sobota, 1 lutego 2014

Odzyskać normalność

Szczerze powiedziawszy nie mam teraz weny do pisania, ale napiszę. Nie jest tak jakbym chciała, żeby było. Tak naprawdę sama nie wiem jak jest i jak będzie. Po raz pierwszy nie mam planu. Wiem jedno - zabrnęłam za daleko, a w obecnej sytuacji na pewno z tego nie wyjdę. Dlaczego? Otóż w poniedziałek ważyłam ok. 74 kg - dzisiaj, 6 dni później, ważę nieco ponad 70 kg (w międzyczasie doświadczyłam nawet radości z ujrzenia 6 z przodu) i naturalne, że teraz nie chcę ważyć ani grama więcej. Ale najbardziej okrutne i tak jest to, że nikt tego nie zauważy, niezależnie od tego jak wielkim wysiłkiem mój "sukces" jest okupiony.  Bo dla kogo różnicę robi 3-4 kg przy mojej nawadze? No chyba, że 3-4 kg w górę... wtedy zauważy każdy, a i wielu bezczelnie ten fakt skomentuje. Czuję się podle, bo praktycznie codziennie obżeram się jak opętana, a później wymiotuję do utraty sił. I za każdym razem chciałabym, poza jedzeniem, zwymiotować całe swoje wnętrze... Swoje emocje, uczucia, doświadczenia, myśli, przeżycia, a nawet swoją świadomość. Dosyć mam wiecznych kłótni rodziców, pretensji, ukrywania swoich problemów i udawania, że jest hm normalnie. Nie jest normalnie. W poniedziałek nie jadłam nic, cały dzień piłam tylko wodę z cytryną i syropem klonowym. Czułam się świetnie, bo nie wymiotowałam. We wtorek miałam to powtórzyć, ale już wieczorem odczułam silną potrzebę jedzenia i co ciekawe nie był to głód fizyczny. Więc zjadłam, pojawiły się wyrzuty sumienia, no to jadłam dalej już z myślą pozbycia się tego zaraz po zjedzeniu. O dziwo, później do wieczora udało mi się przetrwać, już nic nie jedząc. Od środy zaczęłam dietę kefirową. Z trudem, ale się udało - 4 naturalne kefiry i nic więcej. Żeby nie poddać się w kolejnych dniach, postanowiłam "urozmaicić" swoje menu o kefiry smakowe. Niestety od czwartku żyję w błędnym kole. Dieta kefirowa swoją drogą, a cała reszta, która i tak nota bene ląduje w klozecie, swoją. Na dzień dzisiejszy robi mi się niedobrze na widok kefiru, a mimo to wmuszam go w siebie i powmuszam jeszcze jutro (skróciłam okres tej męki do jutra, bo i tak do nieczego ona nie prowadzi). Nie wiem tylko co dalej?? Kolejna restrykcyjna dieta o krótkotrwałym, niezauważalnym efekcie? Normalna, zdrowa dieta? Powrót do jedzenia bez ograniczeń, byle zerwać z bulimią i czuć się choć trochę bardziej szczęśliwą? Tak naprawdę żadne z tych rozwiązań nie jest dobre i nie poskutkuje na dłuższą metę tak jakbym chciała. Cokolwiek zrobię, jeśli zacznę jeść i przestanę wymiotować- w kilka dni przytyję do tego co było, jak nie więcej. Czuję się jak w pułapce bez wyjścia. I co mam sobie zrobić kolejny napis na ręce? Po co? Jakiś czas temu do napisu "HELP" dołączył napis "ED" (od eating disorders - zaburzenia odżywiania) - teraz mam paskudne blizny. Dokładnie widać oba napisy i nie ma co liczyć na to, by w najbliższym czasie zbledły. Chcąc nie chcąc, pokazałam je "światu" zakładając koszulę z krótszym rękawem. Pierwsze pytanie od kolegi na uczelni, odmówiłam rozmów na ten temat. Drugie pytanie od mamy. Powiedziałam wprost "zrobiłam sobie to nożyczkami". Zero reakcji, poza wielkim zdziwieniem. I nie ma tematu. Następnego dnia już od progu na mnie naskoczyła z wyimaginowanego powodu. Inną kwestią moich problemów jest oczywiście narastająca samotność. I tutaj rozpisywać się nie będę. Jedyne czego teraz chcę, poza tak naprawdę już chyba obecnym celem życiowym: "schudnąć", to normalne życie. Budzić się i zasypiać, bez natrętnych myśli. Jeść normalne posiłki, bez szczególnego zastanawiania się nad każdym z nich. Przestać wymiotować. Mieć koło siebie życzliwych ludzi, a choćby jednego przyjaciela. Zaakceptować siebie. Tak naprawdę tylko wizja normalnego życia, nie pozwala mi tak po prostu odejść z tego świata (no dobra, żal mi jeszcze moich oczu :D)... Mieszkam z mężczyzną swojego życia. Zasypiam w jego ramionach i w jego ramionach się budzę. Jemy wspólnie śniadanie, bez pośpiechu. Wychodzimy do pracy, stęsknieni wracamy. Gotujemy smaczny obiad. Spędzamy razem czas, rozmawiamy, idziemy na spacer, gramy w chińczyka - cokolwiek. A wieczorem romantyczna kolacja z lampką czerwonego wina. Podobno za marzenia nie karają, wiec nikt mi tej wizji nie odbierze. I zawsze w tym momencie przypomina mi się adwokat, o którym kiedyś wspominałam. Mimo, iż nasza znajomość trwała bardzo krótko, było w niej coś magicznego. Przez moment czułam się szczęśliwa, chociaż doskonale wiedziałam, że bajka skończy się, kiedy on wróci do siebie, a mnie dopadnie szara rzeczywistość. Rzeczywistość spadła na mnie niestety trochę wcześniej. Kiedy w dość brutalny sposób (bo przez jego pijaną znajomą) dowiedziałam się, że ma dziewczynę. Nie było to dla mnie szczególnym zaskoczeniem - wszak tacy mężczyźni zawsze są zajęci, choć gdzieś tam w środku chciałam wierzyć, że tym razem sie mylę. W każdym razie czułam się jak w bajce... A może ja po prostu chcę w tę bajkę wierzyć?

10 komentarzy:

  1. Tak, mężczyzna u boku mobilizuje. Z drugiej strony, kurczę, czy nie powinno to wyglądać tak, że mobilizuję się sama dla siebie, po to, by później zafascynować kogoś inspirującego? 4 kilogramy faktycznie mogą zostać niezauważone, lecz kiedy do tych czterech dodamy kolejne 4, to efekt będzie fenomenalny, nie sądzisz? Myślałaś może o jakimś psychologu zajmującym się zaburzeniami odżywiania? Trzeba Ci jakoś pomóc. Kurczę, pomyśl o swoich zębach. Mój przyjaciel po chemioterapii często wymiotował. Jego zęby po tym wszystkim były w opłakanym, straszliwym stanie. Zastanów się nad tym:) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz absolutną rację, ale czasem ciężko robić coś dla siebie samej... Przeglądając dzisiaj zdjęcia sprzed kilka lat zrozumiałam jak wiele straciłam, tylko nie za bardzo wiem co z tym teraz zrobić, by nie stracić jeszcze więcej. By za kilka lat nie żałować, że straciłam to co mam teraz. A patrząc bliżej - przez brak faceta u boku właśnie, zaprzepaściłam fajną figurę, którą osiagnęłam bez żadnych chorych akcji i ani myśląc o bulimii. To był czas, kiedy się podniosłam i w jakimś stopniu odzyskałam tą "młodość" (mam na myśli lata 17-19, mniej więcej w tym wieku byłam na oglądanych dziś zdjęciach - każde z nich niosło za sobą jakieś wspomnienia, ale jedno je łączyło - byłam beztroska, uśmiechnięta, prawdziwa, naturalna, nie przejmowałam się opinią innych, nie byłam idealna, nie byłam nadzwyczaj szczupła, ale po prostu żyłam...), ale wszystko po to, by teraz tak bardzo upaść...
      W kwestii psychologa zapisałam się do kolejnego z rzędu (wizytę mam dopiero w marcu), ale jakoś nie mam przekonania do kobiet. Poza tym ciężko trafić na kogoś kto się specjalizuje w odżywieniach zaburzenia, szczególnie w ramach NFZ. Mam jeszcze kilka nazwisk, będę próbować, ale najważniejsze i tak jest to jak sama pokieruję swoim życiem.
      Zęby to u mnie szczególny problem, bo genetycznie mam strasznie słabe, więc boję się o nie strasznie. O ile walkę o ich biel udaje mi się na razie wygrywać (w dużej mierze pewnie dzięki przerwie w piciu kawy), to z dziedziczną paradontozą nic nie zrobię (ale fakt faktem przez swoje działania ja pogłębiam i przyspieszam zamiast zatrzymywać jej postęp).
      W każdym razie dzięki za komentarz :)

      Usuń
  2. Kurczę, czytałam Twoj komentarz bodajże na Wiara-Walka-Wygrana. Nie będę przytaczać dokładnie, bo już go tak dobrze nie pamiętam, ale pisałaś tam, że w domu jecie niezdrowo, nie macie warzyw etc. Ej, ogarnij się! Jesteśmy pewnie w podobnym wieku (mam 24 lata). U mnie w domu rodzinka je niezdrowo, mama i babcia cudownie pieką, w okresie karnawału smaży się pączki, są u nas góry batoników, czekolad i innych smakołyków. Nic, tylko brać do paszczy:). Fakt, dobrze, gdyby rodzina była nastawiona na tyle pozytywnie, by pomagała w diecie, ale można zakup produktów dietetycznych wziąć w swoje ręce. Co to za problem jak kupisz sobie kurczaka i trochę warzyw i przygotujesz dla siebie potrawkę na 3 dni z rzędu? Do ziemniaków/ryżu/kaszy. Co to za problem jak kupisz sobie jabłko,albo ciemny chlebek i trochę innych typowych produktów? Nawet kasę da się ogarnąć. Ja na dziennych studiach spokojnie dorabiałam kasę na swoje wydatki, potem postanowiłam zaczac pracować i studiować w trybie zaocznym. Zawsze jest jakieś wyjście:). Broń Boże nie chcę Cię pouczać, nie na tym mi zależy, ale myślę, że przydałby Ci się porządny kopniak w dupsko, zebyś się pozbierała. Jak zawsze będziesz bierna i będziesz czekać na to, aż Twoje otoczenie i Twoje życie samo się zmieni, to obudzisz się za 50 lat i powiesz sobie: co ja k* robiłam przez te wszystkie lata? Ogarniamy się od jutra, pamiętaj! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne masz rację, ale to też nie jest takie proste jak się wydaje. Owszem, pracuję (przez co zawalam trochę studia, a dziś po raz pierwszy na tych studiach nie zdałam egzaminu... nie byłam w stanie niczego przyswoić, raz, że przemęczenie, bo cały weekend w pracy, dwa, że wycieńczenie i chroniczny brak snu, a trzy totalna psychoza, moje myśli wciąż krążą tylko wokół snucia planów schudnięcia lub chociaż nie przytycia przy jednoczesnym zażegnaniu bulimii), ale zwykle mam więcej wydatków niż zarobków i nie mogę nigdy wszystkich zrealizować, bo zawsze większość zarobionych pieniędzy wydaję na jedzenie (a w tym mięsiącu jeszcze karnet na siłownię mi się kończy), które później i tak ląduje w koszu. Nienawidzę siebie za to, ale jestem uzależniona od jedzenia, szczególnie tego, którego sobie zabraniam. I to kolejny powód, dla którego trudno mi się oprzeć temu, co je rodzina. Nawet jeśli mam swój "prowiant", zawsze w lodówce czy szafce znajdzie się coś dla mnie (mówię mamie, żeby mi nic nie kupowała, bo wiadomo nie kupią mi bułki, drożdżówki, czy deseru to nawet jeśli ponarzekam, to nie zjem, ale mama i tak wciąż kupuje, bo widzi, że jak kupi to zjem - błędne koło). Jeśli chodzi o owoce mama się tłumaczy, że ich nie kupuje, bo nie będzie nosić, a tata raz na jakiś czas kupi skrzynkę jabłek (bo sam niewiele z działu owoce/warzywa zjada), szkoda, że zwykle takich, których nie lubię. I oczywiście nie ma mowy o jakiejkolwiek pomocy ze strony rodziny, bo chociażbym ważyła 100 kg dla nich nie będzie to choroba - jak czytałaś mojego bloga, to wiesz, że moje ralcje rodzinne odbiegają znacznie od normy. I jeszcze jedno - kiedyś wszystko wyglądało tak jak piszesz - pomimo licznych pokus, a nieraz istnego kuszenia ze strony szczupłej siostry (nikt w domu problemu otyłości nie ma, wiec nikt go nie rozumie) nie dawałam się, miałam swoje jedzenie i tego się trzymałam, a ostatnio... Nawet już nie gotuję (nie pamietam kiedy jadłam obiad, zwykle żal mi się za niego brać, marnować czas i jedzenie, bo i tak wiem, gdzie skończy, no to zapycham się chlebem), co zwykle sprawiało mi przyjemność. Stało się coś (działo się z dnia na dzień i tak się w tym zatraciłam, że nie tylko mam depresję, ale i pełnoobjawową bulimię), że ja sama z sobą nie jestem w stanie się pozbierać, a dieta jest tylko jednym ze skutków mojej zrytej psychiki. W związku z tym teraz już nie ma granic. Jak coś przygotuję (nawet z myślą na kilka dni) od razu zjem, a jak okaże się to za dużą porcją - zwymiotuję. I obym się za 50 lat chociaż obudziła...
      Dzięki za wsparcie! Mimo wszystko wciaż wierzę, że się ułoży (nie samo, ale że ja w końcu naprawię swoje życie).

      Usuń
  3. A nie jesteś czasem z Krakowa? Mam przyjaciela psychologa, może poleciłby kogoś, kto ogarnia tematy związane z zaburzeniami odżywiania? Jak się teraz trzymasz z jedzeniem, dajesz radę? Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, jestem z Poznania :) Niedługo pewnie napiszę posta, ale chyba jeszcze za wcześnie... W każdym razie jest super!

      Usuń
  4. Hej! Cieszę się, że znalazłam się na Twoim blogu. Przeczytałam Twój wpis i uważam, że zdrowa dieta (ćwiczenia, zdrowe odżywianie) jest dla Ciebie naprawdę najlepszym wyjściem. Zamiast ranienia siebie jesteś w stanie osiągnąć coś przez taką dietę. Zawsze znajdzie się jakieś wyjście z sytuacji, ale nie takie. Najważniejsze jest w końcu Twoje zdrowie.
    No cóż, wierzę w Ciebie i będę odwiedzać Twój blog. A tymczasem zapraszam do siebie, mam nadzieję ze moje wpisy moze chociaz troszkę Ci pomogą, hej <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam! Masz absolutną rację, ale jak nie wyleczę psychiki, to nigdy na dobre zdrowa dieta nie będzie moim stylem życia, aczkolwiek mam świadomość jaka jest dla mnie zbawienna. W każdym razie wciąż do tego dążę :)
      Dziękuję za dobre słowa i zapraszam :) Póki co tu mały przestój, bo szukam właściwej drogi. Zajrzałam też do Ciebie - wpisy bardzo ciekawe i prawdziwe, odnalazłam w tym co piszesz cząstkę siebie... Będę zaglądać :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Czekam na Twój następny wpis. Chcę usłyszeć, o tym co dobrego teraz u Ciebie, ponieważ piszesz, że jest super :)

    OdpowiedzUsuń