wtorek, 8 października 2013

Żal mi siebie

Dawno mnie nie było. Ciężko było mi się zabrać za pisanie kolejnego posta, zważywszy na to, że u mnie kiepsko. Kiepsko - delikatnie mówiąc. Wszystko się posypało. Jedno wielkie dno, nawet bez minimalnych wahań w górę. Ostatnim razem, zdaje się, zła passa została na dobre rozpoczęta. Chcąc, nie chcąc znów zatraciłam się w jedzeniu. W moim przypadku nic nie dzieje się "wyjątkowo", szczególnie jeśli ma to ścisły związek z moim nałogiem. Usilnie chciałam jednak wierzyć, że jest inaczej, stąd poprzedni post. Niestety. Od tamtego czasu dzień w dzień bez wyjątku, niczym codzienny rytuał, opychałam się jedzeniem ponad ludzką wytrzymałość, często wbrew sobie, bez ochoty, niejako z "obowiązku", rozpychając przy tym żołądek i w ramach kompensacji, wymiotowałam. Przeważnie 2 lub więcej razy w ciągu dnia. Nie miało już dla mnie większego znaczenia czym będę wymiotować. Wcześniej nie jadałam normalnie PRZED. Zapychałam się byle czym, szczególnie produktami z niższej półki cenowej i daniami nie wymagającymi dużego nakładu czasu w celu przygotowania. Teraz w "zwrotnym menu" znalazły się również takie produkty jak łosoś, zarówno pieczony filet w zdrowym zestawie obiadowym jak i ten w postaci moich ulubionych wędzonych zrazików, własnoręcznie lepione pierogi, wino, surówki, owoce, twarogi, słodycze (nawet te droższe czekolady, które kupiłam z myślą "normalnego" skonsumowania, batoniki złożowe i wysokowartościowy batonik zastępujący posiłek za niemalże 10 zł), chipsy jabłkowe, które do tanich również nie należą oraz różnego rodzaju drogie herbaty. Zdaję sobie sprawę z tego, iż irracjonalnym jest wymiotowanie potraw, czy produktów, na które wydałam ostatnie pieniądze (standardowo największą część, ciężko zarobionych, pieniędzy przejadłam, a ściślej rzecz ujmując spuściłam do kanalizacji), czy, na przyrządzenie których poświęciłam sporo czasu, ale nie byłam w stanie nad tym zapanować. Podobnie jak w kwestii powtarzających się napadów. Zresztą nadal nie jestem w stanie. Jest coraz gorzej... Nie mam już siły. Ciągle to samo zamknięte koło, z którego nie ma ucieczki. Oczywiście nie widziałam sensu pisać co dokładnie jadłam (choć skrzętnie wszystko notowałam), bo nie w tym rzecz. Wszystko co było "ponad program" i tak długo w moim żołądku nie zabawiło. A dla wzmocnienia efektu prawie codziennie łykałam podwójną dawkę tabletek przeczyszczających i nie powstrzymywała mnie nawet świadomość potwornego bólu brzucha następnego dnia rano. Nawiasem mówiąc dziś też je wezmę, a żeby móc przetrwać to w domu, nie pojadę jutro na ranne zajęcia na uczelni.
Moja waga? Napiszę jak doczekam się tendencji spadkowej. Póki co osiągnęłam punkt krytyczny.
Co jeszcze? Ból, i tak słabych, zębów, podrażnione gardło, język i podniebienie, wieczne bóle brzucha, mdłości, kaszel, chroniczne zmęczenie, zryta psychika, depresja, obsesyjne myśli związane z jedzeniem, często problemy z oddychaniem, zaburzenia cyklu miesiączkowego (i tak mogę się cieszyć, że przeważnie pojawia się miesiączka lub coś co ma ją przypominać), uzależnienie od kawy, a co za tym idzie znaczny niedobór snu. Dzisiejszej nocy nie przespałam nawet 5 minut - swoją drogą, że nie mogłam zasnąć, ale do tego bzykał mi nad głową wyjątkowo upierdliwy komar (jednego zabiłam przed snem za zaatakowanie mojego kolana, więc myślałam, że będzie spokój) i kąsał, gdzie tylko była możliwość - obydwa policzki i kostka. Ok. 3 w nocy zabrałam "zabawki" i poszłam spać na kanapę, ale niestety i tam zasnąć nie mogłam, szczególnie, że zrobiłam się strasznie głodna (ostatni "posiłek" zwymiotowałam wieczorem w całości). Zjadłam wiec banana, licząc, że to pozwoli mi przespać chociaż, pozostałe do pobudki, 3 godzinki, ale niestety. Tylko rozpoczęłam dzień z wpadką na "dzień dobry". Niby nic takiego, a jednak plan był inny.

Podjęłam też decyzję, która oczywiście z czasem może się zmienić. I oby się zmieniła. O ile mój stan psychofizyczny się nie poprawi, a choroba nadal będzie postępować, to po zakończeniu studiów (czyli za jakieś 1,5 roku) zgłoszę się do szpitala psychiatrycznego. Może faktycznie przeceniam trochę swoje możliwości i jednak sama sobie pomóc nie potrafię, a wręcz przeciwnie - nieświadomie spycham się w czarną otchłań, zabijając powoli?


Zdjęcie, zapożyczone z facebookowego fan page jednego z blogów, które obserwuję, będące moją obecną motywacją. Czemu miałabym nie wierzyć w to, że kiedyś będę tak wyglądać? Lepsze to niż wieczne podcinanie skrzydeł, chociażby marzenie miało się nigdy nie ziścić.

A nawiązując do tematu posta... Żal mi siebie. Żal, bo okropnie katuję swoje ciało i niszczę swój, jakby nie było pierwotnie zdrowy, odporny i silny, organizm. Wiem, że niejeden dałby wiele, by taki mieć. I pewnie by go szanował. Nie tak jak ja... Ale ja nie potrafię inaczej a pomóc mi nikt nie chce (albo nie potrafi?). Nawet psycholog poniekąd rozłożył ręce - prawda jest taka, że nie nakłaniał mnie jakoś specjalnie do kontynuowania terapii, a wręcz przeciwnie. Moja rezygnacja z psychoterapii to jest w głównej mierze tego Pana zasługa. Odniosłam wrażenie, że taka decyzja będzie mu bardzo na rękę, "bo przecież na moje miejsce jest sporo chętnych, którzy nie pogardzą jego pomocą".
...

No to się doigrałam... 70 kg już po... po próbie. Nie dałam rady wymusić wymiotów. Jestem za słaba. Czuję się teraz fatalnie. Ale jeszcze przeczyszczacze - teraz w nich pokładam całą nadzieję...

A na koniec zasadnicze pytanie, do którego będę wracać w razie jakichkolwiek wątpliwości w (przyznajmy sobie szczerze) dłuuugiej drodze do celu: FIGURA czy JEDZENIE?

1 komentarz:

  1. poczytałam Cię dzisiaj, szczególnie utkwił mi w pamięci wpis o rodzinie - wypisz, wymaluj u mnie to samo - stąd problemy z jedzeniem - witam Cię u siebie na blogu - ja już walczę z nałogiem 7 lat...

    OdpowiedzUsuń