niedziela, 13 października 2013

Koniec

Koniec z uzależnieniem od jedzenia, koniec z bulimią, koniec z wegetacją i przepuszczaniem życia między palcami! Nie wiem jak wytłumaczyć tą nagłą zmianę, nie wiem też czy to tylko chwilowy przypływ optymizmu, czy długotrwała zmiana, ale wiem, czego chcę. Wczorajszy dzień trochę zmarnowałam - z jednej strony. Z drugiej to właśnie wczoraj podjęłam taką decyzję. Obżerałam się strasznie (wieczorem mój brzuch prawie eksplodował), ale nie wymiotowałam, pomimo wagi sporo przekraczającej wyznaczoną przeze mnie "nieprzekraczalną" granicę. Nie zważyłam się też dziś rano i pomimo, że dzisiejszy dzień znowu nie był udany (czyt. taki jakbym chciała), to również nie wymiotowałam (a napadzik był i to wieczorem) i nie zamierzam porzucać mojej idei. Zważyłam się przed chwilą - 72 kg. Ok dużo, ale teraz mam wybór: nic nie zmieniać i doprowadzić się do stanu skrajnej otyłości (tudzież nie przytyć, ale za to wyniszczyć się, pogłębiając bulimię), albo starać się zmienić obecne życie. Nie jest to proste, przyznaję. Jednak chcę podjąć to wyzwanie. Jak wrócę na siłownię, czyli na początku listopada, wprowadzę w życie zdrową, normalną dietę, której wizję już nawet mam gdzieś tam w głowie (szczególnie w kwestii potraw, bo jak zapewne pisałam uwielbiam gotować). A póki co najpewniej będzie czas kombinowania na różne sposoby, z wyłączeniem wymiotów i przeczyszczania, by choć trochę schudnąć (albo chociaż nie przytyć). Głodówka? Niewykluczone, ale zapewne skończy się na restrykcyjnym ograniczeniu jedzenia, bo jedząc normalnie, a nie ćwicząc intensywnie, zawsze w którymś momencie zatracę się w jedzeniu. A czując głód będę miała świadomość walki i silną motywację. Ale na chwilę obecną mam jeszcze inny cel - zapisałam się na 6 biegów po 5 km (pierwszy bieg już na początku listopada), czyli że trenować czas zacząć. Dziś pierwszy trening za mną. Kondycja mi trochę siadła, więc zaczynam od zera, ale nie jest źle - godzinka na świeżym powietrzu, bieg z marszem na przemian co 10 minut. Zamierzam trenować codziennie, choćby 10-15 minut samego biegu, dla samej siebie, dla kondycji, satysfakcji, dla ciała... Bo przecież 5 km, jakbym się uparła, to bym przebiegła, ot tak, "z marszu".
Postaram się w miarę regularnie informować wszystkich zainteresowanych wynikami moich działań, zarówno w kwestii diety "przetrwaniowej" przed dietą z prawdziwego zdarzenia (a w tym SPADKAMI wagi - chyba nie jest dziwnym to, że przyrostów nie biorę nawet pod uwagę?), jak i w kwestii przygotowań do biegów.
I zaczynając OD DZISIAJ (!), a nawet wczoraj, nic już teraz nie zjem, a przyznaję od "ułożenia" się w żołądku poprzedniego napadowego jedzenia, mam na coś ochotę, a od godziny to już szczególnie. Nie, nie jestem głodna - wręcz przeciwnie, ale po prostu mam chęć coś zjeść, dla samego jedzenia, a już najbardziej kiedy sobie pomyślę, że jutro miałabym nic nie jeść (no bo przecież przed głodówką, nawet jeśli następnego dnia jej nie ma, TRZEBA się nażreć na zapas). To siedzi w głowie i muszę to pokonać, zwłaszcza, że nie znoszę chodzić spać z pełnym, a już na pewno przepełnionym żołądkiem.
... Tak więc - jest ktoś kto trzyma za mnie kciuki? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz