niedziela, 5 stycznia 2014

Ból fizyczny zamiast psychicznego

Żyję. Boję się zabić. Nie chcę pisać co konkretnie wczoraj sprawiło, że śmierć przypomniała o swoim istnieniu, ale w pewnej chwili nie było nic. Nie wiedziałam co zrobić. Nawet nie płakałam, co zwykle w takich sytuacjach było pierwszą reakcją. Wstałam z łóżka, gotowało się we mnie, ale byłam spokojna. Leki? Mam ich za mało i nie mam pewności, że podziałają. Podciąć sobie żyły? Przecież boję się krwi i przeraża mnie zestaw żyła - żyletka. Wyjść i wpaść pod samochód? Mogłabym przeżyć i zostać kaleką. Wyskoczyć z okna? Mieszkam zbyt nisko. Nie ma śmierci, która by mnie chciała. Muszę żyć. I właśnie to "muszę" jest najgorsze. Nie było osoby, z którą mogłabym porozmawiać. Nikogo. Zupełnie sama walczyłam z tym podłym bólem psychicznym. Nie wiem jak to zdefiniować, ale wiem, że nie ma nic gorszego. Pomyślałam, że może jedzenie - mój przyjaciel. Tym razem nie odczuwałam przymusu jedzenia. Może dlatego, że wcześniej odczuwałam nałogową potrzebę jedzenia słodyczy. Zjadłam, a później z przyzwyczajenia coś jeszcze. Nie skończyło się w toalecie (chociaż zupełnie świadomie miałam taką myśl, ale świadomie tego nie robię... już od tygodnia), bo to były jeszcze normalne ilości. Mimo braku przymusu, poszłam coś zjeść, wierząc, że jedzenie chociaż na chwilę ukoi mój ból. Nie wątpię, że by pomogło, ale do tego potrzebowałabym "uczty", a skoro nic w mojej głowie nie kazało mi takiej urządzać, to jej nie było. Z jednej strony mnie to cieszy, bo byłam wolna od przymusu jedzenia. Ale z drugiej nie wiedziałam jak poradzić sobie z moim cierpieniem. Gdybym tylko wiedziała, że jest taka możliwość i nie jest to zbyt skomplikowane, zadzwoniłabym do psychiatryka, żeby mnie zabrali i najlepiej przypięli pasami do łóżka. Dlaczego? Bo zaczęłam nałogowo maltretować swoją twarz. Dzisiaj wygląda gorzej niż przez ostatnie kilka dni, kiedy to zbliżałam się do pozbycia się tych wszystkich strupów (powiedzmy potrądzikowych). Nie wiedząc jak mogę sobie pomóc, położyłam się spać, wierząc, że ten ból odejdzie. Położyłam się w ubraniu i makijażu, czułam się podle, ale inaczej nie mogłam. Nie miałam sił myśleć jak zdrowy człowiek. Nie mogłam zasnąć, czułam się źle z samą sobą. Wstałam i poszłam do kuchni. Nie po to, żeby jeść. Szukałam alkoholu. Wypiłam 2 kieliszki wódki, popiłam mlekiem i uznałam, że to i tak nie pomoże. Wyjęłam więc resztkę pierniczków. Zjadłam i wróciłam do siebie w takim samym, a może nieco gorszym stanie. Wciąż myślałam, czy istnieje osoba, która w tamtej chwili byłaby w stanie mi pomóc. Nie było takiej osoby. Nie ma takiej osoby. Znów się położyłam. Ból psychiczny mnie rozpierał. Chore myśli wygrywały. Cierpiałam, nawet nie myśląc o tym co spowodowało mój stan. Wstałam, wzięłam ostre nożyczki i zaczęłam się kaleczyć. Wyryłam sobie na ręcę napis "HELP". Nie wiem dlaczego. Bolało, ale przyniosło ulgę, bo ból psychiczny ustąpił miejsca fizycznemu. W końcu czułam tylko ból ręki, opuchliznę i wyżłobiony napis. Zasnęłam.

***
Poniekąd jestem z siebie dumna. W końcu to zrobiłam. Ale z drugiej strony, kiedy się dziś obudziłam i zobaczyłam wielki, czerwony napis na ręce... Przecież jak pokażę się z tym na siłowni? Na szczęście obecnie tylko tam pokazuję przedramiona. Nie wiem jak długo to się będzie goić, nie wiem, czy zostawi bliznę i nie wiem, czy w przypływie kolejnego ciężkiego bólu psychicznego, nie będę tego "odświeżać".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz