sobota, 19 października 2013

Tak jakoś naszło mnie na przemyślenia

Kiedyś byłam "gruba" (względnie gruba - miałam nadwagę, ale nie znowu jakąś powalającą, dopiero później zaczęła się otyłość, wieczne odchudzanie, problemy z jedzeniem), ale byłam też szczęśliwa. Chcę wrócić do tego okresu. Do okresu tamtej beztroski, tamtego życia, tamtych problemów, tamtej normalności. Przeglądam właśnie stare zdjęcia i ledwo potrafię sobie wyobrazić coś, co kiedyś było normalne. Nie wiem co wtedy jadłam, jak jadłam, o której jadłam. Bo to nie było ważne. Owszem może od czasu do czasu zjadłam więcej, pocieszyłam się czekoladą, czy pochłonęłam sporą kolację, ale nie ważyłam się codziennie (w gruncie rzeczy w ogóle się nie ważyłam, bo nie miałam wagi) i nie przywiązywałam większej wagi do tego, co teraz zajmuje większość mojego czasu. Jak tak patrzę na te wszystkie zdjęcia widzę zdrową, wesołą dziewczynę. Może nie do końca życie mi się wtedy układało, ale potrafiłam cieszyć się z małych rzeczy i doceniać każdy dzień. Dziś nie potrafię. Nie cieszy mnie specjalnie już nawet dzień, w którym uda mi się wytrwać bez jedzenia. Ehh byłam wtedy szarą, zakompleksioną myszką z zewnątrz i pragnącą podziwu dziewczyną w środku, nie przejmowałam się specjalnie opinią innych i realizowałam się, nadając życiu sens, za to dziś jestem zniszczoną, chorą kobietą, udającą przed całym światem (a czasem nawet i przed sobą) silną perfekcjonistkę, stojącą w miejscu (a nierzadko i cofającą się) w każdym aspekcie życia. Mój uśmiech nie jest już prawdziwy, a łzy nie mają prawa istnienia. I zauważyłam jeszcze jedną rzecz - kiedyś nie miałam blizn, zarówno na twarzy jak i całym ciele, miałam śliczne, bielsze niż obecnie, zęby i ładne, długie włosy, a dziś? Na całym ciele mam blizny, twarz jest lekko opuchnięta, zmęczona, z widocznymi bliznami i "długogojącymi" się ranami (to nie jest tak, że jak mam strupa, to pozwalam mu sie zagoić, tylko męczę i męczę do krwi, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy, zanim pozwolę mu się zagoić - stąd liczne blizny), zęby są zniszczone, nie tak białe jak kiedyś (czego powodem zapewne nie są tylko wymioty, a spożywanie kawy w nadmiernych ilościach, czego dawniej nie robiłam), a włosy są suche, matowe i wypadają garściami... Nie dbam o siebie kompletnie, skupiając się na mało ważnych rzeczach, za mało śpię, jem byle co, nadużywam kawy. I co z tego, że z zewnatrz jestem zadbana jak w środku mam ogromne braki? Od dawna nie stosuję już nawet odżywek do włosów, co kiedyś było dla mnie zabiegiem oczywistym, tylko raz na jakiś czas nałożę balsam na ciało (podświadomie nie znoszę na nie patrzeć i go dotykać, stąd pewnie ten etap pielęgnacji zwykle omijam), już nawet kremu do rąk nie używam regularnie (stąd wysuszona, a zimną dodatkowo strasznie popękana skóra dłoni) i pewnie mogłabym tak wymieniać bez końca...
A tymczasem kładę się w końcu spać, bo tylko powielam to, co krytykuję powyżej.

Jutro napiszę co u mnie, jak treningi, ile ważę i jak daję (lub też nie) sobie radę z codziennością :))

2 komentarze:

  1. Czytam Cię i to, o czym piszesz - mamy wiele wspólnego - nie wiem, co Ci mogę poradzić - mnie przed samozagładą uratowało dziecko - znajdź sobie coś (kogoś), kto i Ciebie uratuje...ale z nałogiem jedzenia i autoagresji chyba nigdy nie skończę (czymy)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem doskonale, co masz na myśli! Ciągle szukam... Jeśli nie znajdę "kogoś", to chociaż muszę znaleźć "coś". Byle miało to silną pozycję w moim życiu, silniejszą niż jedzenie... Kiedy nie mam obsesyjnych myśli (jak np. dziś), to nawet robiąc się głodna, nie idę po jedzenie (ba, nawet nie sięgam po to, co mam pod ręką, w szufladzie), kiedy piszę, ale wiem, że pisanie w obecności obsesyjnych myśli nie zdoła uratować mnie od zagłady.
      Dziś czuje się taka wyzwolona i dobrze mi z tym. Chciałabym, żeby tak było zawsze. Nie jestem głodna, to nie jem na siłę.

      Usuń