sobota, 26 kwietnia 2014

Chyba ostatnio za dużo myślę

Nie, nie wkurza mnie to, że jestem gruba, bo w kwestii własnej fizyczności i atrakcyjności potrafię przyznać, że nie jest tak źle (naprawdę powiedziałam to głośno, otwarcie i całkiem serio?), czego twardym dowodem są, ostatnio załączone, zdjęcia, opinia innych ludzi i charakter mojej pracy - nie powinnam w ogóle z tym polemizować. Ale za to niezwykle martwi mnie, że nie potrafię przestać się obżerać, obsesyjnie myśleć o jedzeniu, wadze i sposobach jej obniżania oraz raz na zawsze przestać rzygać. To mnie dręczy. Zabija od środka. Dlaczego tak jest? (zauważyłam, że ostatnio bardzo często zadaję sobie pytanie "dlaczego" jakby szukając odpowiedzi na to, co dotąd bez wyjaśnienia akceptowałam).

Nie potrafię nie skupiać swojej uwagi na każdym kęsie jedzenia wkładanym do ust.

Nie potrafię nie planować posiłków z często sporym wyprzedzeniem.

Nie potrafię nie myśleć o jedzeniu.

Nie potrafię normalnie jeść.

Nie odczuwam sytości, a nawet jeśli chwilowo odczuwam, to nie potrafię przestać jeść w naturalny sposób, czyli dlatego, że więcej zjeść nie dam rady - muszę się do tego zmusić, mając świadomość narastajacych konsekwencji cielesnych.

Nie potrafię racjonalnie dobierać ilości pokarmów.

Nie traktuję jedzenia jako środek niezbędny do życia. Nie jem, żeby żyć. Żyję, żeby jeść. Nic poza jedzeniem nie nadaje mojemu życiu sensu. Nic poza jedzeniem nie ma dla mnie znaczenia, nic mnie nie obchodzi, na niczym mi nie zależy. Żadne osiągnięcia, praca, studia, pasje, rodzina. W pewnym sensie wszystkie z tych rzeczy trzymają mnie przy życiu, ale bez jedzenia odczuwam bezsens życia, mimo obecności wszystkich wymienionych elementów.

Nie potrafię dostrzegać nic poza pieprzonym żarciem!

Nie potrafię się od tego wszystkiego odciąć. Z dnia na dzień coraz dosadniej czuję jak się w tym zatracam, w wyniku czego coraz bardziej zawalam swoje obowiązki. Nawet, gdy się uczę, pracuję, czy śpię prześladują mnie obsesyjne myśli o jedzeniu. Wszystko potrafi mi się skojarzyć z jedzeniem.
Ja naprawdę nie chcę tak żyć...


!! Z ostatniej chwili: nawet wpisując w google hasło "obsesyjne myślenie o jedzeniu" wyskakuje jedno z moich grubych zdjęć z niedawnego posta.

Zdjęcie ze strony http://fishki.pl/

piątek, 25 kwietnia 2014

Dno psychiczne

Ostatnio nie dzieje się najlepiej. Najpierw zabiegany okres przedświateczny, później same święta, no i teraz "dojadanie" poświąteczne (w gruncie rzeczy jeszcze trochę mi zajmie, bo czekolady, jajeczka, zajączki i inne upominkowe słodkości zostały mi w dużych ilościach). Bujam się między zrywami dobrego samopoczucia i bulimicznej wolności, a totalnym zamuleniem okraszonym obżarstwem. Znów powróciła obsesja ciągłego ważenia. Znów nie ma we mnie większego optymizmu. Znów nie mam planu. Przez moment zawładnęła mną nawet myśl wyzwolenia poprzez głodzenie. Dawno tego nie próbowałam aż kilka dni temu celowo nie zjadłam śniadania, zadowalając się jedynie mocną, czarną kawą. Nie wiem, dlaczego, ale wrzuciłam do torby banana i kisiel w paczce. W pracy nie byłam w stanie się skupić, wszystko robiłam 2 razy dłużej. Zjadłam i od razu poczułam się lepiej. Zresztą i tak nie wyobrażałam sobie wieczonych ćwiczeń na siłowni w takim stanie (a byłam dopiero na początku dnia). Naprawdę dziś jest dla mnie niepojęte jak kiedyś potrafiłam funkcjonować (ba, wówczas byłam naprawdę wydajna) nie jedząc 7 dni. Co mnie wtedy karmiło?
W każdym razie spróbowałam - nie wyszło (z czego z jednej strony się akurat cieszę, bo to jakby nie było krok do przodu, nie w sensie fizycznym, ale psychicznym, od którego należy zacząć). Czytam ostatnio książkę o zaburzeniach odżywiania (typowy naukowy poradnik) i zauważam tam siebie. Wpasowuję się w niemal każde słowo, niezależnie od tego o jakim zaburzeniu odżywiania czytam. Dzięki temu pewne rzeczy jestem w stanie zobaczyć jakby z boku. Może nie zmienia to niczego w sensie moich problemów i postrzegania siebie (tutaj pozostaje mi czekać na wizytę u pani psycholog), ale uświadamia owe problemy. Problemy duszy, nie ciała. Dieta dietą, nawet gdybym jakimś cudem się zaparła i raz na zawsze zmieniła swoje nawyki żywieniowe, a z pewnych produktów w ogóle zrezygnowała, odzwyczajając się od nich, problem pozostanie. Przypuszczam, że nie zniknie nawet jak osiągnę wymarzoną wagę. Zamieciony pod dywan, powróci ze zdwojona siłą w najmniej oczekiwanym momencie. Nigdy nie uda mi się uniknąć popełnienia błędu, nigdy nie zredukuję stresów do minimum, nie zawsze będę z siebie zadowolona. I jeśli nawet z czasem zaprzestałabym łagodzenia niezrozumiałego, dla mnie, bólu psychicznego jedzeniem i wymuszaniem wymiotów*, to czynnik wywołujący owo zachowanie nie zniknie, a zacznie powodować obsesyjne zachowania innego rodzaju. Nie chcę tego przerabiać, dlatego poza bliżej nieokreśloną dietą, chcę pozbyć się przyczyn własnych, chorych zachowań.

Niejednokrotnie łapię się też na tym, że pomimo znajomości schematu i pełnej świadomości skutków, ulegam, ale nie tylko dlatego, że nie starcza mi silnej woli, a dlatego, że po raz kolejny naiwnie wierzę jakoby tym razem schemat się nie powtórzył. Przykład? Wczoraj wracając do domu, wiedziałam, że zaraz po powrocie ugotuję obiad (specjalnie wszystko, co potrzebowałam kupiłam, żeby nie mieć wymówki, że zjadłam coś niezgodnie z planem lub czegoś nie zjadłam), a zaraz później usiądę do przygotowywania seminarium. Jednak zanim wstawiłam obiad, sprawdziłam wyniki egzaminu. Nie zdałam, co w gruncie rzeczy nie było jakimś specjalnym zaskoczeniem. Ale nie to było najgorsze. Momentalnie w mojej głowie pojawił się natłok myśli dot. reakcji znajomych na fakt, że to właśnie JA, jako jedna z 4 osób, nie zdałam. Co sobie pomyślą widząc, że mając najprostszy zestaw, nie zdałam? Jak będą to komentować? Jaka beznadziejna jestem. Mam świadomość, że prawdopodobnie nikogo ten fakt nie obchodzi, a nawet jeśli kogoś interesował, to z pewnością nie trudnił się szczegółową analizą tego faktu. Jednak nie byłam w stanie powstrzymać tej nagłej fali niepokoju, frustracji i pretensji. Pomimo jasnych następstw, pozwoliłam sobie zjeść cukierka "na pocieszenie" (naprawdę wierzyłam, że właśnie tak go potraktuję). Jednego, drugiego, trzeciego aż nie mogłam przestać. Słyszałam, ale nie słuchałam głosu rozsądku ("ok, zjadłaś kilka cukierków, ale teraz koniec, zjesz obiad i do końca dnia nie zawalisz już diety"), za to poszłam nerwowo zapychać się dalej, mimo ustąpienia natrętnych myśli. Jadłam szybko, nerowowo, nie czujac smaku, nie mogąc złapać tchu, jakbym robiła coś moralnie zakazanego. Jadłam jakieś ciasta, chleb, tylko nie zaplanowany obiad. I pewnie, gdyby nie ostre przeziębienie (wczoraj osiągnęłam chyba apogeum złego samopoczucia -zatoki zawalone, kaszel, katar, ból gardła, łzawienie, psikanie, ból głowy, a do kompletu niewyspanie), zwymiotowałabym, bo taką właśnie odczuwałam potrzebę (pozbyć się tych nieuzasadnionych, natrętnych myśli), a nie mogac jej zaspokoić, jadłam dalej, jakby to miało coś zmienić (owszem zmieniło, z tym, że na pewno nie na lepsze). W końcu zdrzemnęłam się chwilę, a po przebudzeniu odczułam istnego kaca moralnego, totalną pustkę w głowie, nicość. I również te emocje wyzwoliły we mnie (psychiczną) potrzebę jedzenia (nie były już tak silne jak poprzednie emocje, toteż jadłam nieco spokojniej, wybierając co zjem). W konsekwencji, kładąc się spać, znów zaczęły nękać mnie myśli samobójcze, poczucie bezsensu i bezradności.

Podsumowując, wiedziałam doskonale, że nie mogę zjeść ani jednego cukierka (naprawdę wyjątkowo rzadko zdarza się, żebym na jednym poprzestała, szczególnie w przypadku tak silnych emocji), a mimo to go zjadłam. Nadal nie potrafię radzić sobie z emocjami w inny sposób. Nie znam innych sposobów. Jestem na nie za słaba. Jestem za słaba na walkę, której nota bene i tak nigdy nie porzucę. Jestem pełna sprzeczności i nie wiem co będzie jutro. Dzisiaj zamknięta jestem w schemacie:
wzrost wagi = skuteczny demotywator = obżarstwo = wzrost wagi = złe samopoczucie.
Ciężko mi samej ten łańcuch przerwać, potrzebuję silnego bodźca.


*Już ta czynność sama w sobie wyzwala we mnie chwilowe zadowolenie. Bardzo często nie odczuwam potrzeby jedzenia lub mogłabym się powstrzymać, ale odczuwam potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego i mam tu na myśli głównie swoje problemy, stresy, obsesje, niepowodzenia, ale żeby to z "przyjemnością" zrobić, muszę najpierw dokonać "aktu" obżarstwa. Wynika z tego, że to nie do końca uzależnienie od jedzenia i dążenie do szczupłej sylwetki, spowodowały u mnie rozwój choroby, a coś więcej. Coś czego jeszcze jednoznacznie określić nie potrafię.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni

Taki też stosunek mam do każdego przegranego dnia. Do każdego dnia z palcami w gardle, do blizn na ciele, problemów zdrowotnych, upokorzeń w pracy*, niezdanych egzaminów, opuszczonych treningów, kłótni z rodzicami i niezliczonych policzków od facetów, którym zaufałam. Never again!
* Wyobraź sobie starą, zgorzkniałą babę, która usilnie sugeruje Ci, że jesteś do niczego, bo jako towaroznawca (którym jeszcze i tak nie jesteś) nie znasz szczegółów biochemii (absolutnie nie słuchając, że nie jesteś technologiem żywności, a jedynie towaroznawcą zarządzajacym jakością żywności, gdzie podstawą jest bezpieczeństwo żywności i kontrola jakości, o czym ona oczywiście nie ma pojęcia, więc zgrabnie omija temat) i wmawia, że nie myślisz, bo na temat promowanych kremów wiesz TYLKO tyle, ile miałaś w prezentacji, którą nota bene dostałaś dzień wcześniej, będąc do 20 na uczelni i, że nie możesz nic zrobić, bo jesteś w pracy i musisz być miła. Najpierw myślałam, że szlag mnie trafi, a w domu opowiadając o tym mamie, zwyczajnie się poryczałam, po czym dodatkowo złagodziłam nagromadzone emocje jedzeniem.

No i się posypało. Ale o tym za chwilę.
Ostatnio nie miałam czasu dosłownie na nic, ze snem na czele. A przede mną ciąg dalszy takiego "szaleństwa". Uczelnia: 3 projekty, bieżące kolokwia, seminiarium inżynierskie, koło ze statistici (o Boże, ratuj mnie i ukaż tego, kto wymyślił ten program), poprawka egzaminu (również z ów statystycznego przedmiotu - zakładam, że nie ma szans bym zdała po tym jak rozglądałam się dookoła, nie mogąc wymyślić nic sensownego), kolejny egzamin, a do tego praca. Dużo pracy. Najbliższe 3 weekendy mam promocje, a od zeszłego tygodnia i teraz od jutra do piątku, a i może do końca miesiąca, pomagam przy akcji promocyjnej w biurze Agencji, dla której pacuję jako hostessa (nawiasem mówiąc poczułam się wyróżniona, że koordynatorka to właśnie mi zaproponowała taką pracę, co więcej, że jest zadowolona z zatrudnienia mnie - wiem, że ludzie są różni, ale ja zawsze staram się być najlepsza w tym co robię, nie opieprzam się i robię co do mnie należy szybko i dokładnie, nawet jeśli nikt nade mną nie stoi i tego ode mnie nie wymaga). No i rzecz święta - siłownia. Także przynajmniej do połowy maja, a i pewnie do końca (bo po drodze jeszcze wesele) będę zalatana. Ale ja to kocham. Po prostu musi się dziać. Prawdopodobnie nikt nie uwierzy, ale wczoraj nie robiąc nic konstruktywnego, za to siedząc bezczynnie przy stole z rodziną, wpieprzając bez umiaru i wysłuchując opowieści kuzynki nt. jej podróży, ślubu i wesela, a w efekcie tego drugiego i całej litanii dot. mojego braku partnera, wpadłam w bardzo depresyjny nastrój. Mimo, iż mi samej brak partnera nie przeszkadza. Po co mam iść z kimś na siłę? Po jaką cholerę mam brać niereprezentatywnego (moim zdaniem) faceta, czy idiotę, który mnie nie szanuje? Jedynym mężczyzną, któremu zaproponowałam towarzyszenie mi w tymże dniu, był adwokat, ale szczerze powątpiewałam, czy się zgodzi ze względu na 2 rzeczy. Po pierwsze nie wiem, czy nadal nie ma dziewczyny, a po drugie nie jest z Poznania. Ku mojemu zaskoczeniu odmówił z innego powodu - akurat w weekend wesela ma szkolenie. Nie wydaje mi się, żeby ściemniał, bo najprawdopodobniej do Poznania przyjedzie tydzień wcześniej i wtedy się spotkamy.
Ale do rzeczy...
Rzygałam. Przyznaję szczerze i otwarcie, że tydzień po "wspaniałej" diecie od dietetyczki, nie byłam w stanie wrócić do mojego żywienia. Zaczęłam jeść pieczywo, makaron, kasze - wszystko czego w tamtej diecie był nadmiar, do tego zaczęłam jeść słodycze, a owoce, bakalie i warzywa znów stały się tylko dodatkiem. Co więcej jadałam na noc i z wyimaginowanego stresu, czy nudy, z braku snu i nadmiaru obowiązków. Sama siebie tłumaczyłam - "przecież ćwiczę, więc niezależnie od wszystkiego, mogę" - do momentu, kiedy traciłam nad tym kontrolę. Po tamtym tygodniu myślałam, że powoli wracam na właściwą ścieżkę, ale święta, a dokładniej wczorajszy dzień, popsuł mi plany. Nie mniej jednak teraz czuję się silniejsza, chcę walczyć. Daję sobie kolejną szansę i wiem, że dam sobie ich jeszcze wiele, wierzę, że osiagnę swój cel (nota bene w końcu go sprecyzowałam - do zgubienia mam 23 kg). Staram się wyciągać wnioski na przyszłość. W porównaniu z ubiegłorocznymi świętami wielkanocnymi, w te jestem zdecydowanie dojrzalsza i bardziej produktywna (w jeden jedyny wolny dzień zrobiłam niemal wszystko, co sobie zaplanowałam - umyłam okna, ogarnęłam pokój, zrobiłam 3, nie byle jakie, ciasta i upiekłam 2 chleby, których to wypieków zdjęcia zamieszczam poniżej, podczas, gdy rok temu wstałam w południe i miałam problem, by wyrobić się z samym pieczeniem). Co ważne, dokładnie w ubiegłoroczne święta, pierwszy raz rzygałam, a właściwie próbowałam. Wcześniej pewnie zdarzały się próby, ale tamte święta pamiętam bardzo wyraźnie, jakby to było wczoraj. Już z rana poczułam nieodpartą chęć zjedzenia wszystkiego, ze szczególnym uwzględnieniem ciast i słodyczy (teraz tego nie miałam - w sumie wszystkie ciasta spróbowałam dopiero "oficjalnie", czyli jak już znalazły się na świątecznym stole, w gruncie rzeczy pierwszy raz nie wiedziałam jak smakuje to, co podaję gościom). Ukrywajac się przed rodziną (bo głupio tak od rana rzucać się na słodkie), coś tam podjadłam, ale wciaż czułam niedosyt i wstręt do siebie za to co robię. Nie poszłam do kościoła z rodziną (mimo, iż w zeszłym roku przed świętami, byłam u spowiedzi), wykręcając się złym samopoczuciem. Gdy zostałam sama, wpakowałam w siebie wszystko co znalazło się w zasięgu wzroku, jednak próbując wymusić wymioty, zaczęło boleć mnie gardło tak, jakbym miała coś w przełyku, ale co dziwne jedynie jedząc, tego nie czułam (możliwe, że to "coś" było tylko psychicznym wymysłem, wykreowanym zdenerwowaniem całą sytuacją), więc legalnie całe święta żarłam, spędzając je głównie w samotności i obwiniając wszystkich wokoło za swoje zachowanie (wczoraj też powoli wchodziłam w ten stan, ale ostatecznie wiem, że wszystko co się działo było moją winą - patrząc obiektywnie nikt we mnie żarcia nie wciskał, nikt nie kazał mi bezproduktywnie siedzieć na dupie, nikt też mnie jakoś specjalnie i celowo nie atakował). Dolina totalna w trakcie i jeszcze długo po świetach, a dziś? Wstałam pełna energii, a jak tylko napiszę tego posta, idę biegać, bo autentycznie brakuje mi aktywności fizycznej. Chyba się uzależniłam :)
No. To koniec tego gadania!

Lekka pianka z jabłkami i herbatnikami

Kokosowy sernik na czekoladowym spodzie

Rafaello

Razowy chleb pszenno-żytni ze śliwką

Pełnoziarnisty chleb pszenny za amarantusem i słonecznikiem

Postanowiłam też wrzucić kilka swoich zdjęć. Najgrubszych i najchudszych, co by było widać różnicę. I wcale nie chcę, by ktoś wypowiadał się na temat tych drugich, podnosząc mojego ego. Nie chcę słyszeć, że jestem atrakcyjna, piękna, kobieca, seksowna etc. Nie chcę, bo sama tak nie uważam. Ale nie chcę też, by ktoś pisał, że jestem gruba, tłusta, czy brzydka (chyba, że w kontekście zdjęć "przed", bo to było i mam nadzieję, że już nigdy nie wróci), mimo iż tak właśnie o sobie myślę obecnie. Tak naprawdę nie wiem czego chcę i do takiej refleksji ostatnio doszłam. Zaglądajac głębiej, jestem zagubiona, samotna i nieszczęśliwa. Zauważyłam, że wszystko co robię, mówię, a nawet czuję ma miejsce, dlatego, że "muszę". Moje wewnętrze "ja" każe mi być idealną w każdej dziedzinie życia, chcąc mnie jednocześnie wykończyć, moje wewnętrze "ja" każe mi się uśmiechać przez łzy i zbytnio nie zawadzać ludziom, to właśnie moje pieprzone, wewnętrzne "ja" zalewa mnie wyrzutami sumienia, kiedy czegoś nie zrobię lub kogoś zawiodę. Zastanawiam się, czy kiedyś owo "muszę" zmieni się w "chcę", a ja zacznę doceniać to co mam, niezależnie od tego co mają lub, czego nie mają inni.

A oto moje nagrubsze (a dodatkowo niekiedy nazbyt opalone - przeginałam kiedyś z solarium) zdjęcia...

















I  najbardziej hardcorowe, którego chyba nikomu nie pokazywałam. Nawet na komputerze nie mam zapisanego. Wtedy prawdopodobnie ważyłam najwięcej w życiu (przytyłam ze stanu powyżej do TEGO CZEGOŚ poniżej przez antykoncepcję, kiedy przestałam ją stosować, wróciłam do "normy"), jednak nie wiem, ile ważyłam, bo nie miałam wagi.


Zaznaczam, że dodałam te najmniej kompromitujace zdjęcia. Mam też sporo zdjęć z powyższych "sesji", na których wyglądam jak jeszcze bardziej tocząca się kula (opuchnięta twarz,bo jak już nie miało w co pójść to i w twarz wlazło, zwały tłuszczu na brzuchu, słoniowe, bezkształtne nogi i zawsze szczuplutkie kostki - nie chcę uświadamiać sobie jak musiało to wyglądać kiedyś, skoro nawet teraz te kostki są wyraźnie nieproporcjonalne, chyba jeszcze nie czas, by zderzać się z rzeczywistością).

... i te "najchudzsze".








A dla ciekawskich jeszcze zdjęcia aktualne (z wczoraj):