niedziela, 22 grudnia 2013

Wewnętrzny głos - wróg, czy przyjaciel?

Ostatnio nie jestem jakoś w nastroju do pisania. Wolałabym z kimś po prostu szczerze porozmawiać. No ale cóż.
Zacznę od informacji najważniejszej - torbiel pękła. Jestem zdrowa. Po tak dobrej wiadomości byłam pełna życia, zaliczyłam prezentację, zaczęłam walczyć o swoje zdrowie (psychiczne). Nie napiszę, że "postanowiłam", bo mam świadomość trwałości i ważności moich "postanowień", ale dałam sobie kolejną szansę. Teoretycznie wszystko szło w dobrym kierunku, chociaż tak naprawdę balansowałam między dobrym czasem, a totalną klęską. Moja waga również się wahała. Ale praktycznie nie wymiotowałam (w obawie przed kolejną torbielą), zaczęłam jeść bardzo mało, nie przestając ćwiczyć. Poczułam, że ubrania przestały być opięte, a waga zbliżyła się do akceptowalnej granicy 70-71 kg. Niestety wróciła też podstępna bulimia. Z dotąd rzadkich i jednorazowych incydentów, znów przerodziła się w obsesję. W jedzenie z przymusu, tylko po to, by zaraz wszystko zwrócić i sprawdzić, ile ubyło na wadze, by nie stracić tego co osiągnęłam, bądź co bądź, ciężką pracą. Wróciła opuchlizna na twarzy, czerwone oczy, poranione podniebienie i przełyk, problemy z oddychaniem, ból brzucha, kłucie w sercu, rany na ciele i twarzy, brak snu (lub jego nadmiar), niechęć do życia, brak sił na najprostsze czynności, bałagan w pokoju, okruchy w łóżku. Wegetacja.
W środę, kiedy czułam, że moja dotychczasowa praca runie jak domek z kart, kiedy było mi źle i normalną reakcją byłoby jedzenie (a jeszcze, nie daj Boże, wymiotowanie) - nic nie zrobiłam. Trochę podusiłam w sobie te złe emocje, ale w porę zupełnie przypadkiem odezwał się znajomy, potem ktoś jeszcze, później koleżanka, żonaty
"(pseudo)przyjaciel"... I tak oto dzięki ludziom, ich wsparciu i pocieszeniu wszystko minęło. Mogłam funkcjonować dalej, bez jedzenia (byłam najdzeona to może za duże słowo, w każdym razie nie byłam fizycznie głodna). Jednak już w czwartek przytłoczyły mnie natrętne myśli, ten głos w mojej głowie. Nie byłam w stanie się na niczym skupić. Najpewniej potrzebowałam odreagować perefekcjonizm, którym musiałam wykazać się dzień wcześniej na uczelni (jako jedyna w grupie dostałam 4,75/5 pkt, nie zostawiajac pustego miejsca pod pytaniem, które wychodziło poza zakres materiału przesłany przez prowadzącego). Po powrocie do domu zaczęłam jeść. Najpierw normalnie, ale zupełnie niezauważenie przekroczyłam granicę normalnego jedzenia. Zaczęłam jeść wszystko, co dostrzegły moje oczy, nawet surowe pierogi, zwymiotowałam. Spóźniona (umawiałam się z koleżanką, że będę wcześniej) pojechałam na siłownię, ale wciąż słyszałam ten głos. Głos, który coraz głośniej mówił "potrzebujesz słodkiego, musisz w końcu zjeść wszystko, czego odmawiałaś sobie w ostatnich dniach, już i tak wymiotowałaś, więc nic się nie stanie jak zrobisz to ponownie". Jakby to coś w środku odebrało mi siły, ale wbrew temu ciężko oddychając, ćwiczyłam. Ostatecznie jednak poległam. Jak najszybciej wyszłam z siłowni i prawie wpadając pod samochód, pobiegłam do sklepu. Jednego, drugiego, później jeszcze trzeciego. Kupowałam byle co. Słodycze, pieczywo, chipsy. Coraz bardziej odczuwając presję wewnętrznego głosu, zaczełam jeść. Już po pierwszym kęsie piernika w czekoladzie, przestało mną trząść. Przestałam mieć wzmożoną ochotę na słodkie. A mimo to jadłam dalej aż nie zjadłam wszystkiego. W domu wszystko zwymiotowałam i zaczęłam jeść dalej i tak w kółko aż do nocy. W piątek wewnętrzny głos odpuścił. Owszem, nadprogramowo zjadłam wieczorem herbatniki korzenne, które później niezwykle ciążyły mi na żołądku, ale nie jadłam już nic więcej. Postępowanie jak u zdrowego człowieka. Poszłam spać. Sobotę zaczęłam wg planu, czyli skromne śniadanie, później siłownia. Nawet do spowiedzi poszłam... Później pojechałam na zakupy. Szał prezentowy, wszędzie pełno ludzi, gwar, krzyczące dzieci, z każdej strony "wyjątkowe" promocje, kolejki przy kasach, w drogerii chyba z 4 razy zapytano mnie czy w czymś pomóc, nie pozwalając w spokoju wybrać odpowiednich perfum. Wyszłam więc, nie kupując nic. I znów, jak w czwartek, kupiłam ciasteczka Fornetti, zapewne wszystkim znane. Może to przypadek, ale w czwartek dokładnie po zjedzeniu tego ciastka, zaczął napastować mnie ten wewnętrzny głos. Tak samo wczoraj. Po tych ciastkach nie byłam w stanie skupić się już na zakupach, w sklepie zamiast wybierać prezenty, myślałam tylko o jedzeniu (a przecież nie byłam głodna!), w pośpiechu kupiłam napchaną sztucznymi dodatkami pizzerkę, której zwykle nie jem, cukierki czekoladowe, których smak przestał  mnie zachwycać, czekoladę i suche rurki, które wepchnęłam w siebie na siłę później. Najpierw była pizzerka i cukierki. Chciałam od razu to wszystko zwymiotować, ale powstrzymałam się, chwilowo zajęłam się zakupami, trzeźwe myślenie wróciło. Jednak po wyjściu ze sklepu w ruch poszły te ohydne rurki, nie smakowały już jak kiedyś. Po kilku, nie miałam ochoty na więcej, jednak przymus zjedzenia ich do końca zwyciężył z fizycznymi odczuciami. Dla "rozgrzeszenia" wypiłam kawę i znów zajęłam się zakupami. Prawie zapomniałam o wcześniejszym obżarstwie. Dumna z siebie, że jakoś sobie z tym poradziłam, postanowiłam do wieczora już nic nie jeść (w gruncie rzeczy i tak byłam pełna). Jednak wracając do domu, zaczęłam odczuwać mdłości, nie do końca wiem, czy prawdziwe, czy wykreowane przez ów głos. Mimo wszystko jedyne czego pragnęłam, to pozbyć się z siebie tego śmieciowego jedzenia. Pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu, to odwiedzenie łazienki. Wyrzucając z siebie resztki tych świństw, poczułam się lepiej. Nie na długo. Wtedy właśnie głos stał się wyraźniejszy. Kazał mi jeść i wymiotować. Nie byłam w stanie nad tym zapanować. Do nocy robiłam co mi kazał. Wymęczona, ledwo stałam na nogach. Wzięłam prysznic, wyniosłam ostatniego piernika z pokoju, by mnie nie kusił, zrobiłam herbatę, chwilę później miałam iść umyć zęby, ale nie... Głos przypomniał mi, że w torebce mam jeszcze czekoladę. Niechętnie ją zjadłam, przyniosłam jeszcze sałatkę i jogurt. Nie byłam w stanie po raz kolejny tego zwrócić, więc poszłam spać. I tak oto obudziłam się dziś w bałaganie, słaba, smutna, bez chęci nawet na napisanie tego posta. Nie wiem co będzie dalej. Ten straszny głos mnie kiedyś wykończy. Nawiasem mówiąc podejrzewam u siebie anemię. Czasem bardzo wiele rzeczy chcę zrobić, ale nie mogę, nie mam sił, mimo iż teoretycznie powinnam je mieć. Chciałabym pomóc mamie, która aż do wtorku chodzi do pracy, ale obecnie nie jestem w stanie pozbierać nawet ubrań z podłogi w moim pokoju. To uczucie jest okropne, szczególnie dla osoby, która z natury jest energiczna, pracowina, pomocna. Czuję się bezużyteczna. A jeszcze oświeciło mnie, że jest niedziela, a skoro wczoraj byłam u spowiedzi, to powinnam dziś pójść do kościoła (nota bene idea kiepska - pójść bez większej potrzeby wewnętrznej, a jedynie po to, by w święta móc przyjąć komunię). Nie wiem, czy dam radę, ale (może naiwnie) gdzieś w środku jest nadzieja, że Bóg mi pomoże, doda sił, zabierze ten straszny głos.
Jak jest dzisiaj? Miałam nic nie jeść, ale zjadłam. Myślałam, że wtedy wrócą siły. Nie wróciły. Mimo wszystko nie chcę się obżerać, liczę, że głos da mi dziś spokój.
Plany na święta? Już od dawna są takie, żeby jeść, ale małe ilości. Pytanie tylko, czy głos będzie na tyle łaskawy, by mi odpuścić?
Tak naprawdę z każdym dniem dowiaduję się o sobie i swojej chorobie czegoś nowego. Wiem już, że napady to nie przypadek. Jest głos, jak to mówił kiedyś mój psycholog (nawiasem mówiąc, zapisałam się do niego ponownie na kilka wizyt w styczniu) - wewnętrzny krytyk. Mój kat. I wcale nie jestem wariatką. Każdy ma taki wewnętrzny głos. Tyle, że u jednego pełni on rolę przyjaciela, mobilizującego do działania, rozwoju, poszerzania horyzontów, a w moim przypadku to kat, wyznaczający chore standardy, którym muszę się podporządkować, by zasłużyć na jego (swoje, bo głos jest mój) uznanie. Teraz wiem też, że to ludzie (niekoniecznie mężczyzna) są mi potrzebni do zdrowienia i kiedy oni będą, nie przeszkadza mi moja "samotność". Lepsze to niż bycie z kimś na siłę. Przecież nic nie jest ze mną nie tak (no może poza "problemami psychicznymi", ale jedną wadę mieć chyba mogę) - jestem młoda, sympatyczna, inteligentna, wartościowa, kreatywna, ambitna, elokwentna, wykształcona, zaradna, oczytana, ciekawa, otwarta, szczera, wierna, atrakcyjna, kobieca. Mam pasje i zainteresowania, ze wszystkim doskonale radzę sobie sama. Poniekąd właśnie dlatego postanowiłam "wyjść do ludzi", zamiast siedzieć w domu 31 grudnia. Kupiłam już wejsciówkę do klubu, więc nie ma odwrotu. Pójdę sama. Nie będę się ograniczać, tylko dlatego, że nie mam chłopaka, czy przyjaciół, bo w końcu życie ucieknie mi między palcami. Przynajmniej się wytańczę, a alkohol będzie symbolem dobrej zabawy, zamiast przygnębiającego nastroju i zapijania smutków oraz niepowodzeń mijającego roku.

2 komentarze:

  1. To co piszesz jest mi bardzo bliskie...

    Cieszę się, że zdecydowałaś się pójść na zabawę sylwestrową! Trzeba wychodzić do ludzi i bawić się :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten głos.. Nienawidzę go. Nie potrafie przez niego normalnie funkcjonować. Jeśli mówi " coś słodkiego", przejdę nawet kilometr do sklepu, byleby to zjesc. Nienawidzę tego, chcę być wreszcie wolna...

    OdpowiedzUsuń