czwartek, 25 grudnia 2014

Misja: nie przytyć w święta

Mam tutaj na myśli ciąg świąteczny, od Bożego Narodzenia począwszy, a na święcie Trzech Króli skończywszy. Zawsze gdzieś pomiędzy, przynajmniej u mnie w domu, jest niecodzienna ilość jedzenia. Nie przytyć to jedno, a zachować umiar - drugie. Zwykle w wigilę żarłam wszystko, a z każdym kolejnym, wolnym dniem kontynuowałam. Tym razem chciałam, by było inaczej. Szczególnie, że ostatnio moja waga ma tendencję spadkową. Punktem wyjścia z patowej sytuacji jest mój sposób odżywiania się. Omijanie lub ograniczanie pewnych składników żywności (o których wspominałam tu), a także jedzenie porcji jak w normalny dzień, w przyzwoitych odstępach czasowych. Z tym drugim oczywiście mam problem. I nic dziwnego, skoro sama przygotowałam wiele smacznych i bezpiecznych (pod kątem mojej diety) potraw:

korzenne pierniczki jaglane

tradycyjny (zakalcowaty) piernik na miodzie

mój pierwszy w życiu własnoręcznie robiony makowiec

chleb ze śliwką

niezwykle oryginalne uszka z grzybami

sałatka śledziowa

pierogi z kapustą i grzybami

po lewej: farsz do uszek, po prawej: farsz do pierogów

... a także barszcz mojej mamy, który uratował wigilię (barszcz też miałam gotować ja, ale mój wspaniały zakwas porósł pleśnią)

Podsumowując wigilia minęła średnio, jednak porównując ją do lat ubiegłych - skrajnie inaczej. Lepiej. Po pierwsze, mimo protestów mamy, zrezygnowałam ze sztucznego dzielenia się opłatkiem i wysłuchiwania przy tym całej litanii jaka to ja nie powinnam być. Po drugie nie jadłam na siłę. Do teraz nie jadłam karpia (toteż nie ma zdjęcia, bo jeszcze go nawet nie przyrządziłam), własnoręcznie lepionych pierogów, ani żadnego rodzaju kapusty. Nie tknęłam też piernika siostry. I nie tknę. Mimo naprawdę apetycznego wyglądu, wiem, że jest tam syrop glukozowo-fruktozowy i kwas cytrynowy pod postacią powideł i galaretki. Wiem, że ilekroć go jadłam, przestawałam odczuwać sytość. I żarłam. W zasadzie jedyny minus jaki dostrzegam z perspektywy dwóch dni pt. "święta czas zacząć - jedzenie można ruszyć" to pochłonięcie zbyt dużej ilości słodkości. Wczoraj przymknęłam na to oko, bo z rana spaliłam prawie 1500 kcal, przebiegajac 20 km. Jednak dzisiaj po 2 kawałkach makowca i 5 naprawdę sycących jaglanych pierniczkach, opamiętałam się. 

Waga z wczoraj rana: 67,5 kg.

A oto ja w wersji mikołajkowej.

I w wersji z choinką hahaha.

Wesołych!

piątek, 12 grudnia 2014

Impossible is nothing

Od kilku dni nakręca mnie piosenka mojego dzieciństwa. No może bardziej czasów nastoletnich. Swego czasu byłam wielką fanką Britney Spears. Nie jestem zbytnio sentymentalna, ale czasem lubię wrócić do tych beztroskich czasów. Teraz "Crazy" stało się moim hymnem biegowym. W poniedziałek przebiegłam 21 km! Zajęło mi to 2 godziny 10 minut i 49 sekund i spaliłam przy tym 1569 kcal. Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Wiem też, że kiedyś pobiegnę w prawdziwym półmaratonie. Przypuszczam, że już w 2016 roku. Chcę się dobrze przygotować, żeby również w nieco gorszych warunkach (brak wody pod ręką, nieprzewidywalne warunki pogodowe, ustalony z góry termin, który może okazać się moim nienajlepszym) dać radę.



To nie wszystko...
1. Uświadomiłam sobie, że wcale nie mam nieskończonej liczby kilogramów do zrzucenia, zaledwie kilka. Modelką być nie zamierzam.
2. W ciągu ostatnich dni zdarzało się, że żarłam, a i nawet odczuwałam przymus jedzenia dla samego jedzenia, ale ani razu nie wsadziłam do ust czegoś co zawiera syrop glukozowo-fruktozowy (lub inne), mimo iż raz trzymałam już w ręce ptasie mleczko z tym świństwem. Było mi prawie wszystko jedno. Prawie. Odłożyłam. Każda taka decyzja sprawia, że czuję się silniejsza. Bez żalu rozdałam po rodzinie słodycze, które dostałam od siostry na mikołajki. Chociaż przyznaję, wolałabym, by moja rodzina przestała się tym truć. Postanowiłam też, że do mojej listy "nie tykam"* dołącza oficjalnie kwas cytrynowy (E330), polirycynooleinian poliglicerolu (E476), znajdujący się w wielu czekoladach, kwas fosforowy (E338), kojarzący mi się głównie z colą, której i tak nie piję oraz kwas benzoesowy (E210) i benzoesan sodu (E211). Jeśli mam możliwość, rezygnuję też z dwutlenku siarki (E220), którym często konserwowane są owoce suszone, karagenu (E407) dodawanego do śmietanek, utwardzonego tłuszczu roślinnego, mono- i diglicerydów kwasów tłuszczowych (E471a-E471f), azotanów (E249-E252), barwników, aromatów, a także maltodekstryny.
*Już niebawem taka lista zawiśnie w moim pokoju w widocznym miejscu. Poza wymienionymi wyżej, już od jakiegoś czasu znajdują się na niej:
  • syrop glukozowo-fruktozowy, syrop glukozowy, syrop fruktozowy, syrop cukru inwertowanego, syrop kukurydziany (i inne, które mogą się pojawić, a o których jeszcze nie słyszałam)
  • wszelkiego rodzaju syntetyczne substancje słodzące: acesulfam K (E950), aspartam (E 951), sorbitol (E420), mannitol (E421), ksylitol (E977), cyklaminian sodu, sacharynian sodu i wszystkie inne, które przemysł spożywczy wymyślił i zapewne jeszcze wymyśli (tu akurat nie mam problemu, bo nie interesują mnie produkty, które mogą je zawierać: napoje, niskokaloryczne produkty, produkty dla diabetyków, czy słodziki)
  • glutaminiam sodu (E621)
  • BHA (E320), znajdujący się m.in. w gumach do żucia oraz podobno w produktach mięsnych (rzadko jadam, a szczególnie przetwory mięsne, stąd dotychczas tam nie spotkałam)
  • BHT (E321) - podobnie jak BHA.
Niejeden chciałby pewnie zapytać co w takim razie jem. Na szczęście jest tego sporo :)
3. W końcu uwierzyłam w siebie i sama siebie motywuję do działania. Co więcej, w pewnym zakresie również siebie zaakceptowałam (póki co taka jaka jestem, ale niewykluczone, że kiedyś zaakceptuję się w pełni, niezależnie od tego jaka jestem) - kupiłam kurtkę w moim obecnym rozmiarze, ale z luzem. Tym razem nie dopasowaną na zasadzie "się schudnie". To żadna motywacja. Patrząc po ludziach w za ciasnych ubrankach - wręcz przeciwnie. To zniechęca i demotywuje. Przynajmniej mnie.
4. Jestem pewna, że robiąc wszystko w zgodzie z sobą i swoim sumieniem, prędzej, czy później osiągnę wszystkie swoje cele.
5. Chce mi sie chcieć.
6. Powoli zaczynam czuć się pewnie i pięknie bez makijażu. Trochę czasu zajęło mi zaakceptowanie faktu, że mam twarz jaką mam, a ukrywanie jej pod makijażem na siłowni (i szkodzenie jej tym jeszcze bardziej) jest bez sensu.
 
7. Wczoraj dokonałam eksperymentu. Myślałam o tym od dawna. Przymierzyłam moją, w zamyśle seksowną, koszulkę nocną na specjalnie okazje, której i tak nie noszę, bo specjalnych okazji brak. Tak, czy inaczej byłam ciekawa jak obecnie będę w niej wyglądać. Przyzwoicie wyglądałam ważąc ok. 65 kg. Kiedy waga wzrosła powyżej 70 kg wyglądałam w niej jak pasztet. Albo raczej wylewająca się z flaka metka. Obecnie jestem zadowolona :)









 


Wrzucam jeszcze zdjęcie fenomenalnego w smaku śniadania, zaczerpniętego z bloga Kaszomania:

Wprost idealne połączenie kaszy jaglanej, jogurtu, ananasa, orzechów, rodzynek i czekolady!













A z mniej przyjemnych rzeczy... W końcu udało mi się dotrzeć do pulmonologa. Nie stosowałam leku na astmę, więc jedyne co można było zrobić to ponowna spirometria. Wyniki były gorsze niż za pierwszym razem. Zdecydowałam więc, że spróbuję sobie pomóc. Zapewne jeszcze nie do końca dobrze stosuję inhalator, ale coś tam do tych oskrzeli docierać musi, a ja nie widzę większej poprawy. Może faktycznie mam nerwicę, której nie kontroluję - poziom hard. Przeraża mnie tylko jedna rzecz - to jest lek sterydowy. Znów czuję się jak wtedy, kiedy brałam hormony. W zasadzie nie przejmowałam się tym zbytnio, bo farmaceutka twierdziła, że od wziewnych się nie tyje. Jednak sprzątaczka z siłowni wybiła mnie z marazmu, twierdząc, że jej córka sporo po takich lekach przytyła. Póki co staram się o tym nie myśleć.

Waga z dziś rana: 69,3 kg.

środa, 26 listopada 2014

Dobra mina do złej gry

Dziś po raz kolejny POSTANOWIŁAM ogarnąć się z jedzeniem. Po raz kolejny zaczęłam tak:


po to, by skończyć z poczuciem winy, wciskając w siebie kolejne kromki białego chleba, a w myślach analizując kuchenne zapasy. No tak, bo przecież skoro dziś już poległam, a po raz kolejny zaczynać będę "dopiero" jutro, to jeszcze dziś trzeba zaszaleć. I tak w kółko. Jednak gdzieś podświadomie czuję, że to ma sens. Oczywiście nie sam w sobie. Z biegiem takiego właśnie życia na krawędzi, zupełnie niepostrzeżenie, stopniowo przestałam się głodzić i wymiotować, wyeliminowałam z diety pewne produkty i nie sięgam po nie NIGDY*, zdecydowanie rzadziej się ważę, nie kaleczę się i nie uważam, by jakikolwiek człowiek (w tym facet) mógł naprawić mój świat. Ciągle pozostają jednak sytuacje, w których sobie nie radzę. Zauważyłam ostatnio, że moje życie jest bardzo podobne do życia pewnej serialowej bohaterki - Marty (Joanna Jabłczyńska) z Na Wspólnej (jeśli ktoś ogląda, ten wie). W skrócie: samotna, ale niezwykle zaradna, zabiegana kobieta (sukcesu), która wybiera karierę zamiast ułożonego życia u boku faceta. Dla innych silna, uśmiechnięta, zadbana. Dla siebie samej beznadziejna, bo nie idealna we wszystkich sferach życia. Na ostrych życiowych zakrętach sięga po alkohol. Tak jak ja sięgam po jedzenie. Nawet ostatnio rozmawiając z kumplem, jak stwierdziłam, że w przyszłości chcę pracować w wielkiej korporacji, a wieczorem wracać do pustego mieszkania - uznał, że taka wizja przyszłości do mnie pasuje. Cóż... może wtedy byłabym spełniona chociaż zawodowo. A póki co spełniam się sportowo. Od ponad 2 tygodni znowu regularnie biegam. Staram się trenować najczęściej jak to tylko możliwe. W pierwszym i drugim tygodniu było to po 6 dni. W pierwszym tygodniu przebiegłam łącznie 76 km, w drugim 69 km, a w bieżącym na chwilę obecną 25 km (2 treningi).

*mam tutaj na myśli produkty zawierające syrop glukozowo-fruktozowy (i inne tym podobne syropy), produkty wysokoprzetworzone (typu zupki, czy sosy w proszku), słodkie napoje, chipsy, a już niedługo pewnie do kategorii NIGDY dołączą produkty zawierające kwas cytrynowy i inne słone przekąski

Waga z dziś rana: 70,3 kg

niedziela, 2 listopada 2014

Bałagan

Istny chaos zapanował nie tylko w moim pokoju, ale i całym życiu. Zupełnie niezauważenie wkroczyłam na starą, złą drogę. Zaczęłam jeść chemię, wmawiając sobie za każdym razem, że wybieram tylko mniejsze zło, bo przecież batonika z syropem glukozowo-fruktozowym jestem w stanie odłożyć, będąc przy kasie... ale już batonika zawierającego cukier - nie. Emulgatory, regulatory kwasowości, konserwanty o mniej znanych nazwach, barwniki i spulchniacze. Widziałam na etykiecie, ale udawałam sama przed sobą, że nie widzę. Bardzo szybko wrócił trądzik, co spotęgowało moją niechęć do życia. Jednocześnie znów zaczęłam czuć przymus jedzenia czegokolwiek dla samego jedzenia, nawet wtedy gdy nie mam ochoty jeść. Nic więc dziwnego, że przytyłam. Nie mam na nic sił, nawet ogarnąć tego burdelu na kółkach, który jest wokół mnie. Serio, nie chcecie tego widzieć. No ok, nie dorobiłam się jeszcze pająków w każdym rogu, klejących plam na podłodze i brudnej bielizny na środku, ale dla osoby lubiącej porządek i harmonię wystarczy stojący przy biurku od kilku dni worek ze śmieciami, porozrzucane gdzie bądź kosmetyki, obwieszone rozwalonymi ubraniami krzesło i brudne naczynia. Wniosek? Chyba jednak tym razem MUSZĘ się ogarnąć, zanim zrobi się za późno. Szczególnie z (nad)wagą. Dla większości czytających to pewnie nic wielkiego (najwidoczniej i ja w to nieopatrznie uwierzyłam), ale żyjąc tak jak żyję, nie mam szans na bezstresowe utrzymanie wagi (o redukcji tłuszczu nie wspominając). Zdałam sobie właśnie sprawę, że lepiej zrobić z sobą coś teraz (chociażby wrócić do zdrowego trybu życia, który niekoniecznie powodował spadek wagi, ale przynajmniej przynosił szereg innych korzyści) niż doprowadzić się do stanu chorobowego i dopiero wtedy żałować, że nie zrobiło się nic wcześniej. Zdecydowanie bardziej wolę pocierpieć teraz, mając do zrzucenia 10-15 kg niż za jakiś czas zmagać się z niewyobrażalnie dużą nadwagą, a w pakiecie jeszcze presją czasu i otoczenia. Wiadomo jak jest - im człowiek waży więcej, tym szybciej chce schudnąć, szczególnie jeśli wcześniej taki nie był. Dokładnie pamiętam swoje odchudzanie, bedąc grubasem, który nigdy nie widział (ani nawet nie potrafił sobie wyobrazić!) siebie w wersji co najmniej normalnej. To odchudzanie było powolne, bez wewnętrznej presji i przymusu, na dłuższą metę niezapalnowane. Wiedziałam, że po raz kolejny może się nie udać, ale nie "celebrowałam" porażki takim obżarstwem jak robię to obecnie. Teraz z kolei jest zdecydowanie gorzej, bo doskonale pamiętem jak wyglądałam 10 kg temu. Chyba zbyt usilnie próbuję do tego wrócić. Czuję, że bez obcięcia ilości spożywanego żarcia, się nie obędzie. Nie chcę, by za 2 miesiące moja refleksja brzmiała "jedyne co zrobiłam przez ten rok to przytyłam".

czwartek, 23 października 2014

Przetrwać

Niedaleko mojego domu otworzyli dziś nowy sklep. Po raz kolejny uciekłam. Pizza, kiełbaski z grilla, croissanty... w myślach prawie się poryczałam. Z wyrzutami sumienia wzięłam tylko latte, odmawiając sobie za to pumpkin spice latte, na które właśnie dziś planowałam się wybrać. Nota bene wybieram się już od roku. Wbrew pozorom taka duża, słodka kawa to bomba kaloryczna - odkąd się uświadomiłam, ograniczam wyjścia na takie kawy do okazjonalnych. Ale to nie wszystko. Będąc w sklepie z radością wrzuciłam do koszyka kilka moich ulubionych jogurtów z oferty specjalnej i już pakowałam kolejne, kiedy zainteresował mnie jakiś nowy jogurt. Zerknęłam na etykietę, by sprawdzic jaki to smak, a pierwsze co rzuciło mi się w oczy to syrop glukozowo-fruktozowy. Od razu chwyciłam jeden z jogurtów, które miałam w koszyku, by sprawdzić, czy przypadkiem i w tym go nie ma, jednocześnie modląc się, by go tam nie było. Był. W każdym. I bum. Chwila zastanowienia. Odłożyłam wszystkie. Rozgoryczona wróciłam do domu. Po drodze jednak spotkał mnie miły gest. Jakiś facet się do mnie uśmiechnął i życzył miłego dnia. Odpowiedziałam więc: "dziękuję i wzajemnie" na co ten: "miły to byłby przy Tobie". Padłam. Po trosze zrekompensował mi odmówienie sobie wszystkiego, co mogłam zjeść, a czego nie zjadłam. Na zwieńczenie tego zakręconego dnia poszłam na siłownię. Poczułam się fantastycznie, kiedy po raz kolejny przebiegłam 12 km. Przetrwałam!

poniedziałek, 20 października 2014

Zmora przeszłości

Spotkałam dziś jednego z facetów, z którym swego czasu łączyło mnie łóżko. Nie byłoby w tym nic wielkiego (właśnie uśmiadomiłam sobie, że jakiś czas temu widziałam innego z TYCH i zero refleksji), gdyby nie fakt, że ten był w jakimś sensie istotny dla mnie. Wtedy oczywiście szukałam wsparcia, bliskości, czułości, poczucia bezpieczeństwa i zapewne jeszcze pocieszenia po nieudanym związku. Szukałam tego pod postacią faceta, nie w sobie. Tak, czy inaczej kiedy się odwrócił i byłam prawie pewna, że to on, momentalnie się odwróciłam i... uciekłam. Pół dnia zajmował moją głowę: on/nie on, czy mnie poznał i co on tam właściwie robił?? A do tego "cholera jasna, dlaczego akurat dziś tak okopnie wyglądałam?!". Później w biegu codzienności na chwilę zapomniałam. Wróciło, gdy jakby na ironię, w słuchawkach z ponad 100 piosenek wylosowała się akurat ta, którą "poznałam" dzięki niemu. W efekcie byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam w autobusie znajomego, w którego stronę patrzyłam. Na szczęście wykłady sprowadziły mnie na ziemię. W gruncie rzeczy już od prawie 2 lat nie mam kontaktu z tym swego rodzaju "ex" i nie chcę mieć, zwyczajnie zapomniałam. Z tego co wiem w międzyczasie zrobił jednej naiwnej dziecko i... nadal szuka szczęścia. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony wiem, że żaden facet nie jest lekarstwem na moje problemy, a z drugiej mimo woli, wspomnienia odżyły. Nie żeby jakoś szczególnie zaprzątał moją głowę, ale przyznaję, że ciśnienie podskoczyło, gdy przed chwilą odczytałam wiadomość od niego. Znaczy, że to był on. Poznał mnie przez ten ułamek sekundy, a na dodatek twierdzi, że świetnie wyglądałam, "jak zawsze". Cieszy mnie, że obecnie jest mi obojętny. Jak każdy facet. Napisze to napisze, nie napisze to nie napisze. Odpisałam mu z automatu, nie czekam z utęsknieniem na odpowiedź.

sobota, 18 października 2014

Od jutra zaczynam

Przegrałam.
Nie wiem, dlaczego. Nie mniej jednak chyba po raz pierwszy nie próbuję "winy" zwalać na coś lub kogoś.

Wszystko było wprost bajecznie piękne. Żyłam z dala od żywnościowej chemii, regularnie trenowałam, nie ważyłam się, dbałam o jakość i długość snu, godziłam uczelnię z pracą i uśmiechałam się bez jakiegoś większego powodu.
... i tak po prostu się posypało.
Trudno mi nawet wkazać dzień/moment/sytuację, w której to nastąpiło. Zwyczajnie z dnia na dzień pozwalałam sobie na coś, czego w gruncie rzeczy wcale nie chciałam, tylko dlatego, że "zbliża się okres". A im dłużej okresu nie było (mimo wyraźnych objawów PMSowskich), tym bardziej moja frustracja wzrastała. I tak oto okres najzwyczajniej w świecie się pojawił, a i już nawet sobie poszedł, a ja zostałam w czarnej dziurze. Niemalże z dnia na dzień widocznie przytyłam, czego dowodem jest wyraźnie ciaśniejsza bluzeczka "służbowa". Tak, panikuję. Tak, mam obsesję na tym punkcie. Ale po prostu nie jestem w stanie zaakceptować faktu, że teraz każdy mój dzień jest psychiczną męką, wewnętrzną walką, obowiązkiem, a nade wszystko jakąś cholerną pustką. Zaczyna się dietą przez duże D tylko po to, by zwieńczyć go totalnym obżarstwem i bolesną dla mojej duszy myślą: "dobra, dziś jeszcze sobie pozwolę - OD JUTRA ZACZYNAM".

Cały ten czas próbowałam wyjść z owej dziury, obsesyjnie szukając "wybawcy".
Zabawne, ale zawsze kiedy jestem na powierzchni, a nawet sporo nad nią, potrafię być samowystarczalna i robić to, co naprawdę chcę, nie bacząc na konsekwencje. Kiedy zaś się zapadam i tonę w rozpaczy, nagle niczym krwiożercza pijawka potrzebuję jakiegokolwiek współczującego faceta tu i teraz (a najlepiej 24h), nagle nie mam celu w życiu, nagle faszeruję się najgorszą chemią, zawalam nocki nie robiąc nic pożytecznego, a utrzymywanie jakichkolwiek zasad staje się zwyczajnie głupie.
Walnęłam się dziś w głowę. Przecież ja cholera nie chcę faceta, a już na pewno nie po to, by musiał znosić albo moje histerie albo chroniczny brak czasu, w chwilach, kiedy napawam się własnym życiem.
Jutro nie będzie nowej diety. Chcę po prostu uśmiechnąć się zaraz po przebudzeniu, wstać z energią i przeżyć ten dzień najlepiej jak potrafię. Tak jakby to miał być mój ostatni.

piątek, 3 października 2014

Normalnie

Zauważyłam, że zawsze kiedy poniekąd wbrew swojej woli, nie ulegam jedzeniu i robię to, co podpowiada rozum, wszystkie emocje (szczególnie te negatywne) odczuwam... normalnie. A wtedy one bardzo szybko znikają, znika lęk, znikają obsesje i natrętne, acz nielogiczne myśli. Ktoś zapyta co znaczy "normalnie". Zapewne kiedyś już o tym pisałam, ale wtedy nie wiedziałam jeszcze co zrobić, by było normalnie. Normalnie to znaczy hm normalnie. Nie skrajnie silnie, ale też nie obojętnie. Posłużę się przykładem. Zbliża mi się okres, jestem zmęczona, wiecznie meczę się z zatokami, znów rozwalony piec (czyt. zimna woda w kranie), a do tego masa rzeczy na głowie: praca, uczelnia, treningi, regularne i w pewnym sensie też zaplanowane posiłki, generalnie musi być dobra organizacja. I nagle dopadają mnie myśli typu "przytyłaś, zobacz jak wygląda Twoje ciało, tyjesz w zastraszającym tempie, zważ się, rzuć wszystko w cholerę i zjedz coś słodkiego" albo "nie masz na nic czasu, źle się organizujesz (źle, bo przecież można lepiej), marnujesz czas i w ogóle jest Ci tak jakoś smutno, a do tego nic nie jest po Twojej myśli, więc dlaczego nie możesz zjeść kawałka czekolady?". I wtedy zaczynam racjonalnie sobie wszystko tłumaczyć: "na pewno nie przytyłaś, skoro jesz normalnie i ćwiczysz, a ważyłaś się wczoraj, po prostu tak wyglądasz i lepiej, że wyglądasz tak, a nie gorzej, nie możesz sobie nic zarzucić w kwestii odżywiania, więc tylko jak w tym wytrwasz, zobaczysz efekty, a poza tym zbliża się okres, to normalne, że jest Ci źle i możesz ważyć więcej, jeśli zważysz się za tydzień i będzie nawet 3 kg więcej, wtedy będziesz się martwic, a póki co to tylko Twoje subiektywne uczucie, nie można przytyć 10 kg w 1 dzień, poza tym teraz chcesz spać, a nie jeść - jesteś najedzona!". Taka walka z myślami lubi trwać, czasem nawet wystawiam się na pokuszenie, idąc do kuchni i szykując jedzenie na następny dzień, pakuję kawałek czekolady, ale nie działam impulsywnie. Nawet jeśli jest mi źle z jakichś tam ludzkich przyczyn. Następnego dnia w nagrodę dostaję czystą głowę, a zmęczenie i zmartwienia dnia poprzedniego mijają. Jest normalnie. Wiem, że jak ulegnę tym chorym myślom, obudzę się z kacem moralnym i głową pełną natrętnych myśli, będę zagubiona, a mój zły stan będzie się pogłębiać aż znów nie osiagnę dna i się od niego nie odbiję. A ja przecież tego nie chcę. W świetle tych obserwacji, zaburzenia osobowości to tak trochę wymyślony problem. Człowiek sam powinien nad sobą panować, sam z sobą rozmawiać, uczyć się radzić sobie z własną psychiką, której jest władcą. Ostatnio zrezygnowałam z wizyt u psychologa. I jestem z tego dumna, bo wcale ich nie chciałam. Marnowałam czas. Zawsze staram się pytać siebie, czy naprawdę czegoś chcę. Chodzić do ciekawskiej Pani psycholog na pogaduchy (bo w gruncie rzeczy tak wyglądały wizyty), a jeszcze niejednokrotnie wyczekiwać na wyznaczoną godzinę - nie. Nota bene zaobserwowałam bardzo ciekawą rzecz. Pani psycholog była kompletnie bezsilna, kiedy powiedziałam jej, że chcę przerwać "terapię", że mi to nie pomaga, że nie mam czasu, ani potrzeby, że po prostu nie chcę. Używała przeróżnych technik, bym nie rezygnowała. Od zlekceważenia mojej decyzji przez potulne namawianie i wyszukiwanie pasujących mi terminów aż po kilkukrotne ostre zapytanie, czy mimo braku jej zgody na przerwanie terapii, chcę ją przerwać. Normalnie jakby się ode mnie uzależniła. Podobnie jest na uczelni. Wykładowcy stosują przeróżne techniki, żeby studenta "zastraszyć" (od nadmiaru obowiązków i skutków ich niewykonania, po terminy), a nade wszystko bezwiednie nim kierować, mówić co ma robić i czego chce. Używają takich sformułowań, że przeciętnie ambitny student, zaczyna się bać. Bo skrócony semestr, bo czas szybko leci, bo seminarium, praca i egzamin inżynierski, bo trzeba się dobrze przygotować już teraz zaraz, bo jak przyszły inżynier może czegoś nie wiedzieć, bo zaraz drugi stopień (nota bene nie dla mnie, bo ja tego NIE CHCĘ, nie potrzebuję marnować 1,5 roku mojego życia, tylko po to, by mieć "mgr" przed nazwiskiem, jak już zapewne wspominałam nie kręci mnie pęd za bydłem i bieg po coś, co teoretycznie ma stanowić o większej wartości mojej osoby), a najśmieszniejsze dla mnie "bo musisz" coś tam. Kiedyś to na mnie działało, dlatego żyłam w chronicznym stresie. Naprawdę myślałam, że coś muszę. Teraz się nie daję. Niby słyszę, ale nie słucham. Czasem się nawet wyłączam. Przecież to tylko słowa, a ja wiem czego chcę. Wiem, ile mam czasu i wiem, że zrobię wszystko po swojemu, bez pośpiechu. Jestem dorosła, znam swoje obowiązki, znam terminy. Robię to przecież dla siebie. Czuję, że choć wciąż daleko, jestem coraz bliżej prawdziwego szczęścia :)


sobota, 27 września 2014

Obiecane!

Tak jak zapowiedziałam w poprzednim poście, wrzucam zdjęcia jedzenia, którym obecnie się raczę. Przyznaję, że czasem robię jeszcze wyjątki, choćby dziś... domowa Nutella :) Słodka jak nie wiem co, a że odzwyczaiłam się od smaku cukru (dałam trzcinowy, ale to w zasadzie jeden pies - cukier trzcinowy nazywam brązowa śmierć), szybko miałam problem ze sprawdzaniem smaku podczas blendowania.

Śniadanie 1
Zwykle jadam kromkę razowca z masłem/olejem kokosowym i serem żółtym lub wędliną drobiową (zużyję to co mam, a później zastąpię ją smażonymi bez tłuszczu plasterkami fileta z kurczaka), kubeczek twarożka/serka grani lub kawałek zwykłego twarogu i warzywa (papryka, pomidor lub ogórek).


Czasem zjem jogurt naturalny z musem owocowym (zblendowane owoce), kawałkami owoców i orzechami, ale to śniadanie nie syci mnie już tak dobrze jak wersja pierwsza.


Śniadanie 2
Tutaj zdjęcia nie będzie, bo jadam zwykle coś w biegu. Jakiś owoc, a do tego trochę orzechów/bakalii (uważam na ilość) lub 2 wafle ryżowe (jak skończę to opakowanie co mam, raczej z nich zrezygnuję, bo preaparowany ryż, nawet brązowy, raczej daleki jest od naturalnej żywności).

Obiad
Najbardziej kreatywny posiłek. Co prawda, kiedy jem poza domem, zwykle jest to jakaś monotonna potrawka z kurczakiem, ryżem/kaszą i warzywami. Na zimno. I tutaj poniekąd zmuszona jestem do jedzenia ryżu białego, bo brązowy, pomimo nawet godzinnego duszenia całego dania, pozostaje al dente. Ale mam nadzieję i w tej kwestii z czasem coś zaradzić.




Za to jedząc "stacjonarnie", puszczam wodzę fantazji. Ostatnio ugotowałam pierwszą w swojej kulinarnej karierze (i na pewno nie ostatnią!), zupę dyniową (skradła serce nawet mojej wybrednej i uciekajacej od zdrowej żywności siostrze), a od dziś zaczęłam eksperymentować z wegetariańskimi daniami, które "gotują się same" jak mówi o nich Pawlikowska. To właśnie na jej przepisach i wypowiedziach się wzoruję. Generalnie jest coś w tej kobiecie. Uwielbiam jej słuchać i czerpać z mądrości i siły, które dzięki swoim własnym doświadczeniom, przekazuje innym.



Kolacja
Jakieś źródło białka, szczególnie, że zwykle jest to posiłek potreningowy (kubeczek twarożka/serka grani, kawałek twarogu, 3 gotowane jaja lub pół wędzonej ryby, a wczoraj gotowany filet z kurczaka + gotowane jarzyny). Do tego warzywa (papryka, pomidor, ogórek). Na kolację nie jadam już chleba.

!!!
Aaa i szczerze polecam jabłecznik jaglany bez cukru! Kiedyś wrzucałam zdjęcie, z tym, że wtedy był robiony według przepisu. Niedawno wytestowałam wersję bez cukru i naprawdę pycha. Mimo braku cukru jest słodki, a to dzięki zawartości jabłek i bakalii.

wtorek, 23 września 2014

Kac morderca

Kac moralny - jedyny rodzaj kaca, jaki miewam. Od dawna już nie piję alkoholu, a nawet, kiedy go piłam, znałam umiar. Bardzo często jednak budzę się z "kacem moralnym" (nie do końca wiem, czy to ja go tak nazwałam, czy ktoś tak kiedyś nazwał stan, który tym kacem nazywam). Stan, który mam na myśli występuje niemal zawsze, gdy dzień wcześniej opętało mnie jedzenie. Objawy kaca moralnego to oczywiście brak spadku wagi, co przekłada się na kompletne zniechęcenie, brak sił na wszystko, łącznie z wstaniem z łóżka, zły nastrój, drażliwość, wyrzuty sumienia i skrajnie złe samopoczucie. I co wtedy? Nic. Pomimo kaca, najlepiej się zmusić (w imię dobrej intencji można), by zacząć dzień według normalnego trybu - zdrowe śniadanie trochę łagodzi objawy :)

Podsumowując wrzesień, generalnie jadłam regularne, przemyślane i zdrowe posiłki z (jak się ku mojemu zdziwieniu niemal każdego dnia okazywało) deficytem kalorycznym, a do tego intensywnie ćwiczyłam. Generalnie. Prowadziłam w tym miesiącu "rejestr" moich wyczynów, realnie pokazujący, ile dni w miesiącu trzymam się swoich żywieniowych założeń, ile razy w tygodniu ćwiczę i jak zmienia się moja waga. Taki sposób okiełznania własnej osoby doskonale w moim przypadku się sprawdza, więc zamierzam to kontynuować. A wnioski z dotychczasowej "ewidencji"? Zazwyczaj 2 razy w tygodniu zdarza mi się zaprzepaścić wcześniejsze wysiłki niekontrolowanym obżarstwem (dla zobrazowania wrzucam zdjęcie mojego "rejestru" - prowadzić go zaczęłam 7 września) i choć zwykle nie jest to jakaś totalna odskocznia kaloryczna (nigdy nie przekroczyłam 3000 kcal na dzień), waga uparcie stoi w miejscu. Ewentualnie złośliwie gna w górę, po to, by znów na chwilę wrócić do swojej najniższej, nieprzekraczalnej granicy (czyt. 70 kg). Czytałam wczoraj, że pewne osoby mogą mieć problem ze schudnięciem, a każdy słabszy dzień może skutecznie zniweczyć wcześniejsze wysiłki, nawet jeśli były niewspółmiernie większe niż wysiłki innych odchudzających. Wpływ na taki stan rzeczy ma ilość nadprogramowych kilogramów i czas ich posiadania, a także wcześniejsze zaniedbania. Niemądre diety, restrykcje kaloryczne, głodówki, zaburzenia odżywiania, zbyt intensywne ćwiczenia fizyczne, wieczny stres, chroniczny brak snu. Znaczy, że powinnam dawać z siebie 200% i cieszyć się z jakiejkolwiek utraty wagi, zanim mój organizm zacznie normalnie funkcjonować. W związku z tym plany na październik są takie: jak najmniej słabych dni (to te, których nie zakreśliłam na czerwono), zdrowa i jak najbardziej naturalna dieta (to przychodzi z czasem, stopniowo eliminuję pewne produkty i zmieniam dotychczasowe przyzwyczajenia), regularne posiłki, ograniczenie siłowni do 3 intensywnych treningów w ciągu tygodnia (nie tylko, dlatego, że nie będę mieć za wiele czasu na siłownię, ale głównie z tego względu, że zauważyłam u siebie lepsze samopoczucie i spadek wagi, gdy ćwiczę rzadziej i nie na siłę) i odpowiednia ilość snu.

S oznacza siłownię, a waga sprawdzana przypadkowo: W - wieczorem, R - rano

Jeszcze chciałam wspomnieć trochę o moim odżywianiu i plusach zdrowych posiłków (zrobionych z surowców pochodzących z natury, a nie z laboratorium) i unikania przetworzonej żywności z mnóstwem chemicznych dodatków. Trzymając się sztywno swoich zasad i jedząc wyłącznie to, co jest naturalne przede wszystkim nie jestem głodna, nie mam chęci podjadać i nie rusza mnie świeże, białe pieczywo, czy słodycze mojej rodziny zostawione na wierzchu. Czuję się wspaniale zarówno psychicznie jak i fizycznie, a do tego stan mojej cery ulega widocznej poprawie. Ale wystarczy, że nawet świadomie wprowadzę do mojej diety coś, co zawiera chemię (kupny jogurt smakowy, wafelek o akceptowalnym składzie, czy "ciemna" biała bułka z ziarnami), a równowaga w moim organizmie zostaje zakłócona. Później łatwiej jest mi zjeść coś nie do końca zdrowego, chce mi się jeść zaraz po posiłku, a stan cery momentalnie ulega pogorszeniu. Pawlikowska tłumaczy to w dość logiczny sposób - wprowadzając do organizmu wszelkiego rodzaju chemię, czyli truciznę, organizm na wszelkie możliwe sposoby stara się z nią walczyć, żeby utrzymać Cię przy zdrowiu, przestaje więc zajmować się tym, czym powinien naturalnie, rozregulowuje się, a kiedy sobie już nie radzi, wyrzuca ową chemię na zewnątrz przez nadmierne pocenie, wypryski, biegunki, wymioty i wiele innych. Poza tym już po 1 jogurcie/wafelku/bułce, psychika zaczyna tworzyć natrętne myśli i nie pozwala tak po prostu pójść spać i zapomnieć, odzywa sie "uczeń", jak go nazywa Pawlikowska. On nie chce źle, on po prostu tylko taki schemat zna - skoro już zjadłaś coś, po czym odczuwasz choć minimalne wyrzuty sumienia, to masz zielone światło dla jedzenia takich rzeczy w większej ilości (skoro i tak masz już wyrzuty sumienia), zwłaszcza tu i teraz, zanim do głosu dojdzie "nauczyciel", wiedzący czego potrzebujesz naprawdę. To jest jeden z fałszywych kodów podświadomości. Kiedyś zawsze jak zjadłam coś "zabronionego", zaczynałam jeść tego i innych "zabronionych" rzeczy więcej, jakby następnego dnia miały zniknąć z naszej planety (a przynajmniej miałam świadomość, że ponownie będą musiały zniknąć z mojego jadłospisu), a że taki schemat pojawiał się coraz częściej, podświadomość go zapamiętała i zaczęła podsuwać za każdym razem. Działa to na tej samej zasadzie, co sięganie po jedzenie w sytuacjach stresowych.  Dzięki temu wiem, że tylko będąc tak w 100% konsekwentną w swoich świadomych wyborach, te nieświadome, jeśli się w ogóle pojawią, nie będą mi zagrażać. Z czasem błędów na pewno będzie mniej (w zasadzie już jest), a to, co teraz jest dla mnie takim trochę wyuczonym nawykiem, stanie się nawykiem naturalnym. Odruchem bezwarunkowym. Musi tak być.
Pisząc tego posta, doszłam też do wniosku, że wszystko komplikuje się przez rozwój cywilizacji. Gdyby kiedyś ktoś nie wprowadził tych wszystkich substancji dodatkowych i nie wymyślił żywności wygodnej i trwałej, a do tego coraz bardziej udziwnionej i wiecznie nowej, dziś nie byłoby fałszywych kodów, uczucia głodu, mimo zjedzenia posiłku, a przede wszystkim wielu chorób cywilizacyjnych, z żywnością związanych.

A w następnym poście wrzucę zdjęcia moich obecnych posiłków :)

poniedziałek, 8 września 2014

Seromak jaglany znaczy imieninowo

W tym momencie mój blog na chwilę zamieni się w blog kulinarny. Tak naprawdę już od dawna przeplata on wątki psychologiczne i osobiste z jedzeniem. Nie od dziś wiadomo, że gotowanie, pieczenie i eksperymenty kulinarne to moja pasja. Toteż nie podarowałabym sobie, gdybym nie wspomniała o moich imieninowych wypiekach. Zdecydowanym zaskoczeniem okazało się ciasto, które nazwałam seromak jaglany. Ciasto na bazie kaszy jaglanej z twarogiem sernikowym połączone standardową, własnoręcznie robioną (po raz pierwszy!) masą makową. I polane lukrem z cukru trzcinowego, który wcześniej w dość kreatywny sposób rozdrobniłam na cukier puder blenderem (młynek mi się popsuł).


Po udanym eksperymencie w postaci powyższego ciasta, wzięłam się za kolejny wymysł. Bananowe ciasto jaglane z wiórkami kokosowymi i śliwkami.


Polecam jako zdrową, sycącą, a zarazem słodką alternatywę dla konwencjonalnych ciast i słodkości!

Imieniny zakończyłam najzwyklejszą w świecie pizzą, a od wczoraj... jestem na diecie.


Zobaczymy co z tego wyjdzie. Punktem najważniejszym jest ograniczenie... ważenia. Poza tym jakoś specjalnie nie zmieniałam diety pod względem jakościowym, ale ciągle pracuję nad kwestią ilościową. W moim przypadku ta kwestia jest chyba najbardziej problematyczna, niestety. Szczególnie jeśli chodzi o owoce, bakalie i orzechy.
Jestem też po wizycie u ginekologa. Jestem całkowicie zdrowa i mogę odłożyć hormony :)


Edit specjalnie dla pumkaska :)

SEROMAK JAGLANY
Składniki:
300 g suchej kaszy jaglanej + 500 ml wody
165 ml mleka
150 g cukru (ja dałam połowę z tego z racji tego, że w masie makowej też był cukier, ale ciasto jednak wyszło za mało słodkie)
30 ml oleju (w sumie wlało mi sie trochę więcej, więc to takie umowne wartości)
1 jajo
1 łyżeczka sody oczyszczonej
500 g twarogu sernikowego lub serka twarogowego śmietankowego, może być zmielony twaróg lub twaróg uzyskany metodą ultrafiltracji (wszystko jedno, ważne, żeby był gładki i w miarę gęsty)

300 g maku
50 g rodzynek (gdybym miała robić tą masę raz jeszcze dałabym więcej rodzynek)
50 g orzechów włoskich
100 g cukru pudru (ja dałam zwykły cukier w dodatku trzcinowy)
2 jaja

opcjonalnie (składniki na lukier):
cukier puder
woda
sok z cytryny

Sposób wykonania:
Kaszę zalać wodą i gotować na małym ogniu aż wchłonie wodę (ok. 10-15 min), co jakiś czas mieszając, szczególnie pod koniec gotowania, żeby nie przykleiła się do garnka. Taką gorącą kaszę chwilę blendować, żeby powstało puree (nie musi być dokładnie zblendowana, bo jeszcze później całość będzie blendowana, po prostu kasza jest mniej wyczuwalna w cieście jak zblenduje się ją na gorąco, kiedy jeszcze nie jest tak zbita). Do przestudzonej kaszy dodać mleko, cukier, olej, jajo, sodę i zblendować na gładką masę. Następnie dodać twaróg i miksować do połączenia ciasta z twarogiem.
Przygotować masę makową. Mak sparzyć, odsączyć i dwukrotnie zmielić (ja go dość długo blendowałam) tak, by powstała w miarę gładka masa. Odzielić białka od żóltek. Mak wymieszać z cukrem i żółtkami. Rodzynki sparzyć, orzechy rozdrobnić. Dodać bakalie do masy, wymieszać. Białka ubić na sztywną pianę i dodać do masy, delikatnie wymieszać.
Na dno tortownicy (ok. 24 cm średnicy) wyłożonej papierem do pieczenia wlać połowę masy serowo-jaglanej. Na to delikatnie wyłożyć masę makową, wygładzić łyżką. Na masę makową wyłożyć pozostałą część masy serowo-jaglanej. Piec ok. 70-80 min w temp. 180 st. C. Po upieczeniu zostawić w piekarniku, żeby doszło. Najlepiej sprawdzać patyczkiem, czy ciasto jest upieczone (w sensie stabilne, co by się nie rozlało po zdjęciu obręczy od tortownicy). Ja zwykle piekę "na oko" :p

BANANOWE CIASTO JAGLANE Z WIÓRKAMI KOKOSOWYMI I ŚLIWKAMI
Składniki:
300 g suchej kaszy jaglanej + 500 ml wody
3 jaja
150 g cukru (jeśli pieczemy z bananem, a jeśli bez to 220 g cukru)
1 banan (dla tych co lubią posmak banana w cieście)
200 ml mleka
1 łyżeczka sody oczyszczonej
100 ml oleju
ok. 150 g wiórków kokosowych (w sumie wedle uznania, ja zdaje się cśs koło tego dałam łącznie z posypaniem wierzchu ciasta)
śliwki, najlepiej węgierki (polecam dać więcej niż widać na moim cieście, bo dzięki nim ciasto nie jest tak zamulające i słodkie)

Sposób wykonania:
Kaszę zalać wodą i gotować na małym ogniu aż wchłonie wodę (ok. 10-15 min), co jakiś czas mieszając, szczególnie pod koniec gotowania, żeby nie przykleiła się do garnka. Taką gorącą kaszę chwilę blendować, żeby powstało puree (nie musi być dokładnie zblendowana, bo jeszcze później całość będzie blendowana, po prostu kasza jest mniej wyczuwalna w cieście jak zblenduje się ją na gorąco, kiedy jeszcze nie jest tak zbita). Do przestudzonej kaszy dodać jaja, cukier, mleko, sodę, olej i zblendować na gładką masę. Następnie dodać rozgniecionego banana (jeśli pieczemy z bananem) i ponownie zblendować. Do ciasta dodać wiórki kokosowe i wymieszać.
Ciasto wylać na dno tortownicy (ok. 24 cm średnicy) wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć połówki śliwek, posypać wiórkami kokosowymi. Piec ok. 55-60 min w temp. 180 st. C. Po upieczeniu zostawić w piekarniku, żeby doszło. I w tym wypadku najlepiej sprawdzać patyczkiem, czy ciasto jest upieczone.

Teraz musisz przynajmniej jedno z tych ciast upiec i pochwalić się efektami na blogu!
PS. Jeśli chodzi o ciasta jaglane moimi faworytami póki co są murzynek z borówkami (niestety już niedługo trzeba będzie borówki zamienić czymś innym... myślałam o czekoladzie) i "jabłecznik" z bakaliami (w najbliższym czasie planuję go upiec, ale... bez cukru).

czwartek, 28 sierpnia 2014

Klucz do sukcesu

Ciągle się edukuję, błądzę, eksperymentuję, na własną rękę szukam właściwych rozwiązań. Widzę całą moją drogę, szereg zmian, od nieświadomej, w kwestiach odżywiania, dziewczyny, przez bulimiczkę i maniaczkę restrykcyjnych diet aż po coraz bardziej świadomą kobietę, chcącą żyć zdrowo, a jednocześnie szczęśliwie... a do sukcesu nadal daleko. Ale jestem coraz bliższa odkrycia tajemnicy bycia szczupłą i jedzenia bez ograniczeń. I chociaż każdy "znawca" skrzętnie mnie przekonuje, że dieta to deficyt kaloryczny i "dziwne, żeby na diecie być wiecznie najedzonym", a nawet w miarę wzrostu intensywności takich przekonań sama w to wierzę, to doskonale wiem, że to nieprawda. Tak naprawdę już zmieniło się podejście wielu "znawców", bo nie proponują głodowego 1000 kcal dziennie, a w okolicach 1500 kcal, ale na dłuższą metę nie w tym rzecz, by sumować abstrakcyjne cyferki. Chyba w każdej kwestii życiowej przede wszystkim liczy się jakość. Myślicie, że 300 kcal z popularnego cheeseburgera równa się 300 kcal z dwóch bananów? Tak, tych wstrętnych, odradzanych przez dietetyków bananów. Czy jeszcze lepiej, 200 kcal z czekoladowego batona jest równoważne 200 kcal spożytym wraz z serkiem grani, będącym prawie czystym białkiem, od którego naprawdę ciężko przytyć? Każdy chyba wie, że nie. Stąd bardzo często już na śniadanie zjadam 1/3 (sugerowanego) dietetycznego dziennego zapotrzebowania kalorycznego. Bo każdy jest inny, a ja nie zamierzam być głodna. Mam świadomość, że głód (niezależnie od tego, czy ilościowy, czy jakościowy) powoduje niepohamowany apetyt, w rezultacie czego wychodzę na tym gorzej niż gdybym świadomie "wpakowała" w siebie 2500 kcal w ciągu dnia. Rzecz z tym ściśle powiązana to mięśnie. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym ile ich mam i czym je karmić, a w życiu do głowy by mi nie przyszło, że im ich więcej, tym większe (dużo większe) zapotrzebowanie kaloryczne! Zwyczajnie im bardziej intensywnie ćwiczyłam, tym więcej potrzebowałam jeść, ale nie jadłam, bo przecież jak to tak na diecie wcinać 2000 kcal? Toż to zapotrzebowanie człowieka, nie będącego na diecie. Można więc rzec, że się głodziłam, a braki nadrabiałam wieczorem, z nadwyżką. No może, poza dniami, kiedy silna wola wzięła górę i z potwornymi mdłościami i burczeniem w brzuchu, kładłam się spać, marząc o śniadaniu. W efekcie wszystkich wyniszczających diet, głodówek, bulimii i braku regularnej aktywności fizycznej, moja tkanka mięśniowa zanikała, ale co tam - mnie cieszyła niższa waga ogólna. Nieważne, że tkanki tłuszczowej było wciąż tyle samo. Czułam się szczuplejsza. Może nawet byłam szczuplejsza. Ale wystarczyło więcej zjeść, a waga rosła jak oszalała. Teraz wiem, dlaczego. Głodziłam się (czyt. nie dostarczałam odpowiedniej ilości kalorii, bo przecież dieta, deficyt, normy, zalecenia "znawców" etc.), w efekcie czego traciłam mięśnie i zyskiwałam lżejszą od nich, tkankę tłuszczową. A im mniej mięśni, tym mniejsze zapotrzebowanie kaloryczne (podobno 1 kg mięśni spala 13 kcal, natomiast 1 kg tłuszczu prawie 3 razy mniej, bo tylko 4,5 kcal) i mniej siły. Teraz postawiłam na treningi. Bez oszukiwania w stylu godzina bieżni w jednostajnym, spacerowym tempie. Skoro nie liczę kalorii, które zjadam, to dlaczego miałabym przywiązywać wagę do tych spalanych? Kiedyś tak ćwiczyłam: nie robiąc nic, co nie wyświetla ilości spalonych kalorii. Dopiero kiedy spaliłam zaplanowaną ilość cyferek, często nie zmęczywszy się przy tym zbytnio, korzystałam z jakiegoś sprzętu, wmawiając sobie, że "robię mięśnie". Po treningu i tak często nie jadłam i dupa z moich "mięśni". Obecnie zawsze, kiedy tylko jestem na siłowni, staram się zrobić min. 30 minut treningu funkcjonalnego, angażującego różne grupy mięśniowe, a na deser dorzucam kardio (zwykle 30 min truchcikiem na bieżni, rzadziej orbitrek) lub interwały na bieżni. I w zaskakująco szybkim tempie zauważyłam efekty. Może jeszcze nie w lustrze, ale w składzie ciała. Po tygodniu takich intensywnych treningów (bez zachowania diety!) przybył mi niecały 1 kg mięśni, a poziom tkanki tłuszczowej obniżył się o niecały 1% (wydaje mi się, że w pewnym sensie to mięśnie spalają tkankę tłuszczową). I co, że masa ciała była kilkadziesiąt deko wyższa? Na dobrą sprawę, skoro moje mięśnie (łącznie z zawartą w nich wodą) już teraz ważą niecałe 48 kg (sprawdziłam, na pomiarze z początku 2013 roku było ich prawie 4 kg mniej, za to tkanki tłuszczowej 2% więcej), a kości trochę ponad 2 kg, to mniej niż 60 kg ważyć nie mogę (tkankę tłuszczowę też by trzeba gdzieś upchnąć). Zamierzam kontynuować "rozbudowę mięśni", bo sugerując się dostępnymi normami, mam ich jeszcze stosunkowo mało. "A wiesz jak fajnie to będzie wyglądać jak spalisz tkankę tłuszczową?" - powiedział mój trener. Wierzę, że tak jak zawsze chciałam.

A na deser...

 Ciasto jaglane z wiśniami i płatkami migdałów

 Jaglany "jabłecznik" z bakaliami

Bananowy sernik

niedziela, 10 sierpnia 2014

Się dzieje

Długo zbierałam się, żeby coś napisać. Tysiąc myśli w głowie, wieczny brak czasu... A w gruncie rzeczy to zwykły, ludzki strach przed publiczną "obietnicą". Że dziś coś napiszę, a jutro dopadnie mnie zwątpienie. Także oświadczam wszem i wobec - nie wiem co będzie jutro, ale wiem, że zmieniam swoje życie na lepsze. Poczyniłam spore zmiany nie tylko w moim jadłospisie, ale i życiu. Dążę do prawdziwego szczęścia.


Zdjecie ze strony  www.gala.pl

Beata Pawlikowska. Kobieta, która poznała smak niemalże wszystkiego. Jakiś czas temu dostałam od znajomego jej książkę "Jestem bogiem podświadomości". Długo leżała na półce aż w końcu zaczęłam ją czytać. Dla zasady. Pamiętam jak w momencie największego zaślepienia jedzeniem, bulimii i autodestrukcji wzbraniałam się przed porównywaniem mojej sytuacji do kogoś tam, a szczególnie do osób publicznych. Mimo to ów znajomy postawił na swoim i podarował mi tę książkę. Początek był nudny, czytanie szło mi jak krew z nosa, ale postanowiłam przeczytać. Im dalej czytałam, tym bardziej zaczynałam rozumieć o co tej kobiecie chodzi. Naprawdę wciągnęłam się dopiero, gdy przeszła do "rzeczy". Najmocniejszy był syrop glukzowo - fruktozowy. Jeszcze do niedawna nie kojarzyłam tej substancji z czymś złym. Brzmi fajnie, no nie? A tak naprawdę to jedno z największych świństw dzisiejszej żywności. Trucizna. O dziwo porzuciłam wszystko co zawiera tenże jak i inne chemiczne syropy, a i ograniczyłam spożycie produktów zawierajacych cukier, a na własny użytek zakupiłam nierafinowany cukier trzcinowy i zauważyłam, że potrafię normalnie jeść! Syrop glukozowo - fruktozowy działa podobnie jak narkotyk. Zmusza Cię do kolejnej dawki, zmienia świadomość umysłu, przyczynia się do nadmiaru tkanki tłuszczowej, ale przede wszystkim uzależnia. Zastanawiam się jak to możliwe, że długi okres czasu żarłam, często z celem zwymiotowania wszystkiego zaraz po, a teraz tak nie muszę. Ok, jest lato, teoretycznie mniej obowiązków, ale ja czuję, że to nie to, bo przecież zeszłoroczne wakacje minęły mi pt. wieczna dieta, rzyganie, głodówki. Obecnie nie wyobrażam sobie ani wymusić wymiotów, ani tym bardziej wypchać się gównianym żarciem w tym celu. Nadal odczuwam ochotę na słodkie, szczególnie podczas okresu (który dzięki "wspaniałym" hormonom mam teraz co kilka dni) i nadal zdarza mi się jeść bez opamiętania, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio obżarłam się tak jak kiedyś. Generalnie bez jakiegoś większego żalu odmawiam sobie wszystkiego co jest niezdrowe i dalekie od żywności naturalnej. Powoli ograniczam też owoce na rzecz warzyw i zmieniłam tłuszcz na przepyszny olej kokosowy. Nierafinowany, nieutwardzony i tłoczony na zimno jest cholernie drogi, więc całkowicie z masła i oleju rzepakowego nie zrezygnowałam. Ciągle szukam też idealnego pieczywa (oczywiście poza tym, które samej zdarza mi się piec) - razowego lub pełnoziarnistego, najlepiej z ziarnami, bo jakoś tak podczas wakacji na nowo nauczyłam się jeść chleb na śniadanie. W miarę możliwości gotuję też obiady, bo co jak co, ale tylko po porządnym obiedzie (drób/ryba, kasza, warzywa) czuję się prawdziwie najedzona i nie muszę podjadać. Zaczęłam też eksperymentować z kaszą jaglaną. To już drugie ciasto na jej bazie - polecam.



I takie jedzenie jest już dla mnie w zasadzie normalne. Czuję, że karmię swoje ciało. Nie potrzebuje faszerować się chemią. Po wielu burzliwych wydarzeniach, walce z samą sobą i eksperymentowaniu z jedzeniem, przestawiłam się na właściwe tory, tak jak X czasu temu stało się z wodą. Początkowo się zmuszałam, ale wiedziałam, że to jest dla mnie dobre. Teraz nie wyobrażam sobie pić nic innego. Przestałam też planować posiłki, zakazywać sobie czegokolwiek i stosować rygor z tytułu "diety".


Dieta to ma być mój sposób życia na całe życie, a skoro na całe życie to wymaga czasu i powolnych zmian. 

Dopiero, kiedy coś jest zakazane, chcemy to mieć. Fenomenalny przykład: zjadłam za dużo, ćwiczyłam za mało, pozwoliłam sobie na coś, czego tak naprawdę nie chciałam zjeść, więc postanawiam tego dnia nie jeść kolacji i niezależnie od tego, czy wieczorem jestem głodna, czy nie, odczuwam chęć jedzenia, a od momentu owego postanowienia nie myślę o niczym innym. Źle się czuję z myślą, że coś z góry sobie zaplanowałam, że próbuję kontrolować własne życie i najczęściej wieczorem zjadam więcej niż zjadłabym normalnie, pomijająjc już fakt, że jeśli rzeczywiście najadłam się porządnie wcześniej, pewnie nawet nie miałabym ochoty jeść już nic wieczorem, gdybym oczywiście wcześniej sobie tego nie zakazała. 

W pewnym momencie, całkiem niedawno, uświadomiłam sobie, że nic nie muszę. Zaczęłam współgrać z moim organizmem. Jeśli potrzebuje spać do 13, a ja mam taką możliwość, to śpię do 13. Inna sprawa, że powinnam kłaść się wcześniej spać, co by mój sen był bardziej efektywny i jeszcze przed kolejnym rokiem akademickim zamierzam zająć się tą kwestią.

Generalnie książka Pawlikowskiej (zapewne nie tylko ta, ale i inne z tej serii) jest ponadczasowa, prawdziwa i wszechstronna. Uważam, że sporo osób powinno ją ze zrozumieniem przeczytać i odnieść do własnego, zakłamanego życia. Wtedy może świat byłby lepszy, a życie prostsze. Osobiście już jakiś czas temu, zupełnie nieświadomie, przyznałam się przed samą sobą do prawdy, o której mowa w książce. Czułam, że w moim życiu coś nie gra, chciałam zmian i zupełnie nieświadomie wiedziałam, że rozwiązaniem problemów nie jest kolejny zwiazek, dlatego czytajac książkę nie zaprzeczałam, czego po przeciętnym czytelniku spodziewa się Pawlikowska. Z tym, że ja nigdy świadomie tego wszystkiego nie nazwałam, ani nie opisałam, nie mniej jednak to się dokonało. Wiedziałam, że czegoś mi brakuje i wiedziałam, że nie jest to coś namacalnego. To do czego dążyłam to były półśrodki. Szczupła sylwetka, studia, praca, faceci, seks. Przyznałam się przed samą sobą, że jestem słaba jak dziecko, że panuje nade mną niezrozumiały strach, a wszystko co robię ma na celu zakopać gdzieś głęboko wszystkie niewygodne emocje. Podobnie, kiedy byłam w związku. Szukałam akceptacji i bezpieczeństwa i trzymałam się tego kurczowo, pomimo bijącej po oczach prawdy, że nic mnie z tym facetem nie łączy. Bo tak było wygodniej. W wielu związkach tak jest wygodniej. Ludzie boją się prawdy, boją się samotności, odrzucenia. Boją się zmian.
Wybrałam kilka wymownych fragmentów książki dla jej zobrazowania:

  • "Zrozumiałam, że mogę być wolna i że to właśnie jest największą wartością w życiu. Mam na myśli wolność rozumianą nie jako ucieczkę od obowiązków czy lenistwo, ale wolność wyboru i świadomość podejmowania decyzji."
  • "To co jesz i pijesz, ma bezpośredni wpływ na to, w jakim stanie znajduje się twój organizm, czyli na to jak się czujesz, jaki masz nastrój, czy masz siłę i ochotę na życie."
  • "Prawdziwa miłość jest wolna od strachu, uprzedzeń i osądów. Wolna od chciwości, pożądania władzy i luksusu. Prawdziwa miłość daje światło i napełnia ludzi poczuciem szczęścia i dobra. Prawdziwa miłość akceptuje i przebacza."
  • "Wiesz czym jest miłość? Nie jest oczekiwaniem na wzajemność. Miłość jest radością. Prawdziwa miłość to takie uczucie, które daje szczęście. Nie ma w niej smutku, tęsknoty ani oczekiwania wzajemności. I tylko taka miłość może Ci dać trwałe szczęście."
(I wyszło na to, że prawdziwe "kocham" powiedziałam tylko misiowi pluszowemu - tylko wtedy nie oczekiwałam tych słów w odpowiedzi. I nie tęskniłam, wyjeżdżając.)
  • "Uważałam, że jestem silna, nic mnie nie złamie, zawsze dam sobie radę. Zawsze zdobędę to, czego pożądam, niezależnie czy jest to osoba, rzecz, czy stan. (...) Byłam przekonana o tym, że mam władzę nad moim życiem i moją przyszłością."
(To nadal mi ciężko zmienić, ale pracuję nad tym. Wiem, że nie mam żadnej władzy, a moja siła to iluzja. Coraz bardziej dociera do mnie czym jest pokora.)


Na koniec diagnoza z wczoraj: po wszelkich możliwych badaniach, wizytach u przeróżnych specjalistów i zebraniu do kupy wszystkich niepokojących objawów podejrzewają, że mam astmę. Sama nie wiem co o tym myśleć.

czwartek, 17 lipca 2014

Jestem inna...

... i dobrze mi z tym! 
Z każdym dniem i na każdym kroku przekonuję się o swojej wyjątkowości. Niezależnie od tego co mówią czy myślą o mnie ludzie. Robię to, co w moim odczuciu jest dobre i słuszne. Nigdy nie szłam i nie będę szła za tłumem. A najdobitniej uświadamiam sobie to teraz - na wakacjach nad morzem. Ja, jedzenioholiczka i bulimiczka nie mam potrzeby żarcia. Żarcia ponad siły. Skupiania swojej obecności tutaj na wysmażonej w głębokim tłuszczu kawałku ryby obtoczonym w grubej panierce, czy ociekających bitą śmietaną gofrach.

Kołobrzeg wita
Już pierwszego dnia wszędzie było mnie pełno. Udało mi sie namówić rodziców, żeby zrobili mi kilka zdjęć. Muszę działać, bo zapomniałam ładowarki do baterii od aparatu, a co tu dużo mówić - owe baterie swoje lata już mają, w związku z czym pręciutko się rozładowują.



Zostałam też bardzo pozytywnie oceniona przez syna właścicielki domu, w którym wynajmuję pokój (na oko ma hm z 8-9 lat): "Pani wygląda jakby pracowała w jakimś biurowcu". Sądzę, że miał na myśli wielką korporację, w której 90% pracowników to single poświęceni pracy i ani myślący o zakładaniu rodziny. A mnie się ostatnio obudził instynkt macierzyński o!


czwartek, 3 lipca 2014

Estrogenowa teoria

Po moich ostatnich przejściach hormonalnych, wysnułam pewne wnioski. Tak jakbym dopiero zaczęła łączyć fakty. No ale po kolei...
Torbieli na szczęście już nie ma. Jest za to recepta na tabletki antykoncepcyjne (podobno lepsze to niż typowe hormony bez działania anty). No i ok, niech sobie będą, ale najbardziej zależy mi na tych POZYTYWNYCH skutkach ubocznych. Czyli ma nie być torbieli, a estrogeny mają wrócić do normy tak, żebym w końcu zaczęła chudnąć. No właśnie. Prawdopodobnie odkryłam powód większości moich problemów. Estrogeny. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a tu proszę wszystko pasuje: torbiele, problem z chudnięciem pomimo stosowania diety i ćwiczeń, nadmiar tkanki tłuszczowej, zwłaszcza na brzuchu (ważyłam 10 kg mniej, a tłuszcz nadal był), nieregularne miesiączki, dotkliwy PMS, mdłości niezwiązane z PMS, wysokie libido, wieczne uczucie zimna, stany depresyjne, bliżej nieokreślone złe samopoczucie, a nawet typowo kobieca budowa ciała i uwaga - zaburzenia pracy hormonów regulujących uczucie głodu i sytości! Nie tylko to wyczytałam, ale i zauważyłam na swoim własnym przykładzie. Podczas tego tygodnia, kiedy zażywałam hormony na pozbycie się torbieli, w obawie przed przytyciem, postanowiłam ściśle przestrzegać diety i dużo ćwiczyć. Tak jak ostatnio, z tym, że wtedy nie wyciągnęłam żadnych wniosków. Wiedziałam jedno - nie przytyłam po tym leku. Ale do rzeczy. Nie do końca udał mi się mój plan - jadłam normalnie, ćwiczyłam też nie więcej niż zwykle, a mimo to schudłam. No dobra, nie mogę mówić o schudnięciu w przeciągu tygodnia, w każdym razie czułam się lżej, a ubrania były zdecydowanie mniej opięte (jakbym wcześniej była opuchnięta i nagle wróciła do normy). Ale to nie wszystko! Zauważyłam, że po niewielkiej porcji jedzenia czułam się syta i absolutnie nie byłam w stanie nic więcej w siebie wpakować do następnego posiłku, co normalnie jest mi obce. W związku z tym jadłam bardziej regularnie i bez wyrzutów sumienia pozwalałam sobie na jakieś słodkości, jeśli miałam taką ochotę, bo nie powodowały one u mnie ataku żarcia. Oczywiście jak tylko przestałam brać te hormony, wszystko stopniowo wróciło do normy. Nie było regularnych posiłków, nie było znaku "stop" - mogłam jeść mimo pozornego najedzenia. Wciąż jakby tworzyło mi się nowe miejsce w żołądku, bez dna. I tak mam na co dzień, a  jeśli faktycznie przestaję jeść po normalnej porcji, to tylko dlatego, że rozum i świadomość bycia na diecie mnie strofują, jednak rzadko kiedy faktycznie więcej zjeść nie mogę i czuję prawdziwą sytość. Ok, może moja teoria jest zbyt naciągnięta, ale póki co nic innego nie przychodzi mi do głowy. Poza tym to tylko teoria.
                                                                                                                                              

Kolejnym ważnym dla mnie krokiem jest wolność od zachowań bulimicznych, a co za tym idzie wolność od jakichś spektakularnych ataków obżarstwa. Ale z racji na hormony, nawet niewielka ilość jedzenia ponad normę, powoduje widoczny wzrost wagi, którego niestety już tak szybko nie idzie się pozbyć. Mimo problemów hormonalnych, zdrowotnych i wszelkich innych, nie poddałam się. Podobno jestem silna. Uczciwie stosuję dietę (obecnie, bo wcześniej bywało różnie) i regularnie ostro ćwiczę, wylewając z siebie siódme poty na siłowni. I nie chudnę, co naprawdę demotywuję. Jeśli troszkę schudnę, to pojawia się 1 dzień odpustu i waga wraca z nawiązką i nawet po powrocie do diety dnia następnego, już nie spada.
                                                                                                                                              

Jaka dieta? Otóż kiedy pozdawałam wszystkie egzaminy i nastał wspaniały czas, kiedy mogłam się po całym semestrze (a przynajmniej czerwcu) wyspać - zaczęłam działać. Od snu zaczęłam. Kolejnym etapem była dieta oczyszczająca (nie wiem czemu, ale mam dziwne uczucie, że to przez zupkę z paczki, którą jadłam jakieś 2 tygodnie temu hahaha), a zarazem wprowadzająca do właściwej diety... bez diety. Myślę, że zdrowe zasady i umiar są najlepszą dietą. W każdym razie dzień wczorajszy i dzisiejszy przeżyłam na koktajlu truskawkowym, kilku świeżych sokach i kefirze naturalnym. Nie powiem, żebym czuła się jakoś szczególnie inaczej, ale na pewno lepiej. Bo mam plan. Bo coś robię.
                                                                                                                                              

Siłownia - wczoraj miałam trening personalny. Trafiłam na świetnego trenera. Efekt jest taki, że dziś mam takie zakwasy, że odpuściłam jakiekolwiek ćwiczenia, bo boli mnie nawet wstawanie i siadanie! W każdym razie pokazał mi jak ćwiczyć, by najefektywniej spalać tkankę tłuszczową. Na pewno zastosuję się do jego rad.
                                                                                                                                              

I co by nie było nudno, wrzucam aktualne zdjęcia. Poniekąd zwieńczające moje ostatnie zakupy. Zaszalałam, że aż wieszaków w szafie mi zabrakło. Ale tego było mi trzeba. Przepuściłam prawie całą wypłatę na ciuszki. Dotąd mi się to nie zdarzało. Dlaczego? Bo wszystkie pieniądze wydawałam na jedzenie. Tym razem poszłam na zakupy, zanim pieniądze rozeszły się na żarcie. I cieszy mnie to, bo dawno już nie byłam na takich spontanicznych zakupach.

 Celowo nie retuszowałam, żeby nie było, że ściemniam z bliznami na ramionach :p
Na szczęście w tej kwestii też do przodu :)

Może trochę nieogarnięte, ale jedyne, na którym moje nogi JAKOŚ wyglądają.

niedziela, 8 czerwca 2014

Nie wierzę

Znów się wszystko sypie...
...bo niedługo po weselu odezwała się do mnie daleka kuzynka, którą wówczas poznałam. Okazało się, że ma Agencję modelek, modeli i hostess. Jak zorientowała się, że pracuję jako hostessa, zaproponowała współpracę. Propozycja była luźna, ostatecznie stanęło na tym, żebym przyjechała do Agencji jak znajdę chwilę, to mnie pomierzą i zrobią zdjęcia. Z jednej strony moje ego wzrosło do poziomu wieży Eiffla, przez chwilę byłam nawet szczęśliwa, pełna optymizmu na życie i zmotywowana - zawsze marzyłam choćby o profesjonalnych zdjęciach. Z drugiej jednak strony doskonale wiedziałam, że się nie nadaję, choćby do momentu obniżenia poziomu tkanki tłuszczowej i usunięcia blizn z ciała i twarzy. Przez nadmiar obowiązków, odłożyłam tą sprawę na później. Skupiłam się jedynie na ograniczeniu epizodów bulimicznych i siłowni. Z siłownią ostatnio bywa kiepsko. Raz, że sie nie wyrabiam czasowo, a dwa, że nie mam sił na cokolwiek. Tak, tak, w dalszym ciągu się nie wysypiam, nie jem ani regularnie ani właściwie i generalalnie nie wprowadziłam żadnych zmian, poza tym, że się nie głodzę i nie wymiotuję, a moja waga wciąż nie schodzi poniżej 70 kg. Zresztą teraz jakoś specjalnie mnie to nie martwi...

...bo po raz kolejny mam torbiel na jajniku. Ogromną torbiel. Tak dużą, że uciska mi pęcherz moczowy (i zagadka częstego biegania do toalety rozwiązana) i może uszkodzić jelita. Znowu biorę słoniową dawkę hormonów. I o ile będę miała tyle szczęścia, że i tym razem obędzie się bez operacyjnego usuwania, prawdopodobnie będę musiała brać hormony na stałe. Pierwsze co zrobiłam jak wyszłam od lekarza, to się poryczałam. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Bardzo dotkliwie odczułam samotność. Wszystko co przed tą wizytą miałam zaplanowane, straciło sens. Łzy cisnęły mi się do oczu, gdy tylko mijałam otyłą osobę. Nie myślałam o tym, że torbiel, że zdrowie, że hormony. Myślałam tylko o otyłości, której jak wiadomo nigdy nie zaakceptuję, a już na pewno nie w swoim przypadku. Tyć od powietrza? No kurde, to już wolę tyć od żarcia! Wszem i wobec oznajmiłam, że żadnych hormonów na stałe łykać nie będę, szczególnie teraz, kiedy pojawiła się możliwość rozwoju i spełnienia marzeń. Jednak wczoraj coś mnie tknęło i postanowiłam na pierwszym miejscu postawić zdrowie i jeśli będzie taka konieczność leczyć się hormonalnie, uznając za wyzwanie nie przytyć. Chyba pogodziłam się z tym, że wymarzonej sylwetki, przynajmniej w najbliższym czasie, nie osiagnę. Wyobraziłam sobie siebie ponownie otyłą, marzącą o wadze 70 kg i zaczęłam na nowo "doceniać" swój obecny wygląd. Do tej wagi jestem w stanie siebie zaakceptować. Zaczęłam myśleć jak nie przytyć zamiast jak schudnąć. Poza tym boję się dużo jeść, bo wymiotować nie mogę, nie chcę i nie będę (niezależnie od tego, czy bulimia wpłynęła na pojawienie się torbieli, czy też nie), a im większa ilość jedzenia, tym bardziej rozszerzone jelita. Może upraszczam, ale nie chcę ich uszkodzić przez własną głupotę.