piątek, 28 lutego 2014

Dzień 6 i 7

Jak zwykle z opóźnieniem, ale ostatnio z niczym nie mogę się wyrobić.

Wczoraj w końcu pojechałam na pobranie krwi (od dietetyka dostałam skierowanie na glukozę, cholesterol i tarczycę). Nie lubię pobierania krwi, ale nie żebym się jakoś panicznie bała. Dopóki nie widzę krwi i strzykawki, ani o tym nie myślę, jest ok. Zdążyłam się przyzwyczaić, odkąd raz po raz musiałam (lub chciałam) jakieś badanie wykonać. Nie mniej jednak teraz robiłam badanie w innej placówce i nie mogło obyć się bez problemów. Okazało się, że oni tam krew pobierają jakąś inną meodą, dokładnie nie zrozumiałam, ale że niby probówka samoistnie się wypełnia. No więc wkłuła mi tą igłę, a krew nie chciała lecieć, więc pyta mi się, czy mam niskie ciśnienie, a że zwykle mam, a dodatkowo byłam głodna (no i bez kawy) i jeszcze się zestresowałam przez to, że coś poszło nie tak i będzie mnie kłuła drugi raz (w sumie byłam tak zdezorientowana, że nie wiedziałam, czy mi tą krew już pobrała, czy nie - zawsze patrzę w drugą stronę), to momentalnie zrobiło mi się słabo. Kazała mi się położyć, po czym zaczęła pobierać krew z drugiej ręki (już tradycyjną metodą) i nie chcę wiedzieć jak to robiła, skoro musiała wycierać krew, zarówno z mojej ręki jak i z podłogi. Dziwne tylko, że dotąd nic podobnego mi się nie zdarzyło. Wchodziłam, pobierali krew, wychodziłam. Nieistotne. Dzisiaj dzwoniłam po wyniki. Byłam pewna, że wszystko, jak zwykle, w normie, ale kiedy usłyszałam "cholesterol 277" to aż z niedowierzaniem zapytałam jeszcze raz. Nadal w to nie wierzę. Mało, że cholesterol zawsze miałam w normie, to badałam się w lipcu zeszłego roku, czyli stosunkowo niedawno i wtedy był na poziomie 182. Nie wiem jak to jest możliwe, że tak gwałtownie podskoczył... Przy czym poziom cukru też dość znacznie, ale mi spadł, jeszcze chwila a zejdzie poniżej normy.  W każdym razie planuję w przyszłym tygodniu powtórzyć badanie cholesterolu w mojej placówce. Jeśli okaże się, że faktycznie jest tak wysoki, to wniosek z tego taki, że zarówno bulimia jak i moje przeboje żywieniowe nieźle mnie załatwiły... Innej przyczyny nie widzę, bo owszem masło, tłuste mleko, czy śmietanę spożywam, ale cholesterol w głównej mierze produkowany jest przez wątrobę, niezależnie od tego spożywanego. Poza tym, moim zdaniem to mit, że poziom cholesterolu rośnie od, nazwijmy to ogólnie, tłustych potraw. Nadal jestem i będę zdania, że masło jest zdrowsze od margaryny, a tłuste mleko od chudego.

Do rzeczy. Wczoraj...

ŚNIADANIE I - croissant z szynką i serem, małe cappucino (McDonald's)
Także zdjęcia nie ma. Poszłam tam świadomie. Uważam, że od czasu do czasu można (szczególnie rano), poza tym po tym pobieraniu krwi musiałam szybko coś zjeść, bo nie przywykłam do wychodzenia z domu bez śniadania.

ŚNIADANIE II - 2 cheeseburgery, karmelowe latte macchiato (McDonald's)
Zahaczyłam później o drugiego McDonald'sa, bo wcześniej specjalnie się nie najadłam. Miałam w planach jeszcze loda, ale jak dla mnie ta kawa była zdecydowanie za słodka (generalnie nie słodzę kawy, ale karmelowe latte lubię, w gruncie rzeczy nie jest ona stricte słodzona, a słodka dzięki karmelowi - w każdym razie wczoraj to było przegiecie), w związku z czym odechciało mi się słodkiego. Za to chciałam kupić kolejną kanapkę, może fytki... W każdym razie coś na słono. Posiedziałam chwilę, żeby poczekać aż kolejka się zmniejszy, a ostatecznie nie kupiłam już nic więcej, bo poczułam sytość i w końcu posłuchałam rozumu.

PRZEKĄSKA - 3 kiwi, zielone jabłko, banan

OBIAD - makaron penne pełnoziarnisty (80 g suchego) z sosem pomidorowym

KOLACJA - 2 kajzerki (1 z rybą w sosie pomidorowym i serkiem topionym, a 2 z masłem i szynką drobiową, serem żółtym i pomidorem), twarożek, papryka

I tu zaczęły się problemy. Pozwoliłam sobie na te kajzerki (choć nie było ich w planach), bo wróciłam głodna z siłowni, a one leżały na wierzchu. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że jakieś 2 godziny później zrobiłam się znów głodna i zamiast położyć sie spać, poszłam jeść. Pieczywo - mój wróg wciągający w nałóg jedzenia. Wiedziałam, że jak tylko ich posmakuję, będzie mnie ciągnęło, a ochota będzie silniejsza niż zdrowy rozsądek. Tak więc w nocy zjadłam kolejne 2 kajzerki (1 z masłem, a 2 z masłem, szynką drobiową i serem żółtym) i pomarańczę.

Wybaczyłam sobie jednak ten dzień, bo w końcu lepsze to niż bulimia czy mega obżarstwo. Przynajmniej jak położyłam się spać nie burczało mi w brzuchu, nie byłam też jakoś specjalnie najedzona. Zresztą wczoraj akurat bardzo intensywnie ćwiczyłam - zajęcia na siłowni, bieganie, skakanka. Poczułam się więc w pewnym sensie usprawiedliwiona (co nie oznacza, że wyrzutów sumienia i chęci zaniechania diety nie było), a to ważne w moim przypadku, bo jako, że główną rolę odgrywa psychika, jeden zły ruch, a ja wracam na starą ścieżkę. Nie ukrywam, że czasem o tym myślę, ale wiem, że nie mogę się poddać.

Aaa i piłam wczoraj też zieloną kawę parzoną w tradycyjny sposób. Miała praktycznie taki sam smak jak ta z kawiarki, ale przeszkadzały mi latające kawałki kawy w kubku. Z racji tego, że kawa zielona ma twardsze ziarna niż czarna, nie jest aż tak drobno zmielona, także będę musiała parzyć ją albo przy pomocy kawiarki, albo zwykłego zaparzacza do herbaty.

A dziś... NIE ZJADŁAM ANI JEDNEGO PĄCZKA! Miałam ochotę, ale po wczorajszym dniu nie chciałam dziś wodzić się na pokuszenie. Pominę już fakt, że mieszkam naprzeciwko cukierni, bo tam wystarczyło nie wchodzić, ale oczywiście mama musiała mi pączka kupić i proponować, mimo iż ostatnio wyraźnie jej powiedziałam, żeby mi w tłusty czwartek pączka nie kupowała. Od razu zrobiłam się zła i było mi przykro, ale gdybym miała faktycznie pozwolić sobie na pączka to tylko rano, a że mama zaoferowała mi go później, musiałam odmówić, pocieszając się daktylami. Jak już odmówiłam, to głupio było mi zmieniać zdanie. Mało tego, później byłam na randce (przynajmniej on to tak nazwał) i ciąg dalszy pączkowego pokuszenia. On nie wie o moich problemach, wspomniałam coś tylko, że się odchudzam. Oczywiście musiał ten fakt skomentować, "że nie potrzebuję, że głupoty gadam, że nie mam nadwagi, że jestem idealna" bla bla bla. A ja swoje wiem i nie mam z tym problemu. Ok to, że mu się podobają kobiety z nadmiarem tłuszczyku, to jestem w stanie zrozumieć, ale nie lubię jak ktoś próbuje mi wmówić, że jego subiektywna ocena jest obiektywną. Faktem jest, że mam nadwagę. Lustro też nie kłamie. Poza tym wierzcie mi, że takie pochlebne komentarze potrafią zrujnować dietę, bo skoro w oczach innych wszystko ok, to po co się zmieniać? Teraz na szczęście już wiem, że zmieniam się dla siebie i żadne komplementy nie wpływają na mnie tak negatywnie jak kiedyś.

ŚNIADANIE I - płatki ryżowe z bananem, kawa czarna
Zdjęcia nie ma, bo już kiedyś to wrzucałam, także nie będę zanudzać, powtarzajac zdjęcia.

ŚNIADANIE II - 2 kromki chleba z masłem, serem żółtym, szynką drobiową, pomidorem i szczypiorkiem, ok. 250 g surówki z kwaszonej kapusty, herbatka owocowa

PRZEKĄSKA - daktyle, banan, pomarańcza

DESER - lody waniliowe i truskawkowe z truskawkami (niestety mrożonymi), jogurtem naturalnym (chyba) i sosem z truskawek
Nie wiedziałam co zamówić, a kelnerka popędzała, więc powiedziałam mu żeby wziął cokolwiek, byle bez dużej ilości bitej śmietany i polewy czekoladwej, za to z dużą ilością truskawek, czy innych owoców. Nie spodziewałam się tylko mrożonych.

KOLACJA - twarożek ze szczypiorkiem, 2 jajka z masłem i ketchupem (miały być z majonezem, ale niestety się skończył i przeważnie tak jest jak już coś niecodziennego pozwolę sobie zjeść), mała bułeczka z masłem, herbata zielona

No! To chyba wszystko co chciałam, napisałam. Jutro się ważę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz