środa, 23 października 2013

Ja, papierowa marionetka

Jest źle. Byłam w poniedziałek u ginekologa. Nie spodziewałam się złych wieści. Niestety. Mam powiększającą się, w zastraszającym tempie, torbiel, która powinna była normalnie pęknąć wraz z pojawieniem się miesiączki, ale nie pękła - urosła. Biorę hormony. Bałam się tego najbardziej na świecie, bo skutki ich stosowania w moim wypadku mogą być katastrofalne. Przede wszystkim coś, czego boję sie najbardziej - wzrost wagi. I tak wciąż z tym walczę. A już mi się udawało, już wychodziłam na prostą, a tu nagle taki cios. Mimo to się nie poddałam, a jednak... Wczoraj jedzenie znów wygrało, szczególnie słodycze. Wczoraj, pomimo walki z natrętnymi myślami i chęcią na czekoladę, poległam. Zjadłam całą 300 g czekoladę, zagryzając ją chlebem, kiedy już mnie mdliło. Najpierw zjadłam trochę więcej niż pół tej czekolady i z 3-4 skibki chleba (dokładnie już nie pamiętam) - całość łacznie z częścią obiadu, który był sporo wcześniej zwymiotowałam. Poczułam ulgę i jakiś czas później zrobiłam to samo, z tym, że byłam już po tabletkach. Długo i boleśnie walczyłam ze sobą wewnętrznie - nie zwymiotowałam po raz drugi. I to mnie chyba przeraża najbardziej. Nie dość, że biorąc te leki, narażam się nie tylko na wzrost wagi, ale i trądzik (do którego mam skłonności), wypadanie włosów i depresję (która też nie jest mi obca), to nie mam pewności czy one w ogóle pomogą. A wymiotować po nich nie mogę. Moja pierwsza myśl po wizycie u lekarza - "nie będę mogła dowolnie wymiotować, bo przecież jak zwymiotuję te leki (a nie wiem jak długo się wchłaniają), to świadomie mogę skazać się na operację". Przeraża mnie to i stresuje jednocześnie. Dopiero w połowie listopada mam kolejną wizytę u lekarza. Do tego czasu chyba zwariuję. Wciąż będą krążyć mi po głowie myśli o operacji, a szczególnie narkozie, której się tak bardzo boję. Do tego obawiam się konfrontacji z rodziną, poczas nadchodzącej "wizytacji" - nie chcę, by komentowali mój wygląd, nie wiedząc z czym się zmagam. Szczególnie w moje urodziny. Ale dla nich jest albo białe, albo czarne, a i tak zawsze źle. Jak (odpukać) widocznie przytyję po tych lekach (dodatkowo do tycia z przyczyn oczywistych), to nikogo nie będzie obchodziło, dlaczego tak wyglądam. Dlatego dziś, po wczorajszej wpadce (i tylko 3 godzinach snu), nic nie jadlam. Wypiłam 4 kawy i od razu po powrocie z uczelni miałam iść spać, ale oczywiście rzuciłam się na ciasteczka. Zjadłam prawie całą 400 g paczkę, a biorąc pod uwagę, że 100 g to prawie 500 kcal, to wychodzi na to, że dzienne zapotrzebowanie nadrobiłam w kilka minut. Oczywiście chwilę później, jak już smak tych ciastek mi się znudził, zjadłam (połknęłam) 2 skibki chleba, zarazem chcąc od razu tego wszystkiego się pozbyć. Nie wiem co się stało, ale chyba podświadomie zaczęłam sie denerwować, połykając w pośpiechu ten chleb. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe, jakbym robiła coś złego... Bo może robię? "Powikłaniem ginekologicznym spotykanym niemal u 70 proc. chorujących na bulimię dłużej niż 3 lata są torbiele jajników". I wszystko jasne. Co prawda na bulimię choruję znacznie krócej, nie mniej jednak, tak jak przypuszczałam, ma ona znaczący wpływ na moje zdrowie i w tym aspekcie. Jestem idiotką. Boję się opercji, do tego stopnia, że łykam hormony, mogące spowodować przyrost wagi, a nie potrafię przestać wymiotować, doskonale wiedząc, że może to zahamować efekty leczenia hormonami. Nie wiem co zrobić. Wiem jedno - daję się kierować innym ludziom. Zamiast, jak kiedyś, kierować się swoim zdrowiem i własnym dobrem, martwię się tym jak ludzie zareagują na przyrost wagi, tak naprawdę nie mając nawet pewności, że on nastąpi. Chcę ich niejako zadowolić. Jestem taką papierową marionetką, o której pięknie świewa Edyta Górniak.
Papierowa, bo niestabilna (emocjonalnie przede wszystkim), podatna na zniszczenie (zranienie), bez siły przebicia, słaba.
Marionetka, bo żyjąca według innych, nie wyrażająca sprzeciwu, wykonująca dokładnie te ruchy, które narzucą jej inni, zadowalająca kierujących nią ludzi, bez prawa do życia, zależna od innych i ich opinii. Niby mam swoje zdanie, niby wszystko co robię, robię dla siebie, niby nie przejmuję sie opinią innych. Niby. Brak mi już siły, by owo "niby" przestało istnieć.



Leki będę brała krótko przed snem, żeby uniknąć takiego dylematu jaki mialam wczoraj. Pomimo chęci skończenia z bulimią, nie wyeliminuję jej na razie z mojego życia. Przynajmniej dopóki biorę te leki i za każdym razem zdenerwowana wchodzę na wagę.

Co z treningami? Odpuściłam. W poniedziałek wiadomo - dolina. Generalnie tydzień zaczęłam dobrze, jednak dobry humor nie trwał długo. Opuścił mnie, gdy tylko wyszłam od ginekologa. Jeszcze jakis czas po wizycie trzęsły mi się ręce, byłam zdenerwowana, a łzy (tak skrzętnie ukrywane przed światem) same napływały do oczu, gdy tylko czytałam szeroką listę skutków ubocznych na ulotce. Wczoraj też jakoś tak nie mogłam się zebrać w sobie, by wyjść. A dzisiaj to już w ogóle jakiś koszmar. Może jutro? Ale w biegach na 5 km i tak pewnie nie wezmę udziału...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz