Co więcej jadałam na noc i z wyimaginowanego stresu, czy nudy, z braku snu i nadmiaru obowiązków. Sama siebie tłumaczyłam - "przecież ćwiczę, więc niezależnie od wszystkiego, mogę" - do momentu, kiedy traciłam nad tym kontrolę. Po tamtym tygodniu myślałam, że powoli wracam na właściwą ścieżkę, ale święta, a dokładniej wczorajszy dzień, popsuł mi plany. Nie mniej jednak teraz czuję się silniejsza, chcę walczyć. Daję sobie kolejną szansę i wiem, że dam sobie ich jeszcze wiele, wierzę, że osiagnę swój cel (nota bene w końcu go sprecyzowałam - do zgubienia mam 23 kg). Staram się wyciągać wnioski na przyszłość. W porównaniu z ubiegłorocznymi świętami wielkanocnymi, w te jestem zdecydowanie dojrzalsza i bardziej produktywna (w jeden jedyny wolny dzień zrobiłam niemal wszystko, co sobie zaplanowałam - umyłam okna, ogarnęłam pokój, zrobiłam 3, nie byle jakie, ciasta i upiekłam 2 chleby, których to wypieków zdjęcia zamieszczam poniżej, podczas, gdy rok temu wstałam w południe i miałam problem, by wyrobić się z samym pieczeniem). Co ważne, dokładnie w ubiegłoroczne święta, pierwszy raz rzygałam, a właściwie próbowałam. Wcześniej pewnie zdarzały się próby, ale tamte święta pamiętam bardzo wyraźnie, jakby to było wczoraj. Już z rana poczułam nieodpartą chęć zjedzenia wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem ciast i słodyczy (teraz tego nie miałam - w sumie wszystkie ciasta spróbowałam dopiero "oficjalnie", czyli jak już znalazły się na świątecznym stole, w gruncie rzeczy pierwszy raz nie wiedziałam jak smakuje to, co podaję gościom). Ukrywajac się przed rodziną (bo głupio tak od rana rzucać się na słodkie), coś tam podjadłam, ale wciaż czułam niedosyt i wstręt do siebie za to co robię. Nie poszłam do kościoła z rodziną (mimo, iż w zeszłym roku przed świętami, byłam u spowiedzi), wykręcając się złym samopoczuciem. Gdy zostałam sama, wpakowałam w siebie wszystko co znalazło się w zasięgu wzroku, jednak próbując wymusić wymioty, zaczęło boleć mnie gardło tak, jakbym miała coś w przełyku, ale co dziwne jedynie jedząc, tego nie czułam (możliwe, że to "coś" było tylko psychicznym wymysłem, wykreowanym zdenerwowaniem całą sytuacją), więc legalnie całe święta żarłam, spędzając je głównie w samotności i obwiniając wszystkich wokoło za swoje zachowanie (wczoraj też powoli wchodziłam w ten stan, ale ostatecznie wiem, że wszystko co się działo było moją winą - patrząc obiektywnie nikt we mnie żarcia nie wciskał, nikt nie kazał mi bezproduktywnie siedzieć na dupie, nikt też mnie jakoś specjalnie i celowo nie atakował). Dolina totalna w trakcie i jeszcze długo po świetach, a dziś? Wstałam pełna energii, a jak tylko napiszę tego posta, idę biegać, bo autentycznie brakuje mi aktywności fizycznej. Chyba się uzależniłam :)
No. To koniec tego gadania!

Lekka pianka z jabłkami i herbatnikami

Kokosowy sernik na czekoladowym spodzie

Rafaello

Razowy chleb pszenno-żytni ze śliwką

Pełnoziarnisty chleb pszenny za amarantusem i słonecznikiem

Postanowiłam też wrzucić kilka swoich zdjęć. Najgrubszych i najchudszych, co by było widać różnicę. I wcale nie chcę, by ktoś wypowiadał się na temat tych drugich, podnosząc mojego ego. Nie chcę słyszeć, że jestem atrakcyjna, piękna, kobieca, seksowna etc. Nie chcę, bo sama tak nie uważam. Ale nie chcę też, by ktoś pisał, że jestem gruba, tłusta, czy brzydka (chyba, że w kontekście zdjęć "przed", bo to było i mam nadzieję, że już nigdy nie wróci), mimo iż tak właśnie o sobie myślę obecnie. Tak naprawdę nie wiem czego chcę i do takiej refleksji ostatnio doszłam. Zaglądajac głębiej, jestem zagubiona, samotna i nieszczęśliwa. Zauważyłam, że wszystko co robię, mówię, a nawet czuję ma miejsce, dlatego, że "muszę". Moje wewnętrze "ja" każe mi być idealną w każdej dziedzinie życia, chcąc mnie jednocześnie wykończyć, moje wewnętrze "ja" każe mi się uśmiechać przez łzy i zbytnio nie zawadzać ludziom, to właśnie moje pieprzone, wewnętrzne "ja" zalewa mnie wyrzutami sumienia, kiedy czegoś nie zrobię lub kogoś zawiodę. Zastanawiam się, czy kiedyś owo "muszę" zmieni się w "chcę", a ja zacznę doceniać to co mam, niezależnie od tego co mają lub, czego nie mają inni.

A oto moje nagrubsze (a dodatkowo niekiedy nazbyt opalone - przeginałam kiedyś z solarium) zdjęcia...

















I  najbardziej hardcorowe, którego chyba nikomu nie pokazywałam. Nawet na komputerze nie mam zapisanego. Wtedy prawdopodobnie ważyłam najwięcej w życiu (przytyłam ze stanu powyżej do TEGO CZEGOŚ poniżej przez antykoncepcję, kiedy przestałam ją stosować, wróciłam do "normy"), jednak nie wiem, ile ważyłam, bo nie miałam wagi.


Zaznaczam, że dodałam te najmniej kompromitujace zdjęcia. Mam też sporo zdjęć z powyższych "sesji", na których wyglądam jak jeszcze bardziej tocząca się kula (opuchnięta twarz,bo jak już nie miało w co pójść to i w twarz wlazło, zwały tłuszczu na brzuchu, słoniowe, bezkształtne nogi i zawsze szczuplutkie kostki - nie chcę uświadamiać sobie jak musiało to wyglądać kiedyś, skoro nawet teraz te kostki są wyraźnie nieproporcjonalne, chyba jeszcze nie czas, by zderzać się z rzeczywistością).

... i te "najchudzsze".








A dla ciekawskich jeszcze zdjęcia aktualne (z wczoraj):


14 komentarzy:

  1. przeszłaś długą drogę. ale zakazałaś komentować ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I prawidłowo! Jedyne co legalnie możesz pisać to "naprawdę byłaś patologicznie gruba" ;) Jak teraz tak patrzę na te zdjęcia (szczególnie te z okresów otyłości, a tam jest przekrój kilku lat, wyszukałam naprawdę stare fotki) to widzę, że jednak coś zrobiłam, czegoś dokonałam. Zmieniłam się nie tylko fizycznie, ale i mentalnie. Oczywiście mam świadomość, że nadal nie jestem szczupła, ale chyba mylnie zatrzymałam się w swojej świadomości na 80 kg jako wadze najwyższej, bo niemożliwe, żebym teraz ważąc jakieś 8-10 kg mniej (pomijając kwestię, że obecnie z pewnością jestem bardziej "umięśniona") wyglądała tak skrajanie inaczej. Potrzebowałam takiego zestawienia w jednym miejscu :)

      Usuń
  2. to się nie dziwię, że jesteś hostessą - ładna dziewczyna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, dobra, ale przyznaj szczerze - widziałaś kiedyś grubszą (lub chociaż mojej postury) hostessę? Bo ja nie. Żebym jeszcze była wyższa... No, ale nie ma co narzekać. Po odświeżeniu swojej pamięci tymi grubymi zdjęciami, zaczęłam się sobie nawet podobać :) Jednak zdjęcia prawdę Ci powiedzą - wówczas wiedziałam, że jestem gruba, ale nie, że aż tak. Dopiero z perspektywy czasu widzę, że teraz, niezależnie od wahań wagi i wielkości brzucha, wyglądam jak człowiek i że naprawdę można wyglądać gorzej, że ja wyglądałam gorzej... Czyli, że mam o co walczyć TERAZ, bo o 360 st. się jeszcze nie cofnęłam :)

      Usuń
  3. W końcu napisałaś! Już się zastanawiałam, dlaczego tak dawno Cię nie było. Skoro nie chcesz komentarzy do zdjęć - to się powstrzymam, choć z trudem :D
    Chcę jednak zwrócić uwagę na coś innego. Piszesz: ,,Moje wewnętrzne ,,ja" każe mi być idealną w każdej dziedzinie życia". Mam podobnie. Też należę do osób bardzo od siebie wymagających i czasami aż pedantycznie dokładnych względem niektórych rzeczy. Myślę, że perfekcjonizm to wspólna cecha oraz jedna z przyczyn większości ludzi cierpiących na zaburzenia odżywiania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbierałam się już od dawna, żeby napisać, ale taki długi post i wyszukanie zdjęć trochę mi zajęło. W międzyczasie nieraz zaliczałam wzloty i upadki, raz chciałam pisać, że u mnie super, a raz, że dolina - stąd taki neutralny post. Niedługo wszystko u mnie powinno się uspokoić i wtedy będę częściej :)
      Co do komentarzy - nikomu nic nie zabraniam :) Wiem, że się bardzo zmieniłam (ale uwierzyłam dopiero dzięki tym zdjęciom, serio!), nie mniej jednak nie zmienia to faktu, że nadal jestem (i już zawsze będę) gruba i tej wizji chyba żaden komentarz z mojej głowy nie wypleni...
      Jeśli chodzi o perfekcjonizm też to zauważyłam - to zdecydowanie nasza wspólna cecha. Powiedziałabym więcej - perefekcjonizm i uzależnienie jako takie są ze soba ściśle powiązane. Jeden ma skłonności do obżarstwa, inny do pijaństwa, a jeszcze inny do leków, czy narkotyków jako tego pozornego "wyzwalacza" z sideł własnego "ja", jako swego rodzaju sprzeciw. Wewnętrzny kat działa na tej samej zasadzie co wymagajacy rodzice, którzy przenoszą swoje niespełnione ambicje na dzieci, tyle, że katu jesteśmy posłuszne, bo pochodzi od nas, a rodzicom każdy się pewnie w pewnym momencie sprzeciwił.

      Usuń
  4. Mi ostatnio spadla delikatnie motywacja i pomyslalam, ze tez moglabym zrobic podobne zestawienie :)
    Tym razem powstrzymam sie i nie napisze, tego, czego nie chcesz uslyszec, ale i tak wiesz, co normalnie bym napisala ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrób sobie, zrób - to świetny motywator! Mi w zasadzie motywacja cały czas spada, a mając w głowie te zdjęcia już od wczoraj nie raz postawiłam się pokusie, szczególnie tej słodyczowej. Kuszona jestem zewsząd, bo nie tylko ciasto ze świąt jeszcze zostało, ale i kilka czekolad, czekoladowych zajączków i jajeczek mam w zasięgu ręki (chociażbym ważyła 200 kg moja rodzina nie przestanie mi kupować słodkich upominków, a wszyscy doskonale wiedzą, że cieszyłabym się bardziej z paczuszki bakalii, chipsów bananowych, batonika zbożowego, czy choćby kawy, bo za każdym raziem kiedy dostaję czekoladę poruszam ten temat - w tym roku już się poddałam, nie komentując). Także polecam konfrontację zdjęć, a odechce Ci się chwili przyjemności w ustach, mając świadomość do czego to może zaprowadzić :)

      Usuń
  5. O matko, widzę, że masz równy burdel w głowie co ja :D W sensie wiele frustracji, niewypowiedzianego żalu, złości, smutku i nie wiem...wszystkich emocji świata :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak. I brak czasu na gruntowne porządki... a może to strach przed zmianami?

      Usuń
  6. Na tym cholernym necie w pracy nie włączają mi się Twoje zdjęcia:P będę musiała poczekać do wieczora!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko uważaj, żeby oczy ze zdziwienia Ci na wierz nie wyszły jak zobaczysz jakim obleśnym tłuściochem byłam! To teraz względnie jestem zwyczajnym grubasem z perspektywami na normalność... o ile przestanę żreć ;/

      Usuń
    2. Ale cyce to Ty miałaś i masz jak donice!

      Usuń
    3. A weź mi w ogóle nic nie mów... Mimo, iż względnie wcale duże nie są (ostatnimi czasy brzuch mam bardziej wystający), od zawsze uważam, że są za duże i mogłyby schudnąć, a jak słyszę słynny tekst "byle poszło w cycki" to jeść mi się odechciewa. Ale kiedyś to była masakra - sam tłuszcz w nich siedział :p

      Usuń