piątek, 10 stycznia 2014

Podstępna suka

Podstępna suka. Bulimia. Tak ją właśnie nazwałam dziś w pracy, kiedy po 3 godzinach nie musiałam iść na przerwę, co więcej nie byłam głodna i miałam o wiele więcej energii niż zwykle po godzinie. Dziś 13 dzień jak nie wymiotuję. Powoli zaczynam zauważać jak wiele bulimia mi zabrała. Teraz doceniam wolność. Napawam się każdym dniem wolności. A jeszcze bardziej każdym dniem bez obżarstwa. W przeciągu tych 13 dni bywało różnie z jedzeniem, ale każdy kolejny dzień bez wymiotowania motywował mnie do wytrwałości w tym postanowieniu, nawet gdy zjadłam więcej niż zwykle. Nie odmawiałam sobie też wszystkiego tak rygorystycznie. Jednego dnia zjadłam nawet chipsy - pierwszy raz od lat ich nie zwróciłam. Do nocy czułam się paskudnie. Ja już po prostu takich śmieci nie trawię.
Od 13 dni notuję co danego dnia zjadłam. Z doświadczenia wiem, że podświadomie to pomaga. Nawet, jeśli w początkowych dniach jadłam więcej (raz nawet podczas silnej ochoty na słodycze - 2 wafelki i 2 batoniki) i nie miałam ochoty dalej prowadzić "dzienniczka", następnego dnia skrupulatnie go uzupełniałam. Tak naprawdę dopiero kilka dni temu postanowiłam zacząć się pilnować z jedzeniem i więcej ćwiczyć, a od przyszłego tygodnia wprowadzić konkretne zasady w życie. Dotychczas mi się udawało. Nawet nie ważyłam się zbyt często. Trwałam w postanowieniu, mimo odczucia, że tyję. W końcu się zważyłam. Porażka. Wczoraj dzień marchewkowy, po którym zwykle była reakcja spadku wagi. Tym razem nie. Codziennie kładłam się spać głodna i nieszczęśliwa, ale kiedy po raz kolejny na wadze zobaczyłam 73 kg, chciało mi się płakać. Poczytałam trochę w internecie. I niestety, tak jak myślałam wychodząc z bulimii trzeba liczyć się ze wzrostem wagi. Dopiero teraz mój organizm przestawia się na normalne funkcjonowanie. Chciałoby się powiedzieć "niemożliwe, takie skutki po pół roku choroby", jednak uświadomiłam sobie, że tak naprawdę wyniszczać zaczęłam się już 2 lata temu. Wcześniejsze próby diet nigdy nie działały na dłuższą metę, więc też nie odczuwałam tak negatywnych skutków. Dopiero w 2011 roku pierwsze długotrwałe i sukcesywne odchudzanie. 3 miesiące jedzenia tylko rano w dużych ilościach. Później jeden posiłek więcej i aktywność fizyczna (tak naprawdę chyba tylko dzięki temu okresowi nie przytyłam wtedy, bo był najzdrowszy ze wszystkiego czego przez te 2 lata sie dopuściłam). Później powrót napadów obżarstwa, intensywne ćwiczenia, permanentne przetrenowywanie, nierzadko głodówki. Z czasem regularna bulimia przeplatana głodówkami i intensywnymi ćwiczeniami. Do tego coraz częstszy brak snu, stres, problemy zdrowotne. Także już od 2 lat nie jadłam normalnie. Nie żyłam noralnie. Teraz, kiedy chcę to zmienić, jedząc nawet bardzo niewiele, tyję lub stoję w miejscu. Chyba się z tym pogodziłam, bo teraz bardziej niż kiedykolwiek, jestem pewna, że nie chcę bulimii. Oczywiście nie chcę tyć, więc kontynuuję dietę, nawet mimo braku efektów. Wiem już, że nikt mnie nie pochwali za kolejny dzień bez wymiotownia, mój mały sukces... Wiem, że nikt nie podtrzyma mnie na duchu w chwili kryzysu. Mam tylko siebie i nie mogę liczyć, że to się po prostu zmieni. I nie, nie użalam się nad sobą. Zwyczajnie dzielę się spostrzeżeniami, godzę się z rzeczywistością i doceniam, że chociaż ja sama stoję po swojej stronie. A może wkrótce stanie ktoś jeszcze? Póki co z przerażeniem wchodzę na wagę, zaczynam też bać się jedzenia. Nawet mam wrażenie, jakbym od wody tyła. Pokrzepiające jednak były niektóre wpisy na forum, które wczoraj czytałam. Trzeba wytrwać, by zobaczyć efekty (w chwilach słabości tłumaczę to sobie w ten sposób, że lepiej jest tak jak jest niżli miałoby być gorzej). Tak jak zdrowy człowiek rozpoczynający odchudzanie, na początku sporo chudnie, tak bulimiczka, wychodząca z choroby i rozpoczynająca przy tym normalne odchudzanie, paradoksalnie musi najpierw przytyć. Tym większa była moja radość, kiedy dziś na wadze ujrzałam 72,5 kg! Wystarczyło, że się wyspałam i poniekąd przestałam przejmować. Nie tylko wagą i dietą, ale i niepowodzeniami i innymi ludźmi. Ku mojemu zaskoczeniu potafię nie myśleć o tym obsesyjnie i potrafię jeść wyłącznie dla zaspokojenia głodu fizycznego (no może na razie nie tak w 100% wyłącznie - cudów nie ma), nawet gdy psychicznie też coś nie gra. Apropo psychiki. Byłam u psychologa. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu wracać do terapii, która nie przynosiła większych efektów. W przyszłym tygodniu owy psycholog przygotuje dla mnie spis terapeutów specjalizujących się w zaburzeniach odżywiania. Psychoterapia jest mi teraz bardzo potrzebna, ale tylko właściwa. Bo to przecież nie tylko o bulimię chodzi. Bulimia to tylko objaw tego, co jest głęboko w środku. Jak nie wyleczę "wnętrza", nie tylko nadal nie będę potrafiła nawiązywać trwałych relacji z innymi ludźmi, zaprzestać wiecznego krytykowania samej siebie i zniszczyć ideałów w mojej głowie, ale i zapewne znajdę sobie inną obsesję. Istotnym jest też fakt, że tym razem, nawet po kilkunastu dniach bez bulimii, nadal jestem bulimiczką, nadal widzę problem i nadal widzę potrzebę leczenia, podczas gdy wcześniej starałam się wszystkim, a przy okazji sobie samej coś udowodnić, uważałam się za lepszą, pozornie kontrolowałam sytuację. Tak naprawdę to podstępna suka kazała mi ukrywać słabości, ale dopiero kiedy się okaleczyłam, zrozumiałam jak głupia byłam, że jej słuchałam. To co zrobiłam na pewno miało duży wpływ na moje obecne życie. Napis na mojej ręce (szczególnie, że nieprzypadkowy) wciąż przypomina mi własną bezsilność. Bezsilność mojego prawdziwego "ja". To tak jakbym chciała zniszczyć podstępną sukę. Zraniłam ją, nie siebie. Przeciwstawiłam się jej, może dlatego odpuściła. Pytanie tylko na jak długo...

niedziela, 5 stycznia 2014

Ból fizyczny zamiast psychicznego

Żyję. Boję się zabić. Nie chcę pisać co konkretnie wczoraj sprawiło, że śmierć przypomniała o swoim istnieniu, ale w pewnej chwili nie było nic. Nie wiedziałam co zrobić. Nawet nie płakałam, co zwykle w takich sytuacjach było pierwszą reakcją. Wstałam z łóżka, gotowało się we mnie, ale byłam spokojna. Leki? Mam ich za mało i nie mam pewności, że podziałają. Podciąć sobie żyły? Przecież boję się krwi i przeraża mnie zestaw żyła - żyletka. Wyjść i wpaść pod samochód? Mogłabym przeżyć i zostać kaleką. Wyskoczyć z okna? Mieszkam zbyt nisko. Nie ma śmierci, która by mnie chciała. Muszę żyć. I właśnie to "muszę" jest najgorsze. Nie było osoby, z którą mogłabym porozmawiać. Nikogo. Zupełnie sama walczyłam z tym podłym bólem psychicznym. Nie wiem jak to zdefiniować, ale wiem, że nie ma nic gorszego. Pomyślałam, że może jedzenie - mój przyjaciel. Tym razem nie odczuwałam przymusu jedzenia. Może dlatego, że wcześniej odczuwałam nałogową potrzebę jedzenia słodyczy. Zjadłam, a później z przyzwyczajenia coś jeszcze. Nie skończyło się w toalecie (chociaż zupełnie świadomie miałam taką myśl, ale świadomie tego nie robię... już od tygodnia), bo to były jeszcze normalne ilości. Mimo braku przymusu, poszłam coś zjeść, wierząc, że jedzenie chociaż na chwilę ukoi mój ból. Nie wątpię, że by pomogło, ale do tego potrzebowałabym "uczty", a skoro nic w mojej głowie nie kazało mi takiej urządzać, to jej nie było. Z jednej strony mnie to cieszy, bo byłam wolna od przymusu jedzenia. Ale z drugiej nie wiedziałam jak poradzić sobie z moim cierpieniem. Gdybym tylko wiedziała, że jest taka możliwość i nie jest to zbyt skomplikowane, zadzwoniłabym do psychiatryka, żeby mnie zabrali i najlepiej przypięli pasami do łóżka. Dlaczego? Bo zaczęłam nałogowo maltretować swoją twarz. Dzisiaj wygląda gorzej niż przez ostatnie kilka dni, kiedy to zbliżałam się do pozbycia się tych wszystkich strupów (powiedzmy potrądzikowych). Nie wiedząc jak mogę sobie pomóc, położyłam się spać, wierząc, że ten ból odejdzie. Położyłam się w ubraniu i makijażu, czułam się podle, ale inaczej nie mogłam. Nie miałam sił myśleć jak zdrowy człowiek. Nie mogłam zasnąć, czułam się źle z samą sobą. Wstałam i poszłam do kuchni. Nie po to, żeby jeść. Szukałam alkoholu. Wypiłam 2 kieliszki wódki, popiłam mlekiem i uznałam, że to i tak nie pomoże. Wyjęłam więc resztkę pierniczków. Zjadłam i wróciłam do siebie w takim samym, a może nieco gorszym stanie. Wciąż myślałam, czy istnieje osoba, która w tamtej chwili byłaby w stanie mi pomóc. Nie było takiej osoby. Nie ma takiej osoby. Znów się położyłam. Ból psychiczny mnie rozpierał. Chore myśli wygrywały. Cierpiałam, nawet nie myśląc o tym co spowodowało mój stan. Wstałam, wzięłam ostre nożyczki i zaczęłam się kaleczyć. Wyryłam sobie na ręcę napis "HELP". Nie wiem dlaczego. Bolało, ale przyniosło ulgę, bo ból psychiczny ustąpił miejsca fizycznemu. W końcu czułam tylko ból ręki, opuchliznę i wyżłobiony napis. Zasnęłam.

***
Poniekąd jestem z siebie dumna. W końcu to zrobiłam. Ale z drugiej strony, kiedy się dziś obudziłam i zobaczyłam wielki, czerwony napis na ręce... Przecież jak pokażę się z tym na siłowni? Na szczęście obecnie tylko tam pokazuję przedramiona. Nie wiem jak długo to się będzie goić, nie wiem, czy zostawi bliznę i nie wiem, czy w przypływie kolejnego ciężkiego bólu psychicznego, nie będę tego "odświeżać".

środa, 1 stycznia 2014

Nie potrafię udawać

Po raz kolejny przekonałam się, że jestem inna. Nie potrafię bawić się na siłę, nie potrafię nikogo tak po prostu olać, często nie potrafię odmówić, a ostatnio nie potrafię też płakać. Zaczęłam czuć się, jakbym oszukiwała przeznaczanie. Już dawno powinnam zniknąć z powierzchni ziemi, a ja nadal uparcie tu jestem. Żyję i chcę żyć dalej. Nie wiem tylko jak żyć. Osobiście widzę 3 opcje: psychiatryk, szczera miłość lub samotne mieszkanie. Problem w tym, że żadna z tych opcji nie jest dostępna teraz, zaraz. Jestem coraz bardziej zagubiona i samotna. W mojej głowie dzieją się różne rzeczy i naprawdę z czystym sumieniem każdemu życzę, by kiedyś przekonał się co mam na myśli. To okropne uczucie, kiedy bardzo chcesz coś zrobić, a nie możesz. Efektem tego są wzmożone myśli samobójcze. Boję się, że kiedyś nie wytrzymam i zrobię, zanim uda mi się pomyśleć. Zawsze, kiedy ktoś popełnia samobójstwo rodzina i znajomi zastanawiają się dlaczego. Dlaczego nic nie zauważyli, dlaczego dana osoba nie powiedziała, że jej źle, dlaczego już jej po prostu nie ma. A ja się pytam, dlaczego nikt nie reaguje kiedy będąc bliska śmierci, chowam w kieszeń dumę i niemalże wszystkim mówię jak jest źle, wspominając o coraz częstszych myślach samobójczych? Czy dopiero jak to zrobię, wszystkim otworzą się oczy?