poniedziałek, 18 listopada 2013

Wszystko jasne

Torbiel żyje sobie swoim życiem na moim jajniku radośnie nadal. Im wizyta u lekarza była bliżej, tym ja się bardziej denerwowałam. Kiedy mnie badał z niecierpliwością czekałam co powie. Sam wydawał się być zaskoczony, że po tak dużej dawce hormonów torbiel nadal jest. Minimalnie się zmniejszyła - dobre i to. Podobno brak złych wiadomości, to też dobra wiadomość. I tak chcę o tym myśleć. Co prawda nie takiej diagnozy się spodziewałam, ale przynajmniej teraz już wiem, czym te ostatnie ostre bóle brzucha nieznanego wtedy pochodzenia, mdłości, wymioty i ogólne złe samopoczucie były spowodowane. Bulimia to jedno, a torbiel drugie - połączone ze sobą niszczyły mnie niesamowicie. Wątpię, by było coś jeszcze, także póki co zrezygnuję z planowanej wizyty u internisty (głównie w związku z bólami brzucha, mdłościami i wymiotami). Zobaczymy, czy jak pozbędę się torbieli, objawy ustąpią. Na szczęście to, co mogłam zmienić, zmieniam i czuję się o wiele lepiej. Trzeci dzień nie wymiotuję. Nie ważę się też póki co, chociaż z tym jest wyjątkowo ciężko, szczególnie wieczorami. Ale znam ten mechanizm doskonale - zważę się, waga pokaże (za) dużo w moim odczuciu (szczególnie wieczorem), uznam, że na nic moje wysiłki i nie ma sensu się starać, pójdę coś zjeść na pocieszenie, wpadnę w trans jedzenia, a później zwymiotuję w obawie przed wzrostem wagi i koło zacznie się kręcić na nowo. Wiem, że obecnie ważę dużo, bo widzę to po opiętych ubraniach i po swoim ciele i aż mnie nosi, żeby jednak sprawdzić tą wagę, ale z drugiej strony wiem, że nie może być to nagle 80 kg, szczególnie, że ćwiczę i mało jem. Zresztą tak, czy inaczej teraz zaraz i tak nic nie zrobię, a będę się tylko niepotrzebnie denerwować i kombinować. Poza tym, że nie miałam dziś zbyt dobrego dnia i nic do mnie nie docierało, jestem zadowolona i pełna optymizmu. Musiałam sobie to wszystko przemyśleć. Bombą energetyczną oczywiście okazała się siłownia i prawie zapomniany przeze mnie poniedziałkowy wycisk. Trochę wysiłku fizycznego, a człowiek od razu staje się bardziej optymistycznie nastawiony, nawet w stosunku do problemów. Bieżący tydzień będzie dla mnie szczególną próbą, bo znów biorę hormony, a wiadomo z czym to się "je". Wcześniej widocznie nie przytyłam, bo wymiotowałam. Teraz nie zamierzam tego robić, więc w tym tygodniu dieta i siłownia muszą być na 200% tak, żebym we wtorek za tydzień mogła się zważyć i ujrzeć 6 z przodu na wadze albo co by mnie ucieszyło bardziej widoczną (zapewne tylko dla mnie) zmianę ciała na lepsze. Postaram się skrupulatnie pilnować diety (której tak nota bene nie ma - znam zasady, ale sztywnego menu nie ustalałam) i możliwie zwiększyć ilość treningów.

Bilans dnia dzisiejszego okazał się lepszy niż bym mogła się tego spodziewać.
Zjadłam:

  • 50g crunchy z 200 ml mleka
  • banana
  • pomarańczę
  • batonika
  • 200g chudego twarogu.
Przy czym zaliczyłam godzinne zajęcia na stepach i ok. 40 minut orbitreka.

:)

2 komentarze:

  1. kurcze, to jest Twoim zdaniem dobry bilans dnia?! I ty się dziewczyno dziwisz, że cyklicznie rzucasz się bez opamiętani na jedzenie? Ty jesteś wygłodzona i mimo nadwagi niedożywiona, bo jak już jesz, to jesz świństwa. Sorry, ale jeśli nie zaczniesz jeść zdrowo i dużo, stawiając na naturalne, nieprzetworzone produkty: mięso, zdrowe tłuszcze, jajka, ryby, warzywa, to nigdy w życiu nie wyjdziesz z tego zaklętego kręgu. Żaden psycholog z bożej łaski Ci nie pomoże, tak ja ty sobie możesz pomóc pełnowartościowa dietą. Twój chory apetyt jest napędzany cukrem, rafinowaną mąką i sztucznymi dodatkami do żywności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za komentarz, ale edukacja teoretyczna w tej kwestii nie jest mi potrzebna (kończę towaroznawstwo, a i na żywieniu człowieku się trochę znam). Mój problem jest głównie w głowie. I dlatego taki dzień jak opisałam w tym poście uważam za udany, bo po pierwsze nie wymiotowałam, po drugie nie uległam obsesyjnym myślom o jedzeniu. I ciężko to zrozumieć jak samemu sie tego nie doświadcza. Wierz mi, że niejednokrotnie (w tym dziś) próbuję jeść normalnie, dostarczając do organizmu wszystkiego co trzeba, ale jest to szalenie trudne, jeśli w ogóle możliwe, bo zacznijmy od tego, że na obiad nie zjem nic co bym chciała, bo nie mam pieniędzy, a w domu pod koniec miesiąca je się to, co jest, a nie "zdrowe, nieprzetworzone jedzenie", po drugie jestem w ciągłym stresie (uczelnia i goniące terminy prezentacji, zaliczeń i egzaminów, torbiel i związen z nią hormony, które do wczoraj jeszcze brałam, teraz PMS, zbyt wysoka waga, za ciasne ubrania, wieczne niewyspanie, wieczny brak pieniędzy i najczęściej z tym związane kłótnie w domu, a ostatnio jeszcze masakryczny trądzik, pogrzeb wujka, a w najbliższy weekend jeszcze praca - hostessa, co mówi samo za siebie), który napędza to moje uzależnienie od jedzenia. I nie bez wpływu są na pewno inne czynniki, choćby takie, że nieraz mam zimno w domu, a wtedy ciężko trzymać dietę. Dodatkowo przez to złe odżywianie, źle się czuję, zarówno psychicznie jak i fizycznie, a kładąc się spać myślę o dużych ilościach niezdrowego jedzenia, które następnego dnia chcę zjeść (chipsy, słodycze, naleśniki, placki) i najlepiej jeszcze zwymiotować. Sukcesem dla mnie na obecna chwilę powinno być chyba to, ze w ogóle żyję. A na jedzenie nie rzucam się cyklicznie, tak jak zdrowy człowiek na niezdrowej diecie. Ja po prostu jestem od niego uzależniona i rzucam się na nie codziennie, a szczególnie kiedy potrzebuję zaspokoić pustkę psychiczną. Wiem doskonale, że prowadząc zdrowy tryb życia czułabym się o niebo lepiej, bo kiedyś to mi się udawało, ale niestety to za dużo mnie kosztowało (planowanie posiłków, częste zakupy, dźwiganie ciężkich siatek z owocami i warzywami, bo głównie te wtedy jadłam no i problem, gdy zabrakło pieniędzy). Nie tłumaczę się, ale próbuję Ci uświadomić, że nie możesz tak generalizować, bo takie "dobre rady" w moim przypadku niewykluczone, że skończą się napadem na lodówkę, którego dziś chciałam uniknąć. Nie pojechałam nawet na uczelnię, żeby sie wyspać, zjadłam w spokoju zdrowe śniadanie i chciałabym, by nikt tego nie zakłócił.

    OdpowiedzUsuń