poniedziałek, 18 listopada 2013

Pozytywna energia

Stoję przed lustrem. Naga. Patrzę na swoje nieidealne i dotąd znienawidzone ciało, na liczne blizny, na świeże ślady autoagresji, których po ostatnim cieżkim okresie wyjątkowo dużo, nakładam balsam. Nakładam balsam i się uśmiecham. Pierwszy raz od dawna myślę o sobie, że jestem piękna. To moje ciało, sprawne i zdrowe i jakby nie patrzeć lepsze niż 2 lata temu. Będę o nie dbać najlepiej jak potrafię, z czasem może nawet je pokocham. Przecież to ciało jest częścią mnie i reaguje na wszystko co się w moim organizmie i psychice dzieje. Przez długi czas je katowałam, nie tylko niewłaściwą dietą, regularnym wymiotowaniem i samookaleczaniem, ale także nieodpowiednim wysiłkiem fizycznym, do którego nierzadko się zmuszałam, wiecznym stresem i chronicznym brakiem snu. Dzisiaj je przeprosiłam.

Nie pojechałam dziś na siłownię. Nie byłam w stanie wstać przed 7, żeby zdążyć na zajęcia o 9 (siłownia dziś tylko do 12). Mimo to zaraz po śniadaniu ćwiczyłam, naładowałam się pozytywną energią (i gdyby nie to pewnie teraz bym poległa), z uśmiechem na twarzy pojechałam na zdrowe zakupy, później zrobiłam porządek w notatkach. I nic więcej. Gdzieś po drodze złapało mnie standardowe przygnębienie. Na pocieszenie jadłam, choć nie byłam głodna. Nie zjadłam dużo, po prostu normalnie. Normalnie, czyli nie jak człowiek na diecie i ciut więcej niż by tylko zaspokoić głód. Nie tknęłam nic z mojej listy "bulimicznej" - żadnych szybkich przekąsek, słodyczy, żadnych naleśników, dużych ilości chleba. Nie miałam napadu, nie wymiotowałam, nie ważyłam się. Na pewno jest to jakiś powód do zadowolenia, chociaż natrętne myśli wracają niczym bumerang, szczególnie kiedy coś nie idzie po mojej myśli. Staram się zabić je w zarodku. Możliwe, że podświadomie denerwuję się jutrzejszą wizytą u lekarza. Teoretycznie jakoś specjalnie o tym nie myślę, ale gdzieś tam w środku naprawdę się boję. Nie do końca zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji (z doświadczenia wiem, że jest to bardziej dobre niż złe, bo człowiek się tak nie nakręca, chociaż z drugiej strony wówczas można zbyt luźno podejść do sytuacji... mimo zażywania hormonów i świadomości, że prawdopodobnie to bulimia jest przyczyną torbieli, nadal wymiotowałam), ale to poniekąd dlatego, że nie zakładam, żeby torbiel nadal była. Mimo to wiem, że są 2 opcje.

I tak oto przygnębiona i kompletnie samotna, popijam melisę, słucham przygnębiającej muzyki i staram się nie myśleć o przyszłości. Czuję, że wewnątrz mnie są wielkie pokłady pozytywnej energii i jak tylko usłyszę jutro, że torbieli nie ma, eksplodują, a ja ruszę do przodu. Przecież mam się z czego cieszyć. Myśląc tak bardzo przyziemnie, już drugi dzień nie wymiotowałam, zaczęłam normalnie jeść, ćwiczę, wysypiam się, zaczynam dbać o siebie... Tylko właśnie wciąż czegoś (kogoś?) brak. Może nawet nie stricte związku. Po prostu szczerej i wartościowej rozmowy, wsparcia, poświęconego czasu. Przyjaciela? Tak, jest ktoś kto potrafi mnie wysłuchać,wesprzeć, poświęcić swój czas. Jedna jedyna osoba na tym świecie, która mnie rozumie i doskonale zna moje życie. Może z racji wieku i licznych doświadczeń życiowych nie odrzuca? Niestety, ma swoje życie: dom, rodzinę, pracę. Ja jestem tylko takim dodatkiem. Widujemy się bardzo rzadko i zwykle krótko. Rozumiem to i nie mam pretensji. Pytam tylko losu, dlaczego kogoś takiego nie ma tylko dla mnie? Na szczęście ta odwieczna pustka nie boli psychicznie tak bardzo, kiedy wszystko we własnym życiu mam poukładane, a emocjonalnie jestem stabilniejsza. Tymbardziej muszę o to walczyć.

There's nothing I wouldn't do
To have just one more chance
To look into your eyes
And see you looking back...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz