niedziela, 24 listopada 2013

Nie, nie, nie

Wszystko o borderline...
To w sumie wszystko wyjaśnia. Nie mi, bo ja to wiem. Ja z tym żyję. Wyjaśnia tym, którzy nie rozumieją. A i tak przypuszczam, że mało kto, czytając ten artykuł, chociaż w niewielkim stopniu, zrozumie. Bo to trzeba czuć, to trzeba przeżyć. Czytając to o mało się nie popłakałam. Uświadomiłam sobie, że jestem klasycznym przykładem "borderka". Mało tego, zupełnie nieświadomie, jakiś czas temu pewien plik, który w przyszłości miał być książką, zatytułowałam "Bezimienna". Bo tak się czuję. Nie wiem co robić. Dlatego tak bardzo sfrustrowana jestem, gdy ktoś próbuje wmówić mi, że kiedyś będę szczęśliwa i spotkam tego jedynego. No cholera nie spotkam, bo kto chciałby żyć z wariatką niestabilną emocjonalnie, która ma pretensje do całego świata? Ja nie chcę nikogo ranić. Po prostu bronię się przed samą sobą. Próbuję zagłuszyć jakoś ten wewnętrzny krzyk, tą rozpacz. Już nic nie pomaga. Nawet łzy, które właśnie spływają mi po policzkach. Nie wytrzymałam. Jestem sama. Tak bardzo chciałabym teraz zwymiotować (bo przecież na jakiekolwiek uczucia ze strony drugiego człowieka nie mam co liczyć), przecież ważę ponad 74 kg. Tak, już tak dużo. Zaraz znów na ulicy będą wytykać mnie palcami, znów nazywać grubasem i golonką. Nie chcę tego pamiętać, nie chcę do tego wracać. Bo tylko ja mam prawo sobą gardzić.
Zastanawiam się, dlaczego nie zwymiotowałam. Przecież tyle zjadłam (kończąc na plackach z mąki żytniej, bo pszennej nie było, posypanych cukrem... a do tego ogórki konserwowe), jest mi źle, ledwo oddycham, waga przeraża. A ja nadal naiwnie wierzę, że torbiel pęknie bez operacji. Skoro i tak mnie to czeka, to dlaczego nie wymiotuję?
Fizycznie jestem wykończona i śpiąca, ale nie idę spać. Nie idę, bo nie zasnę. Psychika każe mi "coś zrobić", zanim pójdę spać. Podświadomie wciąż mam nadzieję, że któregoś dnia pójdę spać i już nigdy więcej się nie obudzę. Że gdzieś tam będzie mi lepiej.
A wiecie co jest najzabawniejsze? Ja nie potrzebowałam dziś wiele. Ja nigdy nie potrzebuję wiele, nie jestem wymagająca. Potrzebuję drugiej osoby, bliskości, przytulenia, pocałunku, rozmowy, zrozumienia, pociesznia. Zwyczajnych rzeczy. Ale tego nie dostaję. Już od dawna. Żeby zagłuszyć jakoś tę pustkę, jem. Jem i się pogrążam, a waga wskazuje coraz więcej. Im więcej wskazuje, tym więcej jem, tym bardziej moje myśli krążą wokół jedzenia i ostatecznie tym bardziej zdaję sobie sprawę z "bezsensu mojego życia sensowności" (cytat z jednego z moich wierszy, jakoś tak utkwił mi w pamięci).




środa, 20 listopada 2013

Coś jeszcze?

Może i u mnie od wczoraj nie jest najlepiej, ale teraz to nieważne. Co prawda nie wymiotowałam ani razu, nawet mimo skrajnego obżarstwa wczoraj i zaskakująco wysokiej wagi, ale znów poczułam jakbym znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Psychiczne dno. Nawet zasnąć nie mogłam. Myślałam, że to koniec, że już sobie nie poradzę. Zadręczałam się tymi wszystkimi myślami aż w pokoju nie pojawiła się mama z przerażającą informacją. Ze łzami w oczach oznajmiła mi, że wuja, a zarazem mój chrzestny, nie żyje. Pisałam jakiś czas temu, że trafił do szpitala, ale ostatnio wszystko zdawało się być na dobrej drodze. We wtorek miał wyjść ze szpitala. Miał 55 lat.
Dla mnie osobiście najbardziej bolesny i niewybaczalny jest fakt, że nie byłam nawet u niego w szpitalu. Zajęta swoimi sprawami, nie chciałam widzieć nikogo wokół. Tylko ja i moje problemy. Okazałam się straszną egoistką. Przynajmniej teraz wiem, czemu nie mam nikogo obok siebie.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Wszystko jasne

Torbiel żyje sobie swoim życiem na moim jajniku radośnie nadal. Im wizyta u lekarza była bliżej, tym ja się bardziej denerwowałam. Kiedy mnie badał z niecierpliwością czekałam co powie. Sam wydawał się być zaskoczony, że po tak dużej dawce hormonów torbiel nadal jest. Minimalnie się zmniejszyła - dobre i to. Podobno brak złych wiadomości, to też dobra wiadomość. I tak chcę o tym myśleć. Co prawda nie takiej diagnozy się spodziewałam, ale przynajmniej teraz już wiem, czym te ostatnie ostre bóle brzucha nieznanego wtedy pochodzenia, mdłości, wymioty i ogólne złe samopoczucie były spowodowane. Bulimia to jedno, a torbiel drugie - połączone ze sobą niszczyły mnie niesamowicie. Wątpię, by było coś jeszcze, także póki co zrezygnuję z planowanej wizyty u internisty (głównie w związku z bólami brzucha, mdłościami i wymiotami). Zobaczymy, czy jak pozbędę się torbieli, objawy ustąpią. Na szczęście to, co mogłam zmienić, zmieniam i czuję się o wiele lepiej. Trzeci dzień nie wymiotuję. Nie ważę się też póki co, chociaż z tym jest wyjątkowo ciężko, szczególnie wieczorami. Ale znam ten mechanizm doskonale - zważę się, waga pokaże (za) dużo w moim odczuciu (szczególnie wieczorem), uznam, że na nic moje wysiłki i nie ma sensu się starać, pójdę coś zjeść na pocieszenie, wpadnę w trans jedzenia, a później zwymiotuję w obawie przed wzrostem wagi i koło zacznie się kręcić na nowo. Wiem, że obecnie ważę dużo, bo widzę to po opiętych ubraniach i po swoim ciele i aż mnie nosi, żeby jednak sprawdzić tą wagę, ale z drugiej strony wiem, że nie może być to nagle 80 kg, szczególnie, że ćwiczę i mało jem. Zresztą tak, czy inaczej teraz zaraz i tak nic nie zrobię, a będę się tylko niepotrzebnie denerwować i kombinować. Poza tym, że nie miałam dziś zbyt dobrego dnia i nic do mnie nie docierało, jestem zadowolona i pełna optymizmu. Musiałam sobie to wszystko przemyśleć. Bombą energetyczną oczywiście okazała się siłownia i prawie zapomniany przeze mnie poniedziałkowy wycisk. Trochę wysiłku fizycznego, a człowiek od razu staje się bardziej optymistycznie nastawiony, nawet w stosunku do problemów. Bieżący tydzień będzie dla mnie szczególną próbą, bo znów biorę hormony, a wiadomo z czym to się "je". Wcześniej widocznie nie przytyłam, bo wymiotowałam. Teraz nie zamierzam tego robić, więc w tym tygodniu dieta i siłownia muszą być na 200% tak, żebym we wtorek za tydzień mogła się zważyć i ujrzeć 6 z przodu na wadze albo co by mnie ucieszyło bardziej widoczną (zapewne tylko dla mnie) zmianę ciała na lepsze. Postaram się skrupulatnie pilnować diety (której tak nota bene nie ma - znam zasady, ale sztywnego menu nie ustalałam) i możliwie zwiększyć ilość treningów.

Bilans dnia dzisiejszego okazał się lepszy niż bym mogła się tego spodziewać.
Zjadłam:

  • 50g crunchy z 200 ml mleka
  • banana
  • pomarańczę
  • batonika
  • 200g chudego twarogu.
Przy czym zaliczyłam godzinne zajęcia na stepach i ok. 40 minut orbitreka.

:)

Pozytywna energia

Stoję przed lustrem. Naga. Patrzę na swoje nieidealne i dotąd znienawidzone ciało, na liczne blizny, na świeże ślady autoagresji, których po ostatnim cieżkim okresie wyjątkowo dużo, nakładam balsam. Nakładam balsam i się uśmiecham. Pierwszy raz od dawna myślę o sobie, że jestem piękna. To moje ciało, sprawne i zdrowe i jakby nie patrzeć lepsze niż 2 lata temu. Będę o nie dbać najlepiej jak potrafię, z czasem może nawet je pokocham. Przecież to ciało jest częścią mnie i reaguje na wszystko co się w moim organizmie i psychice dzieje. Przez długi czas je katowałam, nie tylko niewłaściwą dietą, regularnym wymiotowaniem i samookaleczaniem, ale także nieodpowiednim wysiłkiem fizycznym, do którego nierzadko się zmuszałam, wiecznym stresem i chronicznym brakiem snu. Dzisiaj je przeprosiłam.

Nie pojechałam dziś na siłownię. Nie byłam w stanie wstać przed 7, żeby zdążyć na zajęcia o 9 (siłownia dziś tylko do 12). Mimo to zaraz po śniadaniu ćwiczyłam, naładowałam się pozytywną energią (i gdyby nie to pewnie teraz bym poległa), z uśmiechem na twarzy pojechałam na zdrowe zakupy, później zrobiłam porządek w notatkach. I nic więcej. Gdzieś po drodze złapało mnie standardowe przygnębienie. Na pocieszenie jadłam, choć nie byłam głodna. Nie zjadłam dużo, po prostu normalnie. Normalnie, czyli nie jak człowiek na diecie i ciut więcej niż by tylko zaspokoić głód. Nie tknęłam nic z mojej listy "bulimicznej" - żadnych szybkich przekąsek, słodyczy, żadnych naleśników, dużych ilości chleba. Nie miałam napadu, nie wymiotowałam, nie ważyłam się. Na pewno jest to jakiś powód do zadowolenia, chociaż natrętne myśli wracają niczym bumerang, szczególnie kiedy coś nie idzie po mojej myśli. Staram się zabić je w zarodku. Możliwe, że podświadomie denerwuję się jutrzejszą wizytą u lekarza. Teoretycznie jakoś specjalnie o tym nie myślę, ale gdzieś tam w środku naprawdę się boję. Nie do końca zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji (z doświadczenia wiem, że jest to bardziej dobre niż złe, bo człowiek się tak nie nakręca, chociaż z drugiej strony wówczas można zbyt luźno podejść do sytuacji... mimo zażywania hormonów i świadomości, że prawdopodobnie to bulimia jest przyczyną torbieli, nadal wymiotowałam), ale to poniekąd dlatego, że nie zakładam, żeby torbiel nadal była. Mimo to wiem, że są 2 opcje.

I tak oto przygnębiona i kompletnie samotna, popijam melisę, słucham przygnębiającej muzyki i staram się nie myśleć o przyszłości. Czuję, że wewnątrz mnie są wielkie pokłady pozytywnej energii i jak tylko usłyszę jutro, że torbieli nie ma, eksplodują, a ja ruszę do przodu. Przecież mam się z czego cieszyć. Myśląc tak bardzo przyziemnie, już drugi dzień nie wymiotowałam, zaczęłam normalnie jeść, ćwiczę, wysypiam się, zaczynam dbać o siebie... Tylko właśnie wciąż czegoś (kogoś?) brak. Może nawet nie stricte związku. Po prostu szczerej i wartościowej rozmowy, wsparcia, poświęconego czasu. Przyjaciela? Tak, jest ktoś kto potrafi mnie wysłuchać,wesprzeć, poświęcić swój czas. Jedna jedyna osoba na tym świecie, która mnie rozumie i doskonale zna moje życie. Może z racji wieku i licznych doświadczeń życiowych nie odrzuca? Niestety, ma swoje życie: dom, rodzinę, pracę. Ja jestem tylko takim dodatkiem. Widujemy się bardzo rzadko i zwykle krótko. Rozumiem to i nie mam pretensji. Pytam tylko losu, dlaczego kogoś takiego nie ma tylko dla mnie? Na szczęście ta odwieczna pustka nie boli psychicznie tak bardzo, kiedy wszystko we własnym życiu mam poukładane, a emocjonalnie jestem stabilniejsza. Tymbardziej muszę o to walczyć.

There's nothing I wouldn't do
To have just one more chance
To look into your eyes
And see you looking back...

sobota, 16 listopada 2013

Żyć

Wiem, popełniam błędy. Wiem, jestem taka a nie inna. I się nie zmienię dla kogoś. Jedyną osobą, dla której jestem w stanie zrobić cokolwiek, jestem ja sama. Koniec z narzekaniem na swój los i wpędzaniem w wieczne poczucie winy i strachu. Jest tak, a nie inaczej i to ja muszę dostosować się do obecnej sytuacji, a nie na odwrót. Dostosuję się. Wiem, że dam radę. Przecież jestem silna.
Nie wiem, czy za prędko nie podsumuję dzisiejszego dnia, ale nie wymiotowałam. Jest to ogromny sukces, biorąc pod uwagę fakt, że zjadłam dużo, nie jadłam dietetycznie, a do tego przyjęłam dziś kilka bolesnych ciosów. Nie zrobiłam też nic konstruktywnego. Nie byłam w stanie zmobilizować się też, by pojechać na siłownię. Jutro pojadę z samego rana, rozćwiczyć zakwasy po wczorajszym treningu i rozładować wewnętrze napięcie. Cieszę się, że znów ćwiczę.
Jest też jeszcze jeden mały sukcesik - zaczęłam rozmawiać z mamą. Co prawda na razie zdawkowo, ale zawsze to jakiś krok do przodu.
Tak naprawdę uczę się teraz żyć na nowo. Staram się zapomnieć wszystko co było i żyć teraźniejszością. A może już niedługo zacznę żyć przyszłością? Chcę, by było jak dawniej, ale po nowemu. Kluczowe zmiany, których chcę dokonać:
1. Zniszczyć bulimię.
2. Ćwiczyć dla przyjemności i osiągnięcia zamierzonych celów, jak kiedyś.
3. Jeść, ale się nie obżerać. Jeść śniadanie, obiad, kolację. Nie jeść na noc. Wrócić do sposobu żywienia, który sam w sobie sprawiał, że czułam się wspaniale - owoce i warzywa jako podstawa. Do tego dużo wody. Już na samą myśl o tak korzystych zmianach dla mojego organizmu jestem pełna zapału!
4. Wysypiać się.
5. Nie zawalać uczelni.
6. Cieszyć się życiem, nawet jeśli nie ma ku temu powodów. Pozytywne myślenie potrafi zdziałać więcej niż wszystkie chore metody, których dotąd próbowałam, by stanąć na nogi.

piątek, 15 listopada 2013

Nie wymiotować

Banalne - kiedyś tak myślałam. Jeszcze, będąc na początku mojej "przygody" z bulimią, czytałam różne fora, gdzie wypowiadały się bulimiczki, chcące z tym skończyć. Dziwiłam sie, kiedy pisały, że się nie da i kiedy cieszyły dniem bez wymiotowania. Ja też to wtedy robiłam, ale nie byłam jeszcze stricte bulimiczką. Potrafiłam tego nie zrobić, nawet będąc skrajnie najedzona. Co więcej nie sprawiało mi to przyjemności. Ba, jeszcze przed tym całym odchudzaniem, wymiotowanie było dla mnie czymś najgorszym na świecie! Kiedy miałam mdłości, modliłam się, by tylko nie wymiotować. Nie patrzyłam na to wtedy w kategoriach pozbycia się jedzenia, czy obniżenia wagi (bo schudnięciem bym tego nie nazwała). No, ale to było kiedyś i nie ma sensu do tego wracać. Nieśmiało wierzę, że kiedyś znów tak będzie. No ale póki co wymiotowanie stało się dla mnie czymś normalnym, nawet po niewielkim posiłku. Obecnie nie ma już opcji, że nie dam rady wymusić wymiotów, bo chcąc, nie chcąc, powoli dochodzę do perfekcji w tej kwestii. Ale muszę z tym skończyć. Z perspektywy czasu tęsknię za czasami, kiedy potrafiłam nie jeść, czy maksymalnie się ograniczać. "Nie" znaczyło "nie" i nikt ani nic nie było w stanie mnie złamać. Teraz wiem, że z dwojga złego, głodzenie było mniej destrukcyjne. Rzecz jasna nie do tego dążę (pomimo mojej skłonności do popadania w skrajności), ale jest to jakąś alternatywą, przynajmniej na początku, kiedy za cel postawiłam sobie NIE WYMIOTOWAĆ. Wiem, że jak będę jeść (i nie wymiotować) w najlepszym wypadku utrzymam obecną wagę, a na dłuższą metę psychicznie tego nie wytrzymam. Muszę zacząć naprawiać siebie od podstaw. Najpierw wyjść z bulimii, kiedy jeszcze w jakimiś minimalnym stopniu tego chcę i zdaję sobie sprawę z konsekwencji tej choroby (w dużej mierze niestety przekonałam się o tym osobiście), a dopiero później zacząć właściwe odchudzanie. Wiem, że najgorsze będzie powstrzymanie się od wymiotowania, kiedy dopadnie mnie nieplanowane obżarstwo (planowanego i tak już być nie może, bo zwykle powiązane ono było z wymiotowaniem, a niekiedy dodatkowo przeczyszczaniem), ale właśnie wtedy muszę być silna. Muszę, bo jestem z tym wszystkim sama. Wiem, że nikt mi nie pomoże, nikt moich problemów nie rozwiąże i nikt za mnie życia nie przeżyje. Albo sama sobie pomogę (w psychologów, psychiatrów, psychotropy, psychoterapię i wreszcie w szpital psychiatryczny nie wierzę), albo na moim narobku (o ile taki ktoś mi sprawi) będzie widniał przerażający napis "Żyła 23 lata"...

czwartek, 14 listopada 2013

Żyć przeciwko wszystkim - tylko, czy ja tak potrafię?

Było źle. Myślałam, że nie może być gorzej. Mimo to jakoś normalnie starałam się przeżyć ten dzień, ale wróciłam do domu. I chyba to był mój największy błąd. Nie mogę tu mieszkać. To jest istny dom wariatów. Mało, że od obojga rodziców słyszę, że nic nie robię i najlepiej jakbym się wyprowadziła, to nie dają mi nawet spokoju. Matka dręczy mnie psychicznie. Dziś od progu zaczęła się na mnie wydzierać z wściekłością w oczach. Prawie mnie uderzyła. Przypuszczam, że powstrzymała ją jedynie myśl, że nie pozostałabym jej dłużna. Jeśli ktoś mnie atakuje, to mam prawo do obrony. Ona jednak uznała, że ona ma prawo do wszystkiego, a ja jak ją dotknę, to pójdzie do sądu i ciągnęła dalej z zadowoleniem "i pójdziesz do więzienia, a wtedy będziesz o suchym chlebie i wodzie" i coś tam dalej, ale już nie słuchałam. W ogóle praktycznie nie odpowiadałam na jej krzyki i zaczepki, ale ona wtedy wydzierała się jeszcze głośniej. Później zaczęła wymyślać, bo wiedziała, że nie przemilczę jak coś będzie nieprawdą. I tak też się stało. Po wielu nieudanych próbach (od zeszłego tygodnia począwszy) w końcu udało jej się mnie sprowokować. Doprowadziła mnie do łez i nasilonych myśli samobójczych. Ale przecież ją to nie obchodzi. Pewnie nawet cieszyłaby się, gdybym zniknęła z tego świata. Nie wiem co robić. Cholera jasna, gdybym miała pewność, że umrę na pewno... Ale boję sie konsekwencji nieudanej próby samobójczej. Wyprowadzić teraz się też nie mogę, bo nie mam dokąd. Nie chcę po raz kolejny rzucać studiów, szczególnie, że jestem już na 3 roku. A bez pracy na pełen etat, wyprowadzka nie jest możliwa, bo dziwką nie zostanę (a to chyba jedyna możliwość zarobienia wystarczających pieniędzy, bez rzucania studiów).
No i  bulimia. Dzisiaj nie wymiotowałam. Byłam pewna, że tego nie zrobię. Teraz jednak chcę to zrobić, potrzebuję tego, dlatego pójdę się nażreć i zwymiotować, tylko po to, by poczuć ulgę. Ulgę psychiczną i przeogromny ból bezsilności wobec własnego marnego życia zarazem.

...




niedziela, 10 listopada 2013

Urodziny

Wczoraj miałam 23 urodziny. Dzień jak każdy inny poza życzeniami, często "bo wypada". Nie spodziewałam się fajerwerków, bukietu kwiatów ani niespodzianek, bo wiem, że na to nie zasługuję. Z perspektywy dzisiejszego dnia wiem, że wystarczyłaby mi normalność. Ale nie... Wczoraj cały dzień kłótnie z mamą o byle co, bo powód zawsze się znajdzie, żeby tylko mi dowalić. Dzisiaj byli goście. W bardzo okrojonym składzie, bo wuja leży w szpitalu, więc zrozumiałe, że nikt od niego nie przyjechał. Myślałam, że chociaż te parę godzin, kiedy w domu poza mną, moją siostrą i rodzicami jest jeszcze druga siostra, która z nami już nie mieszka, babcia i chłopacy sióstr, będę miała spokój. Bo zwykle wtedy się nie kłócimy, udajemy szczęśliwą rodzinę, wszystko jest sztuczne i na pokaz. Gdy tylko ktoś przerwie te pozory, dostaje po mordzie. Tak też było dzisiaj ze mną. Nieważne, że mam urodziny. Wszyscy przeciwko mnie, każdy krzyczał i uciszał. Mam dosyć. Najpierw składają mi życzenia, a później wprowadzają w negatywny stan psychiczny. Dzięki temu wiem, że życzenia były nieszczere. Dopóki tu mieszkam, moje problemy psychiczne nie ustąpią. Dowiedziałam się od mamy, że "bylibyśmy szczęśliwą rodziną, gdyby nie ja". No to już widzę tą ich sielankę jak się wyprowadzę. Wtedy nie bedzie nawet osoby, na której można się wyżyć i której można ponarzekać. Ale ok. Już od dawna wiem, że jak tylko będę miała możliwość wyprowadzenia się z tego chorego domu, to to zrobię i zacznę nowe, samotne, ale szczęśliwe życie. Tylko nie wiem, czy będe potrafiła być obojętna na rodzinę, bo mimo tego jak mnie traktują i jak źle mi z nimi jest, nie potrafię odwzajemnić im się tym samym.
A co poza tym u mnie? Nic nowego. Bulimia jest już na porządku dziennym, a wszelkie próby życia bez niej, zdają się być na krótką metę. Zauważyłam, że teraz nie muszę się nawet przejadać, by to robić. Odkąd podupadłam na zdrowiu i często boli mnie brzuch tak, że wymiotuję z powodów innych niż bulimia (zazwyczaj zdarza sie to, kiedy stoję na promocjach, więc może to jakiś stres z tym związany) nie ma dla mnie znaczenia już, czy się napcham, czy po prostu więcej zjem, bo w każdym przypadku zwykle mam mdłości. A jak mam mdłości, to nie męczę się z nimi tak jak kiedyś. Po prostu wymiotuję. Straciłam nad tym kontrolę. Mimo to chcę jeść normalnie, więcej sypiać, zacząć ćwiczyć i zmienić swój nerwowy tryb życia na bardziej spokojny, bo na pewno wpłynęłoby to pozytywnie na moje zdrowie, choćby fizyczne. Wystarczy kilka dni "odpoczynku" od bulimi, a moja twarz przestaje być opuchnięta, oczy czerwone, a do tego moje samopoczucie psychiczne o niebo lepsze. W przyszłym tygodniu miałam wrócić na siłownię, ale rodzice nie sprezentowali mi jeszcze całej sumy pieniędzy na 3-miesięczny karnet i pewnie nie sprezentują. Rodzice nawet w tej kwestii nie potrafią się dogadać, także nie wiem jak to będzie.
Coś mnie od wczoraj na to wzięło... Bardziej wymowna niż tysiąc słów.