piątek, 28 lutego 2014

Dzień 6 i 7

Jak zwykle z opóźnieniem, ale ostatnio z niczym nie mogę się wyrobić.

Wczoraj w końcu pojechałam na pobranie krwi (od dietetyka dostałam skierowanie na glukozę, cholesterol i tarczycę). Nie lubię pobierania krwi, ale nie żebym się jakoś panicznie bała. Dopóki nie widzę krwi i strzykawki, ani o tym nie myślę, jest ok. Zdążyłam się przyzwyczaić, odkąd raz po raz musiałam (lub chciałam) jakieś badanie wykonać. Nie mniej jednak teraz robiłam badanie w innej placówce i nie mogło obyć się bez problemów. Okazało się, że oni tam krew pobierają jakąś inną meodą, dokładnie nie zrozumiałam, ale że niby probówka samoistnie się wypełnia. No więc wkłuła mi tą igłę, a krew nie chciała lecieć, więc pyta mi się, czy mam niskie ciśnienie, a że zwykle mam, a dodatkowo byłam głodna (no i bez kawy) i jeszcze się zestresowałam przez to, że coś poszło nie tak i będzie mnie kłuła drugi raz (w sumie byłam tak zdezorientowana, że nie wiedziałam, czy mi tą krew już pobrała, czy nie - zawsze patrzę w drugą stronę), to momentalnie zrobiło mi się słabo. Kazała mi się położyć, po czym zaczęła pobierać krew z drugiej ręki (już tradycyjną metodą) i nie chcę wiedzieć jak to robiła, skoro musiała wycierać krew, zarówno z mojej ręki jak i z podłogi. Dziwne tylko, że dotąd nic podobnego mi się nie zdarzyło. Wchodziłam, pobierali krew, wychodziłam. Nieistotne. Dzisiaj dzwoniłam po wyniki. Byłam pewna, że wszystko, jak zwykle, w normie, ale kiedy usłyszałam "cholesterol 277" to aż z niedowierzaniem zapytałam jeszcze raz. Nadal w to nie wierzę. Mało, że cholesterol zawsze miałam w normie, to badałam się w lipcu zeszłego roku, czyli stosunkowo niedawno i wtedy był na poziomie 182. Nie wiem jak to jest możliwe, że tak gwałtownie podskoczył... Przy czym poziom cukru też dość znacznie, ale mi spadł, jeszcze chwila a zejdzie poniżej normy.  W każdym razie planuję w przyszłym tygodniu powtórzyć badanie cholesterolu w mojej placówce. Jeśli okaże się, że faktycznie jest tak wysoki, to wniosek z tego taki, że zarówno bulimia jak i moje przeboje żywieniowe nieźle mnie załatwiły... Innej przyczyny nie widzę, bo owszem masło, tłuste mleko, czy śmietanę spożywam, ale cholesterol w głównej mierze produkowany jest przez wątrobę, niezależnie od tego spożywanego. Poza tym, moim zdaniem to mit, że poziom cholesterolu rośnie od, nazwijmy to ogólnie, tłustych potraw. Nadal jestem i będę zdania, że masło jest zdrowsze od margaryny, a tłuste mleko od chudego.

Do rzeczy. Wczoraj...

ŚNIADANIE I - croissant z szynką i serem, małe cappucino (McDonald's)
Także zdjęcia nie ma. Poszłam tam świadomie. Uważam, że od czasu do czasu można (szczególnie rano), poza tym po tym pobieraniu krwi musiałam szybko coś zjeść, bo nie przywykłam do wychodzenia z domu bez śniadania.

ŚNIADANIE II - 2 cheeseburgery, karmelowe latte macchiato (McDonald's)
Zahaczyłam później o drugiego McDonald'sa, bo wcześniej specjalnie się nie najadłam. Miałam w planach jeszcze loda, ale jak dla mnie ta kawa była zdecydowanie za słodka (generalnie nie słodzę kawy, ale karmelowe latte lubię, w gruncie rzeczy nie jest ona stricte słodzona, a słodka dzięki karmelowi - w każdym razie wczoraj to było przegiecie), w związku z czym odechciało mi się słodkiego. Za to chciałam kupić kolejną kanapkę, może fytki... W każdym razie coś na słono. Posiedziałam chwilę, żeby poczekać aż kolejka się zmniejszy, a ostatecznie nie kupiłam już nic więcej, bo poczułam sytość i w końcu posłuchałam rozumu.

PRZEKĄSKA - 3 kiwi, zielone jabłko, banan

OBIAD - makaron penne pełnoziarnisty (80 g suchego) z sosem pomidorowym

KOLACJA - 2 kajzerki (1 z rybą w sosie pomidorowym i serkiem topionym, a 2 z masłem i szynką drobiową, serem żółtym i pomidorem), twarożek, papryka

I tu zaczęły się problemy. Pozwoliłam sobie na te kajzerki (choć nie było ich w planach), bo wróciłam głodna z siłowni, a one leżały na wierzchu. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że jakieś 2 godziny później zrobiłam się znów głodna i zamiast położyć sie spać, poszłam jeść. Pieczywo - mój wróg wciągający w nałóg jedzenia. Wiedziałam, że jak tylko ich posmakuję, będzie mnie ciągnęło, a ochota będzie silniejsza niż zdrowy rozsądek. Tak więc w nocy zjadłam kolejne 2 kajzerki (1 z masłem, a 2 z masłem, szynką drobiową i serem żółtym) i pomarańczę.

Wybaczyłam sobie jednak ten dzień, bo w końcu lepsze to niż bulimia czy mega obżarstwo. Przynajmniej jak położyłam się spać nie burczało mi w brzuchu, nie byłam też jakoś specjalnie najedzona. Zresztą wczoraj akurat bardzo intensywnie ćwiczyłam - zajęcia na siłowni, bieganie, skakanka. Poczułam się więc w pewnym sensie usprawiedliwiona (co nie oznacza, że wyrzutów sumienia i chęci zaniechania diety nie było), a to ważne w moim przypadku, bo jako, że główną rolę odgrywa psychika, jeden zły ruch, a ja wracam na starą ścieżkę. Nie ukrywam, że czasem o tym myślę, ale wiem, że nie mogę się poddać.

Aaa i piłam wczoraj też zieloną kawę parzoną w tradycyjny sposób. Miała praktycznie taki sam smak jak ta z kawiarki, ale przeszkadzały mi latające kawałki kawy w kubku. Z racji tego, że kawa zielona ma twardsze ziarna niż czarna, nie jest aż tak drobno zmielona, także będę musiała parzyć ją albo przy pomocy kawiarki, albo zwykłego zaparzacza do herbaty.

A dziś... NIE ZJADŁAM ANI JEDNEGO PĄCZKA! Miałam ochotę, ale po wczorajszym dniu nie chciałam dziś wodzić się na pokuszenie. Pominę już fakt, że mieszkam naprzeciwko cukierni, bo tam wystarczyło nie wchodzić, ale oczywiście mama musiała mi pączka kupić i proponować, mimo iż ostatnio wyraźnie jej powiedziałam, żeby mi w tłusty czwartek pączka nie kupowała. Od razu zrobiłam się zła i było mi przykro, ale gdybym miała faktycznie pozwolić sobie na pączka to tylko rano, a że mama zaoferowała mi go później, musiałam odmówić, pocieszając się daktylami. Jak już odmówiłam, to głupio było mi zmieniać zdanie. Mało tego, później byłam na randce (przynajmniej on to tak nazwał) i ciąg dalszy pączkowego pokuszenia. On nie wie o moich problemach, wspomniałam coś tylko, że się odchudzam. Oczywiście musiał ten fakt skomentować, "że nie potrzebuję, że głupoty gadam, że nie mam nadwagi, że jestem idealna" bla bla bla. A ja swoje wiem i nie mam z tym problemu. Ok to, że mu się podobają kobiety z nadmiarem tłuszczyku, to jestem w stanie zrozumieć, ale nie lubię jak ktoś próbuje mi wmówić, że jego subiektywna ocena jest obiektywną. Faktem jest, że mam nadwagę. Lustro też nie kłamie. Poza tym wierzcie mi, że takie pochlebne komentarze potrafią zrujnować dietę, bo skoro w oczach innych wszystko ok, to po co się zmieniać? Teraz na szczęście już wiem, że zmieniam się dla siebie i żadne komplementy nie wpływają na mnie tak negatywnie jak kiedyś.

ŚNIADANIE I - płatki ryżowe z bananem, kawa czarna
Zdjęcia nie ma, bo już kiedyś to wrzucałam, także nie będę zanudzać, powtarzajac zdjęcia.

ŚNIADANIE II - 2 kromki chleba z masłem, serem żółtym, szynką drobiową, pomidorem i szczypiorkiem, ok. 250 g surówki z kwaszonej kapusty, herbatka owocowa

PRZEKĄSKA - daktyle, banan, pomarańcza

DESER - lody waniliowe i truskawkowe z truskawkami (niestety mrożonymi), jogurtem naturalnym (chyba) i sosem z truskawek
Nie wiedziałam co zamówić, a kelnerka popędzała, więc powiedziałam mu żeby wziął cokolwiek, byle bez dużej ilości bitej śmietany i polewy czekoladwej, za to z dużą ilością truskawek, czy innych owoców. Nie spodziewałam się tylko mrożonych.

KOLACJA - twarożek ze szczypiorkiem, 2 jajka z masłem i ketchupem (miały być z majonezem, ale niestety się skończył i przeważnie tak jest jak już coś niecodziennego pozwolę sobie zjeść), mała bułeczka z masłem, herbata zielona

No! To chyba wszystko co chciałam, napisałam. Jutro się ważę.

środa, 26 lutego 2014

Dzień 4 i 5

Z małym poślizgiem, ale jestem :) Nie chciałam tworzyć posta na szybko wczoraj, więc zostawiłam sobie to na dzisiaj. W zasadzie wczoraj cały dzień (i pół nocy) się uczyłam. Po 2 w nocy już nawet czytanie (szczególnie ze zrozumieniem) sprawiało mi trudność. Po raz kolejny się nie wyspałam, nie mniej jednak było warto. Zdałam na 4!

Czego bałam się wczoraj najbardziej? Stres przedegzaminacyjny, niewyspanie, siedzenie na siłę do późnych godzin, chora ambicja... Zwykle wtedy jadłam. A wręcz obżerałam się, nierzadko później wymiotując. Stało się to takim chorym odruchem bezwarunkowym (jak w przypadku psa śliniącego się na sygnał dzwonka). Jednak wczoraj udowodniłam samej sobie, że można inaczej i nic złego się nie stanie. Podobnie wygląda terapia ludzi z nerwicą natręctw. W pewnym sensie i ja na to cierpię. Za każdym razem, kiedy czuję, że przedmiot mojej obsesji (jedzenie) zaczyna mną rządzić, powinnam zderzyć się z rzeczywistością, zamiast ulegać owej obsesji i przekonać się, że nic złego się nie stanie. Świat nie przestanie istnieć jak nie zjem kolejnej kromki chleba, czy batonika. Nie przestanę oddychać, myśleć, czuć, widzieć, słyszeć. W gruncie rzeczy nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, bo to tylko moje myśli. Myśli, które sama tworzę. Pomimo, iż w dalszym ciągu nad nimi nie panuję (o czym przekonałam się już dzisiaj), cieszę się że zaczynam rozumieć mechanizm ludzkiej psychiki.

A tak wyglądał mój wczorajszy dzień:

ŚNIADANIE I - owsianka na mleku z otrębami, siemieniem lnianym i bananem, kawa czarna

ŚNIADANIE II - rogal mleczny z masłem, serem żółtym, szynką drobiową i papryką konserwową, 2 pomarańcze, herbata z cytryną

OBIAD - ryba zapiekana z sosem włoskim (produkt mrożony), surówka 300 g, herbata zielona

Może niespecjalnie wyszukane, czy zdrowe, ale lepszy taki obiad niż żaden. Napisałabym "na szybko", bo faktycznie wczoraj nie miałam czasu na gotowanie, ale za tą rybą to się naczekałam! A i tak musiałam później dopiec :)

PO SIŁOWNI - banan, pomarańcza

KOLACJA - 100 g twarogu chudego, daktyle
Zrobiłam zdjęcie, ale jest mało atrakcyjne, w związku z czym nie będę go zamieszczać :)

PRZEKĄSKA - duże jabłko
To był właśnie ten moment, o którym wspominałam. Poczułam lekkie ssanie w żołądku - normalnie, w obawie przed napadem obżarstwa, nic bym nie zjadła, chociażbym miała do rana siedzieć, ale wczoraj się uczyłam. Uznałam, że wystarczy obniżona, ze względu na brak snu, wydajność, więc głodowaniem bardziej obniżać jej sobie nie będę. Długo zastanawiałam się nad tym co zjeść (było już chyba po północy, wszyscy spali - idealne warunki na wyżerkę). W końcu wybrałam duże jabłko i banana w nadziei, że się tym zapcham, w efekcie czego nie sięgnę po więcej. Zjadłam jabłko i się najadłam, ale w głowie wciąż słyszałam "no zjedz tego banana, skoro już go wzięłaś" - nie zjadłam. Zapewne to pasmo ostatnich normalnych dni, ciągnie za sobą kolejne. Najgorzej przerwać dobrą passę... O tym za chwilę, przy okazji dzisiejszego menu. Możliwe też, że ograniczenie słodyczy (czyt. sztucznego cukru) wychodzi mi na dobre, szczególnie po niedzielnym "nie" dla świeżutkiego ciasta z kokosem. Miałam je cały czas przed oczami (a odmówić sobie czegoś co jest na wyciągnięcie ręki, ostatnio nie było w moim stylu), nawet jak już go nie było, słyszałam "jakie dobre, jakie świeże", dostałam nawet talerzyk, ale nie zjadłam i nawet nie wiecie jaka byłam z siebie dumna!

... i dzień dzisiejszy:

ŚNIADANIE I - kromka chleba pełnoziarnistego (takiego naprawdę ciężkiego, prawdziwego, z ziarnami) z miodem i kiwi, banan, pomarańcza, kawa czarna

ŚNIADANIE II - drożdżówka z jabłkiem, 2 pomarańcze, banan - w odstępach czasowych, ale wpisałam w 1 posiłek

Możliwe, że to właśnie ta drożdżówka była przyczyną późniejszego błędu.

OBIAD - 5 paluszków rybnych pieczonych bez tłuszczu w piekarniku, marchewka z groszkiem z sosem, kawa zielona

Dziś pierwszy raz spróbowałam kawy zielonej. Z ciekawości i przekonania, że ma wiele właściwości zdrowotnych, w tym wspomaga odchudzanie. Zapach nie przekonywał, ale jako prawdziwa kawoholiczka nie mogłam nie spróbować. Słyszałam wiele opinii na temat jej smaku, większość negatywnych. Jak dla mnie faktycznie jej smak nie ma nic wspólnego ze smakiem kawy czarnej i jest podobny do jej zapachu, nie mniej jednak aż taka straszna nie była. Chyba nastawiłam się psychicznie, że ją polubię :) Minimalnie przypominała w smaku zieloną herbatę, ale jakbym tak dosadnie miała określić jej smak to trochę bezsmakowa... jakby woda z posmakiem grochu, czy czegoś mu podobnego - pierwsze co mi się nasunęło na myśl. Przygotowałam ją przy pomocy kawiarki, bo nie przepadam za kawą z fusami, także możliwe, że jak zaparzę ją w sposób tradycyjny, odsłoni swoje kolejne oblicze :)

BŁĄD - pomarańcza, Kinder bueno, 1 paluszek Twixa, Góralki nugatowe, tak na oko jakieś pół paczki chipsów (więc wychodziłoby 75 g) - więcej grzechów nie pamiętam!
Nie chcę się tłumaczyć, ale PO PIERWSZE zbliża mi się okres, PO DRUGIE z istnej euforii po zdaniu egzaminu, załączył mi się iście melancholijny nastrój, PO TRZECIE chciało mi się słodkiego, PO CZWARTE zrobiłam się głodna, co nie do końca przewidziałam. Spieszyłam się, wychodząc z domu, więc wzięłam tylko pomarańczę i jabłko (importowane, z naklejką), którego nie zdążyłąm umyć, więc w "terenie" zjeść go nie mogłam. Nie przewidziałam też, że promotor się spóźni, a spotkanie aż tak się przeciągnie, że na siłowni wyląduję dopiero o 20! W każdym razie przez moment poczułam się jak przed moim "cudownym nawróceniem". Chciałam kupić wszystkie batony i czekolady, które były w zasięgu wzroku. No i te chipsy... ja nie lubię chipsów, a te w ogóle specjalnie mi nie smakowały, ale jadłam (to co zostało byłam skłonna wyrzucić, zanim znów zaczęłabym je w siebie wpychać, ale znalazłam chętną, która je przygarnęła - oczywiście siostra). W każdym razie zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, zważyć się, łyknąć podwójną dawkę tabletek przeczyszczających i zapomnieć, ale przecież jechałam na siłownię. W pewnym sensie dzisiaj nie mogłam tak po prostu nie pojechać, bo wczoraj zostawiłam tam buty sportowe ( i fajnie, bo to świadczy o tym, że ta silna, ambitna, twardo stapająca po ziemi perfekcjonistka, której nie zdarzają się takie rzeczy, trochę odpuściła i pozwoliła dojść do głosu mojej prawdziwej osobie) i zanim jeszcze naszły mnie myśli odpuszczenia treningu, zadzwoniłam na siłownię, żeby upewnić się, czy są. Powiedziałam, że przyjadę. Zmusiłam się i pojechałam. Nie żałuję. Nie wiem skąd miałam tyle siły, ale ćwiczyłam na 100%, spaliłam 700 kcal (obliczyłam, że mój "błąd" mógł mieć ok. 1000 kcal - w takich chwilach odwołuję się do "czegoś tak abstrakcyjnego i fizycznie nienamacalnego jak kaloria") i obiecałam sobie jeszcze w ramach pokuty, że jutro poza treningiem na siłowni, pobiegam i poskaczę na skakance. Wszak dostrzegam poprawę kondycji, a to naprawdę motywuje!
A co ma do tego wszystkiego powyższa drożdżówka? Otóż czasem, pozwalając sobie na takie, pozornie, niewinne grzeszki, na nowo rozbudza się we mnie pragnienie tego uzależniającego sztucznego cukru. I wtedy, jak widać na przykładzie dnia dzisiejszego, już niewiele trzeba bym mu uległa.

niedziela, 23 lutego 2014

Dzień 3

ŚNIADANIE - kawa czarna, 300 g kapusty kwaszonej, banan, jogurt truskawkowy ze zbożami, kawałek "oopsies" (wyszukanego w internecie wymysłu, który jak większość dietetycznych dziwadeł wylądowało w koszu)

Zdjęcia nie będzie, bo śniadanie mi nie wyszło w rezultacie czego zjadłam, jak widać powyżej, niezły miks. Przyznacie, że kapusta kwaszona, banan, jogurt i szczątki "oopsis" to niezbyt ciekawe połączenie :)
"Oopsies" to miał  być zdrowy zamiennik chleba, bodajże oparty na zasadach diety LCHF. Bez mąki. W rezultacie było bez mąki i bez smaku. Co więcej nie nadawało się jako chleb, bo było maziowate. Przyczynami może być użycie zamiast papieru do pieczenia folii aluminiowej albo za krótki czas pieczenia (mam chyba upośledzony piekarnik, bo wszystko muszę piec dłużej niż podaje przepis). Poza tym nie zamierzam na siłę przekonywać się do dietetycznych rozwiązań skoro nie współgrają one z moim podniebieniem. Nie uważam, by odchudzanie (a ściślej rzecz ujmując ulepszanie stylu życia) musiało się z tym wiązać i kiedyś udowodnię to wszystkim niedowiarkom. Ważniejsze przecież niż rezygnacja z pewnych potraw jest ich ograniczenie, racjonale komponowanie posiłków i powstrzymywanie się od nocnych napadów na lodówkę. A doskonałym uzupełnieniem praktykowania teorii winna być aktywność fizyczna w każdej postaci!

OBIAD - 2 jajka sadzone, puree ziemniaczane z koperkiem, ogórek

KOLACJA - 2 pomarańcze, 1 jabłko, daktyle


sobota, 22 lutego 2014

Dzień 2

ŚNIADANIE I - bułeczka sojowa z masłem, serem żółtym, szynką drobiową i pomidorem, herbata

ŚNIADANIE II - 2 pomarańcze, jabłko, banan, kilka daktyli

OBIAD - kotlet schabowy gotowany na parze, puree ziemniaczane z koperkiem, groszek konserwowy, szklanka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy

DESER - gorąca czekolada

No dobra, nie ukrywam, że mam wyrzuty sumienia w związku z tą czekoladą... Niby ja nie z tych co liczą kalorie, bo nie można przecież przytyć od czegoś tak abstrakcyjnego i fizycznie nienamacalnego jak kaloria, ale z ciekawości tak pi razy drzwi obliczyłam, ile ta przyjemność mogła sobie liczyć... 850 kcal!!! W ramach rozgrzeszenia zrezygnuję dziś z kolacji.

piątek, 21 lutego 2014

Dzień 1

Wpadłam sobie wczoraj na taki pomysł, żeby wrzucać zdjęcia swoich posiłków, więc go realizuję od dziś :) Oczywiście na pewno nie będzie to codziennie, bo z aparatem jak paparazzi cały dzień nie biegam, a i nie zawsze jem w domu lub brakuje mi czasu na nowego posta, nie mniej jednak na pewno będę pojawiać się tu częściej. Po co tyle zamieszania? Przede wszystkim dla mnie samej, żeby mieć jakąś kontrolę nad tym co jem. Uważam, że jest to znacznie wygodniejsza forma niż suche spisywanie posiłków na kartce. Poza tym blog jest publiczny, a to jednak zobowiązuje, no i nie ukrywam, że pozwoli mi to trochę urozmaicić bloga :) A może przy okazji kogoś moje potrawy zainspirują? Z chęcią podzielę sie też przepisami jak pojawiać się będą jakieś bardziej wyszukane lub niekonwencjonalne dania. I tu zachęcam do korzystania z formularza kontaktowego :) Uprzedzam tylko, że mam kiepski aparat, a i niektóre potrawy wyglądać będą na zdjęciu hm zwyczajnie (zapewniem, że wygląd nie odzwierciedla w takim wypadku smaku), ale nie w tym rzecz, żebym je specjalnie ozabiała do zdjęcia, szczególnie jak jestem głodna, a potrawa stygnie.

Dzisiaj też podam swoją wagę i będę ją podawała co jakiś czas, tak dla sprawdzenia jaki wpłw na nią ma moja dieta. Dieta odchudzająca? Niekoniecznie. Jak już wczoraj wspominałam obecnie jestem na etapie uczenia się normalnego jedzenia. Ale nie ukrywam, że zależy mi na spadku wagi i w tym celu będę maksymalizowała aktywność fizyczną. Po tygodniowej przerwie, od poniedziału wracam na siłownię!

WAGA: 72,4 kg


ŚNIADANIE I - płatki ryżowe z bananem, kawa czarna

ŚNIADANIE II - jabłko, kefir o smaku waniliowym

OBIAD - kalafior z sosem śmietanowo-serowym, bułeczki panini z masłem czosnkowym

KOLACJA - sałatka owocowa


czwartek, 20 lutego 2014

Nie chwal dnia...

Jakiś czas temu w komentarzu pod jednym z postów napisałam, że u mnie super. No właśnie... Było minęło, możnaby rzec, jak to w moim przypadku bywa. Kiedy po raz kolejny ujrzałam przerażającą liczbę na wadze, postanowiłam (tak wiem, brzmi to komicznie), że TYM RAZEM koniec. Tym razem, jakbym innym postanawiała inaczej, ale nieistotne. O dziwo zaczęłam działać od razu. Jeszcze tego samego wieczora się troszkę poruszałam przy muzyce (byłam zbyt ociężała, by biegać) i położyłam się spać wcześniej niż zwykle. Nastał poniedziałek, a wraz z nim nowa energia i chęci do działania, które spotęgowała (względnie) zadziwiająco niska waga. Po długiej przerwie zaczęłam biegać. Podstawowymi składnikami diety stały się owoce i warzywa, a jako, że do późna pracowałam, a nieraz jeszcze po pracy spędzałam wieczory na siłowni, zrezygnowałam z typowych obiadów. I tak upłynął poniedziałek, wtorek, środa. Z tego co pamiętam w czwartek pozwoliłam sobie na pozornie małe odstępstwo i się zaczęło. Bulimia doszła do głosu, ale cóż no zdarza się - myślałam. Następnego dnia starałam się zapomnieć o tym epizodzie, ale się nie dało. Aż do poniedziałku trwałam w tym błędnym kole, traktując jednorazowe wymuszanie wymiotów i ostre przeczyszczanie jak rzecz naturalną, fizjologiczną, do tego stopnia, że dziś nie potrafię powiedzieć w jakie dni miało to miejsce. We wtorek, cudownym trafem, się ogarnęłam. Może dlatego, że zdałam jedną z poprawek i poczułam chwilową wolność od obowiązków. Pisząc "ogarnęłam się" nie mam na myśli żadnej diety. Po prostu nie wymiotuję, nie przeczyszczam się i jem normalnie, a do tego staram się regularnie ćwiczyć. Jak na mnie jest to wyjątkowy sukces, naprawdę. W poniedziałek byłam u dietetyka i może sam ten fakt działa na mnie mobilizująco, bo przecież będąc pod opieką dietetyka, nie można chyba przytyć? Pierwsza wizyta była taką zapoznawczą. Zbadali mnie, dostałam skierowanie na badanie tarczycy, cukru i cholesterolu, wypytywali o wszystkie niezbędne im informacje, zmierzyli mnie w dość podejrzany sposób (ale skoro mają takie wytyczne, to niech będzie, że mam +10 cm zarówno w talii jak i biodrach - mierzyli mnie poniżej talii i bardziej na pupie niż biodrach, stąd te różnice) no i mnie zważyli. Byłam w szoku, kiedy usłyszałam 70,9 kg (waga po odjęciu 1kg za ubranie), a jeszcze bardziej zdziwiłam się, kiedy pani dietetyk zaczęła omawiać analizę składu ciała - wszystko w normie! Owszem tkanka tłuszczowa blisko górnej granicy normy, woda bliżej dolnej granicy (porównując ten wynik z wynikiem sprzed roku, kiedy to wybrałam się do dietetyka na same pomiary, zawartość wody w organizmie znacznie mi spadła, ale czego się spodziewać po bulimiczce), a mięśni mogłoby być więcej, ale nie jest tak źle. W każdym bądź razie muszę wypełnić dzienniczek żywieniowy, zrobić zlecone badania i na wizytę za 2 tygodnie... w teorii. W praktyce termin mam dopiero za miesiąc, ale i tak się cieszę, że mam możliwość korzystania z dietetyka w ramach NFZ, a w dodatku, że trafiłam na kompetentnych ludzi (przynajmniej takie odniosłam wrażenie). Nie wiem dokładnie jak ta współpraca z dietetykiem będzie wyglądać, bo na sztywną dietę się raczej nie zdecyduję, ale na pewno od przyszłej wizyty będziemy działać. I co ważne, wtedy zaczynam też psychoterapię z nowym psychologiem. Kobietą. Obawiam się trochę, ale może tym razem w końcu trafię na właściwą osobę. Jak nie, będę szukać dalej. A póki co staram się ćwiczyć i nie skupiać specjalnie na jedzeniu, w związku z czym nie odmawiam sobie od razu wszystkiego, bardziej ograniczam, co w moim wypadku momentami możnaby uznać nawet za dietetyczne. Staram się zawsze mieć w domu owoce, warzywa i jakieś bakalie, żeby głównie na nich opierać zarówno swoja dietę jak i ewentualne obżarstwa, a ponadto nie jeść na wieczór, co jest chyba moim największym problemem. Nie zrezygnowałam ze zmiany stylu życia na zdrowszy, ale wiem, że to wymaga czasu, jeśli ma być zmianą trwałą i w zgodzie z samą sobą.

sobota, 1 lutego 2014

Odzyskać normalność

Szczerze powiedziawszy nie mam teraz weny do pisania, ale napiszę. Nie jest tak jakbym chciała, żeby było. Tak naprawdę sama nie wiem jak jest i jak będzie. Po raz pierwszy nie mam planu. Wiem jedno - zabrnęłam za daleko, a w obecnej sytuacji na pewno z tego nie wyjdę. Dlaczego? Otóż w poniedziałek ważyłam ok. 74 kg - dzisiaj, 6 dni później, ważę nieco ponad 70 kg (w międzyczasie doświadczyłam nawet radości z ujrzenia 6 z przodu) i naturalne, że teraz nie chcę ważyć ani grama więcej. Ale najbardziej okrutne i tak jest to, że nikt tego nie zauważy, niezależnie od tego jak wielkim wysiłkiem mój "sukces" jest okupiony.  Bo dla kogo różnicę robi 3-4 kg przy mojej nawadze? No chyba, że 3-4 kg w górę... wtedy zauważy każdy, a i wielu bezczelnie ten fakt skomentuje. Czuję się podle, bo praktycznie codziennie obżeram się jak opętana, a później wymiotuję do utraty sił. I za każdym razem chciałabym, poza jedzeniem, zwymiotować całe swoje wnętrze... Swoje emocje, uczucia, doświadczenia, myśli, przeżycia, a nawet swoją świadomość. Dosyć mam wiecznych kłótni rodziców, pretensji, ukrywania swoich problemów i udawania, że jest hm normalnie. Nie jest normalnie. W poniedziałek nie jadłam nic, cały dzień piłam tylko wodę z cytryną i syropem klonowym. Czułam się świetnie, bo nie wymiotowałam. We wtorek miałam to powtórzyć, ale już wieczorem odczułam silną potrzebę jedzenia i co ciekawe nie był to głód fizyczny. Więc zjadłam, pojawiły się wyrzuty sumienia, no to jadłam dalej już z myślą pozbycia się tego zaraz po zjedzeniu. O dziwo, później do wieczora udało mi się przetrwać, już nic nie jedząc. Od środy zaczęłam dietę kefirową. Z trudem, ale się udało - 4 naturalne kefiry i nic więcej. Żeby nie poddać się w kolejnych dniach, postanowiłam "urozmaicić" swoje menu o kefiry smakowe. Niestety od czwartku żyję w błędnym kole. Dieta kefirowa swoją drogą, a cała reszta, która i tak nota bene ląduje w klozecie, swoją. Na dzień dzisiejszy robi mi się niedobrze na widok kefiru, a mimo to wmuszam go w siebie i powmuszam jeszcze jutro (skróciłam okres tej męki do jutra, bo i tak do nieczego ona nie prowadzi). Nie wiem tylko co dalej?? Kolejna restrykcyjna dieta o krótkotrwałym, niezauważalnym efekcie? Normalna, zdrowa dieta? Powrót do jedzenia bez ograniczeń, byle zerwać z bulimią i czuć się choć trochę bardziej szczęśliwą? Tak naprawdę żadne z tych rozwiązań nie jest dobre i nie poskutkuje na dłuższą metę tak jakbym chciała. Cokolwiek zrobię, jeśli zacznę jeść i przestanę wymiotować- w kilka dni przytyję do tego co było, jak nie więcej. Czuję się jak w pułapce bez wyjścia. I co mam sobie zrobić kolejny napis na ręce? Po co? Jakiś czas temu do napisu "HELP" dołączył napis "ED" (od eating disorders - zaburzenia odżywiania) - teraz mam paskudne blizny. Dokładnie widać oba napisy i nie ma co liczyć na to, by w najbliższym czasie zbledły. Chcąc nie chcąc, pokazałam je "światu" zakładając koszulę z krótszym rękawem. Pierwsze pytanie od kolegi na uczelni, odmówiłam rozmów na ten temat. Drugie pytanie od mamy. Powiedziałam wprost "zrobiłam sobie to nożyczkami". Zero reakcji, poza wielkim zdziwieniem. I nie ma tematu. Następnego dnia już od progu na mnie naskoczyła z wyimaginowanego powodu. Inną kwestią moich problemów jest oczywiście narastająca samotność. I tutaj rozpisywać się nie będę. Jedyne czego teraz chcę, poza tak naprawdę już chyba obecnym celem życiowym: "schudnąć", to normalne życie. Budzić się i zasypiać, bez natrętnych myśli. Jeść normalne posiłki, bez szczególnego zastanawiania się nad każdym z nich. Przestać wymiotować. Mieć koło siebie życzliwych ludzi, a choćby jednego przyjaciela. Zaakceptować siebie. Tak naprawdę tylko wizja normalnego życia, nie pozwala mi tak po prostu odejść z tego świata (no dobra, żal mi jeszcze moich oczu :D)... Mieszkam z mężczyzną swojego życia. Zasypiam w jego ramionach i w jego ramionach się budzę. Jemy wspólnie śniadanie, bez pośpiechu. Wychodzimy do pracy, stęsknieni wracamy. Gotujemy smaczny obiad. Spędzamy razem czas, rozmawiamy, idziemy na spacer, gramy w chińczyka - cokolwiek. A wieczorem romantyczna kolacja z lampką czerwonego wina. Podobno za marzenia nie karają, wiec nikt mi tej wizji nie odbierze. I zawsze w tym momencie przypomina mi się adwokat, o którym kiedyś wspominałam. Mimo, iż nasza znajomość trwała bardzo krótko, było w niej coś magicznego. Przez moment czułam się szczęśliwa, chociaż doskonale wiedziałam, że bajka skończy się, kiedy on wróci do siebie, a mnie dopadnie szara rzeczywistość. Rzeczywistość spadła na mnie niestety trochę wcześniej. Kiedy w dość brutalny sposób (bo przez jego pijaną znajomą) dowiedziałam się, że ma dziewczynę. Nie było to dla mnie szczególnym zaskoczeniem - wszak tacy mężczyźni zawsze są zajęci, choć gdzieś tam w środku chciałam wierzyć, że tym razem sie mylę. W każdym razie czułam się jak w bajce... A może ja po prostu chcę w tę bajkę wierzyć?