sobota, 29 marca 2014

Trochę zdjęć!

Obiecane zdjęcia sukienki, którą kupiłam na wesele. Niestety jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia, mimo iż wybrałam te najmniej zamazane. Nie mam pojęcia, dlaczego wyszły takie niewyraźne. Najpewniej ruszałam ręką podczas pstrykania (wszak nie jestem przyzwyczajona do robienia zdjęć samej sobie i to w lustrze!). Jest też druga opcja - nie zażyłam Rutinoscorbinu ;)

Zrobiłam czarno-białe, żeby nie było widać bałaganu wokół :D



No i zdjęcie mojego ryjka ze szminką, która myślałam, że ma odcień zbliżony do szminki Grubej Blondyny, a tu proszę!


środa, 26 marca 2014

Czując drożdżówkę z serem

Dziś krótko, bo nie mam nastroju. W zasadzie od tygodnia już nie mam nastroju. Wkroczyłam w fazę PMS, co jest zabawne o tyle, że niespełna 2 tygodnie temu skończył mi się poprzedni okres. Ale ok. Najważniejsze, że nie wymiotuję. Z obżeraniem to różnie bywa. Nikt normalny nie zjada chyba dużej Nutelli (350 g) w 2 dni i to skondensowanej do 1 posiłku w danym dniu. Do tego 4-dniowa przerwa w siłowni... ale już powoli układam swoje życie tak jak wyglądać powinno. W przyszłym tygodniu w ramach eksperymentu zastosuję dietę rozpisaną przez dietetyczkę, chociaż nie ukrywam, że będzie ciężko, nie tylko ze względu na niewielką ilość pożywienia i zupełnie inne podejście do odżywiania, ale i (nie)możliwości przygotowania posiłków. Część będę musiała zamienić, bo w zasadzie od środy do niedzieli nie będę w stanie przygotować obiadu, tak żeby nie zaburzać regularności posiłków (wychodzę z domu rano, wracam późnym wieczorem). Ba, nawet w niektóre dni kolacja wypada mi poza domem, bo raczej po 22 jedzenie nie jest wskazane. Ja po prostu nie jestem w stanie prowadzić stacjonarnej diety. Ale zostawmy to. Kupiłam sukienkę na wesele i zamierzam pochwalić się jak świetnie w niej wyglądam! Nie, żebym wpadła w samozachwyt, ale o czymś takim marzyłam - jest idealna w stosunku do mojej niedoskonałości. Może w weekend znajdę chwilę, by zrobić zdjęcia :)
A co dzisiaj? No właśnie. Dopiero chwilę temu wróciłam do domu, a z racji tego, że mieszkam naprzeciwko cukierni, a zarazem zakładu cukierniczego, zmuszona jestem czuć zapach wypieków, kiedy wracam tak późno. To jest podłe, bo wracam zmęczona i głodna (chociaż w brzuchu mi nie burczy, więc to chyba bardziej głód psychiczny) po siłowni z myślą, że już nic nie zjem i w ogóle od razu kładę się spać. Niestety to tak nie działa. Nie rozumiem, dlaczego nie potrafię jeść wieczorem, dlaczego wieczorem nie odczuwam sytości i dlaczego jedzeniu podporządkowuję swoje życie. Źle się czuję z myślą, że danego dnia już nic nie zjem, szczególnie, kiedy o tym myślę. To właśnie, bardzo często, potęguje wieczorne napady obżarstwa. I tak dziś, wróciłam smutna, a pogrążona w rozpaczy jeszcze bardziej przez ten wspaniały zapach drożdżówki z serem, zrobiłam przegląd lodówki, popatrzyłam na świeży chleb i prawie ze łzami w oczach, poszłam do pokoju z resztką wina. W gruncie rzeczy, zniżając się do poziomu przeliczania kalorii, taka lampka wina pewnie trochę kalorii miała, ale nie spowodowała większej chęci na jedzenie niż przed jej wypiciem. Przypuszczam, że gdybym zjadła marchewkę (zdecydowanie mniej kaloryczna) lub nawet kromkę suchego chleba, moje myśli nie dałyby mi spokoju (wysoce prawdopodobne, że nawet mimo zmęczenia, nie mogłabym zasnąć), gdybym porządnie się nie najadła, mówiąc delikatnie. Zazwyczaj w takich sytuacjach powtarza się schemat bulimiczny.

piątek, 14 marca 2014

Jestem sexy kręglem!

W końcu, nie tyle sprecyzowałam swój typ sylwetki, co doszłam do tego jakim typem jestem. Dotąd słyszałam tylko o tych najbardziej popularnych, jednak ze względu na odwieczny nadmiar tłuszczu, nie byłam w stanie zakwalifikować się do żadnego. Jak schudłam, pojawiły się jakieś kształty, ale nadal tego nie nazywałam - po prostu szczupły (względem nóg i pupy) tułów i grube nogi. Jedyne co ostatnio przychodziło mi na myśl to gruszka (choć nigdy do tego typu, jakoś podświadomie, nie byłam w stanie siebie zakwalifikować), jednak widząc pewną dziewczynę na siłowni o typowym kształcie gruszki, uświadomiłam sobie, że gruszką nie jestem. Nie mam tak wyraźnej różnicy w wymiarach talii i bioder. Tamta dziewczyna była szczuplutka, ale nieproporcjonalna właśnie przez niezwykle szczupłą talię, a do tego szerokie biodra i masywne uda. Poszperałam więc trochę na ten temat w internecie i okazało się, że idealnie wpisuję się w kręgla:

  • biust średniej wielkości
  • szczupła talia (z tym akurat na razie bym nie przesadzała, ale pewnie jak ja "odtłuszczę", to będzie szczupła)
  • wydatne uda
  • duża pupa (którą akurat zawsze uwielbiałam)
  • masywne łydki

Zdjęcie ze strony rozmaitosci.com

Druga ważna informcja - schudłam, ale nie wiem ile. Nie ważę się, a i rozważam opcję nie informowania mnie o mojej wadze w czwartek, podczas wizyty u dietetyczki. Po prostu wiem, że różnica w liczbach nie jest na tyle duża, bym chciała ją poznać (z drugiej strony jednak ciekawość nie daje mi spokoju). Z doświadczenia wiem, że to demotywuje. Ostatni raz zważyłam się w poniedziałek rano po, nazwijmy to bez zgłębiania szczegółów, ciężkim weekendzie - niespełna 74 kg. Załamałam się, szczególnie, że nawet w cienkim sweterku, z trudem dopięłam płaszcz. Ewidentnie czułam przyrost tłuszczu. Skąd więc wiem, że schudłam?
PO PIERWSZE odpowiednia dieta.
PO DRUGIE ćwiczenia (tym razem na 100%... w końcu byłam "w trakcie" i "po" okresie, a nie w fazie "przed" - brzmi to może dość niewiarygodnie, ale zapewne już niedługo znów dopadnie mnie PMS... nie rozumiem tylko dlaczego aż 2-3 tygodnie przed i dlaczego wtedy drastycznie spada mi kondycja i wydolnośc organizmu skoro wcześniej tak się nie działo??).
Po TRZECIE (najważniejsze) - w poniedziałek na siłowni miałam "luźną" bluzkę (niestety przez brzuch nie była luźna, w każdym razie nie była to bluzka elastyczna), a dziś pokusiłam się o elastyczną, bardziej dopasowaną koszulkę i... niebo, a ziemnia (dokładnie jak w przypadku mojej kondycji, bardzo na wyrost "przed" i po okresie). W porównaniua z poniedziałkiem, dziś miałam "płaski" brzuch, jakbym co najmniej się głodziła (kiedyś tak spektakularny efekt uzyskiwałam tylko po kilkudniowej głodówce), a jadłam. Wcale nie mało, ale za to z restrykcyjnym przestrzeganiem zasady "Nie jem na noc. NIC!".

W poniedziałek podczas fitnessu, na który nota bene ciężko było mi się wybrać taka "wypasiona", zupełnie spontanicznie postanowiłam: "10 maja założę getry i obcisłą bluzeczkę w rozmiarze S, w którą nie tylko się mieściłam, ale i, w której wyglądałam mega seksownie, ważąc w okolicach 63 kg". Myślę, że tak pi razy drzwi cel 10 kg w 2 miesiące (przy obecnym tempie) jest jak najbardziej realny. Nie mniej jednak nie postanowiłam schudnąć. Chcę ubrać getry i tą koszulkę (szczególnie tą koszulkę, bo nogi z racji mojej budowy, nawet po zrzuceniu 20 kg niewiele się zmieniły), czuć się w tym dobrze i wiedzieć, że wyglądam dobrze.

Psycholog... Nie chcę zapeszać, ale chyba w końcu trafiłam na odpowiednią osobę. O dziwo to kobieta,  do tego szczupła. Ale jestem dopiero po pierwszym spotkaniu, więc nie ma co wydawać opinii. 
Zmieniła się jeszcze jedna rzecz - moje myślenie. Nie wiem, czy to 74 kg mną tak wstrząsnęło, czy wiosna podziałała, ale zaczęłam pozytywnie myśleć. Nawet kolega z uczelni, który trochę mnie zna, zdziwiony był moim nagłym nadmiarem energii, optymizmem i szczerą radością (bez większego powodu). Co więcej, zaczęłam zauważać teraźniejszość. Nie myślę o tym co było i o tym co będzie. Ważne jest dla mnie dzisiaj. Już tak skrupulatnie nie planuję jedzenia na przyszłe dni. W głowie mam jakiś szablon posiłków i wystarczy. Na pewno ten problem wiąże się z moim chorym dążeniem do perfekcji w kwestiach mało istotnych. Zauważyłam, że przypadkowe osoby robią pewne rzeczy bardziej dokładnie ode mnie, mimo iż pewnie nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Zdecydowanie chcę przestać skupiać się na, nic nieznaczących w szerszej skali, drobnostkach.

Przypadkiem się też dziś nagrodziłam. Kosmetykami :) Zamówiłam super puder matujacy (przetestowany, bo pożyczyłam dziś od siostry - efekty: nie świeciłam się nawet po siłowni, makijaż wyglądał prawie jak przed ćwiczeniami, a uwierzcie, że ciekło ze mnie), korektor i kupiłam szminkę w odcieniu, który od dawna za mną chodził. Poza tym, z okazji dobrego nastroju, którego nie popsuła nawet kłótnia z mamą, pozwoliłam sobie na lampkę wina po siłowni. I "terapia szokowa" oczywiście musiała być - głodna, popatrzyłam na świeżutki chlebek, obwąchałam wędliny i zakodowałam w pamięci obraz wnętrza lodówki, wstępnie przygotowałam (bez próbowania) sos truskawkowy na jutro i opuściłam kuchnię. W końcu muszę nauczyć się nie odreagowywać wszelkiego rodzaju złych emocji (zarówno swoich jak i docierających do mnie, nierzadko masowo, z zewnątrz - w domu, na uczelni, w pracy, w tramwaju, zawsze znajdzie się ktoś, kto o ile się z Tobą nie pokłóci, to będzie Ci maudził przed nosem aż i Tobie się udzieli) i niepowodzeń jedzeniem i łamianiem zasad, których w normalnych warunkach bym nie złamała. Co jak co, ale silną wolę akurat mam!

Zdjęcie ze strony zdrowie.gazeta.pl

sobota, 8 marca 2014

Dzień kobiet

Autodestrukcji ciąg dalszy. Zaczęło się oczywiście niewinnie. Już w zeszły piątek. Nie pisałam poniekąd z tego powodu, ale głównie dlatego, że nie miałam czasu. Od poniedziałku zaczęłam zajęcia, więc teraz zapewne będę rzadziej pisać, no i będzie mniej zdjęć. Teraz muszę się skupić na nauce (i zdecydowanie więcej spać), a w kwestii odżywiania nie planuję już więcej niekorzystnych zmian! Jak będzie w praktyce - nie wiem. Nie będę się rozdrabniać, ale bilans tego tygodnia nie jest godny pochwały. Zresztą waga z wczoraj mówi sama za siebie.

WAGA: 71,5 kg

Nie zamierzam ukrywać też faktu, że 2 dni z rzędu wymiotowałam. Nie wytrzymałam. Nowy semestr, nowe zajęcia, początkowo niewielkie odstępstwa od diety, stres... Najważniejsze, że wczoraj przerwałam to błędne koło.
A dzisiaj? Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem, standardowo nie wyrobiłam się z większością zaplanowanych rzeczy (zawsze planuję 200% więcej niż jestem w stanie zrobić), zaspałam, nie ćwiczyłam. Straciłam też trochę czasu na zwijanie się zbólu. Dostałam okres (w końcu). W zasadzie cały dzień spędziłam w kuchni. Z okazji dnia kobiet przygotowałam lasagne i tort własnego autorstwa (kolejny taki eksperyment w mojej "karierze"). Lasagne szału nie robi, ale jest smaczna. Z kolei tortu jeszcze nie próbowałam. Póki co chłodzi się w lodówce, poza tym autentycznie jestem najedzona. Zawsze jestem najedzona, kiedy cały dzień przygotowuję jakieś pracochłonne jedzenie i nie tylko dlatego, że tego wszystkiego trzeba próbować. No ale trzeba było... A to beszamel, a to kurczaka, a to trochę warzywek, a to mamie marchewka została, a to kawałki batonika (używałam do tortu), a to resztki czekolady, którą ścierałam na tarce, a to krem czekoladowy, bitą śmietanę, pyzę z obiadu rodziny... Ehh i tak by się porządny posiłek uzbierał. Ale w końcu dziś jest dzień kobiet no!

To teraz trochę zdjęć... co by nie było nudno :)

NIEDZIELNE ŚNIADANKO - sałatka owocowa (banan, 3 kiwi, winogrona), jogurt z ziarnami, kawa czarna

JEDNO Z SZYBKICH ŚNIADAŃ W TYGODNIU - płatki Fitness z mlekiem, jabłko, kawa czarna 

KILKUDNIOWY OBIAD - zupa warzywna (z przepisu Grubej Blondyny)

Świetny pomysł na obiad na kilka zabieganych dni z rzędu, zwłaszcza w tygodniu. Już jutro ugotuję ją po raz kolejny na przyszły tydzień (tym razem zrobię trochę mniej ostrą, bo ostatnio przesadziłam z przyprawami, szczególnie z czosnkiem). Swoją drogą chyba ugotuję podwójną ilość, bo mamie też posmakowała, a siostra ostatnim razem nie próbowała, więc teraz jej obiecałam :)

ŚRODOWE ŚNIADANIE - 2 naleśniki z serkiem jagodowym, kawa czarna

W końcu mogłam chwilę odetchnąć od codziennego pośpiechu i zjeść śniadanie w spokoju, bo zajęcia miałam dopiero na 11:30 (pominę fakt, że do 20).

DZISIEJSZE ŚNIADANIE I - kromka chleba pełnoziarnistego z miodem i truskawkami, banan, winogrona, truskawki

DZISIEJSZA OBIADOKOLACJA - lasagne z kurczakiem, pieczarkami, papryką i pomidorem

... i w wersji z winkiem i kwiatkami od taty :)

CZEKOLADOWY TORT Z BITĄ ŚMIETANĄ, LIONEM I BANANAMI


Uff jestem właśnie po degustacji tortu. Wszystkim smakował (chociaż mama, jak zwykle, musiała się do czegoś doczepić - najpierw nie podobał jej się talerzyk, na którym ów tort jej podałam, a później stwierdziła, że biszkopt był "ciut za bardzo zbity"... gdybym piekła krócej byłby niedopieczony), ale najciekawsza i tak była opinia taty: "Jak to jest ten tort z pomidorami, to od dzisiaj lubię pomidory" (mój tata nie lubi pomidorów). A to odnośnie mojego komentarza jak w pewnym momencie robiłam tort i lasagne naraz: "Zobaczycie, będzie tort z pomidorami i lasagne z czekoladą" :)

I jeszcze coś... Mam teraz niezłą motywację do odchudzania! Napisał do mnie adwokat (osoby, które czytały całego bloga, powinny wiedzieć o kogo chodzi), złożył mi życzenia i... bardzo możliwe, że pod koniec marca wpadnie do Poznania. Z tego co pamiętam, kiedy go poznałam ważyłam jakieś 4-5 kg mniej (a i wtedy czułam się przy nim wyjątkowo nieatrakcyjna), także muszę dołożyć wszelkich starań, by na jego ewentualny przyjazd jakoś wyglądać, a przynajmniej czuć się dobrze w swoim ciele. Z doświadczenia wiem, że kiedy trzymam dietę lub chudnę (choćby niewiele), moje samopoczucie diametralnie wzrasta, mimo iż fizycznie się nie zmieniam, a to bardzo pozytywnie oddziałuje na otoczenie.

sobota, 1 marca 2014

Super

Ze strachem weszłam na wagę dziś rano, a z niedowierzaniem z niej zeszłam. W przeciągu tygodnia schudłam 1,5kg! Schudłam, naprawdę schudłam! Dzięki diecie (a nawet nie specjalnej diecie, a kilku ograniczeniom i normalnym posiłkom) i aktywności fizycznej, a nie głodówce, wymiotowaniu, przeczyszczaniu, czy innym tego typu chorym akcjom. Jestem z siebie w pełni zadowolona. Jestem szczęśliwa , moje życie znów zaczyna nabierać sensu, a problemy wydają się być mniejsze :)

WAGA: 70,9 kg

ŚNIADANIE I - owsianka z otrębami granulowanymi o smaku truskawkowym i bananem, kawa czarna

ŚNIADANIE II - pomarańcza, serek Danio o smaku toffi, śliwki suszone, kawa czarna

PRZEKĄSKA - kajzerka, śliwki suszone (łącznie z tymi ze śniadania II - 100 g)

PRZEKĄSKA - pomarańcza, 100 g daktyli

KOLACJA - ok. 250 g surówki, frankfurterka, 6 kromek chleba z dynią (tyle naliczyłam) z masłem, różnymi wędlinami, serem żółtym i pasztetem / przed chwilą kolejna frankfurterka, herbata miętowa
I koniec. Czuję się ociężała. Mój błąd. Oczywiście dzisiaj przeholowałam z kolacją, ale najważniejsze, że mimo chorych myśli ani nie poleciałam żreć dalej, ani nie poszłam wymusić wymiotów, tłumacząc samej sobie, że "to tylko jeden raz". Doskonale wiem jak to się zaczyna. Dlaczego przeholowałam? Byłam zbyt głodna, by się opanować (niestety wcześniej nie miałam czasu przygotować normalnej kolacji) i wybrać coś racjonalnie. Uszykowałam sobie tyle chleba, na ile rodzajów wędliny i sera miałam ochotę (czyt. na wszystkie jakie były w lodówce). Ok, stało się, ale w zeszłym tygodniu (odchudzania) też przecież nie obyło się bez wpadek, a jednak schudłam. Nie wlazłam więc jak idiotka na wagę zaraz po kolacji (mimo, iż brzuch mam widocznie powiększony) i nie zamierzam ważyć się też jutro. Wiecie co sobie pomyślałam? Przede mną cały tydzień, więc mam szansę odpokutować, chociażby zwiększając treningi, czy nie traktując się ulgowo w inne dni. I super. Chyba powoli uczę się pozytywnie myśleć, niezależnie od sytuacji. Poza tym zwykle jak zauważałam spadek na wadze, znów zaczynałam żreć, dochodząc do pewnej granicy (która nota bene wciąż się przesuwała w górę) i wcale nie było mi żal, bo wiedziałam, że znów w jakiś "magiczny" sposób w kilka dni schudnę, to co przytyłam. I tak w kółko. Teraz jest inaczej. Schudłam ciężką pracą, schudłam naprawdę. Nie chcę tego zaprzepaścić!