czwartek, 31 października 2013

Czwartek

Mam dość. Wszystkiego. Jest mi już naprawdę wszystko jedno, znów pomyślałam o bezsensowności własnego życia. Gdy tylko o tym myślę, łzy same się pojawiają. Pamiętam jak byłam bliska śmierci, pamiętam też jak bardzo bałam się tego zrobić. Jakaś wewnętrzna chęć do życia walczyła z (chwilową? acz silną) chęcią pożegnania tego świata. Przypuszczam, że byłoby wszystko inaczej, gdyby nie on... Dzisiejszy dzień pewnie byłby kolejnym we właściwym kierunku, ale nie dałam rady. Nie mam sił, by cokolwiek zrobić, bo nie ma żadnej osoby, z którą mogłabym o tym wszystkim porozmawiać. Nawet siostra... I to boli najbardziej. Wstałam rano i tylko ja mówiłam. Ona nie zdawała się być tym zainteresowana, włączyła tylko telewizor, wiedząc, że nie lubię i nie powinnam jeść przy włączonym telewizorze. Do cholery cała moja rodzina wie, że mam bardzo duży problem z jedzeniem, walczę z nawagą i bolesną samotnością, ale nikt nie robi nic, by chociaż nie przeszkadzać mi w życiu, bo pomocy już od dawna nie oczekuję. Chcę po prostu być kochana i doceniana. Czy to tak dużo? Brakuje mi tego w domu, a poza nim nie ma osoby, którą interesowałby mój los. Są znajomi z uczelni (na uczelni) i kilka znajomych spoza niej, których tak naprawdę nie ma. Jak ja mam się pozbierać skoro zawsze ktoś lub coś niszczy to co z wielkim wysiłkiem osiągnęłam do tej pory? I muszę zaczynać od początku... A ja już nie mam na to siły.

Mężczyzna, o którym wspomniałam na początku... Tak, napiszę szczerze co czuję, pomimo tego, że on pewnie to przeczyta. Nie pisałam nic o nim do tej pory, bo trafił na mojego bloga, ale wszystko już się skończyło... zanim się w ogóle zaczęło tak naprawdę. Wczoraj spotkaliśmy sie po raz czwarty. Dla jednego pewnie nic wielkiego, ale nie dla mnie. Prawdopodobnie właśnie wczoraj po raz pierwszy spotkałam się z nim bez bariery, którą osłaniałam się wcześniej. Wcześniejsze spotkania, rozmowy i wiadomości utwierdziły mnie w przekonaniu, że powinnam mu zaufać i nie traktować przez pryzmat krzywd wyrządzonych mi przez innych mężczyzn. Myliłam się jednak. Może za wcześnie pozwoliłam sobie na przywiązanie i świadomość, że on jest. Ale to stało się samo. Po każdym z wcześniejszych spotkań w obronie przed własnym cierpieniem, byłam przygotowana na koniec - przyjęłabym to do wiadomości i jakoś żyła dalej, ale nie wczoraj. Wczoraj wyjątkowo źle się czułam i tylko tyle wystarczyło, by definitywnie mnie ocenić. Bo przecież poznał mnie już wystarczająco. No ok, może do siebie nie pasujemy, ale w gruncie rzeczy, czy to właśnie tak jest, że spotyka się dwoje ludzi i są idealnie dla siebie stworzeni? Poza komediami romantycznymi i związkami rozpadającymi się, gdy tylko minie początkowa idylla - chyba nie. Im więcej przeszkód, tym silniejsza więź. Przynajmniej ja tak uważam... Uważałam do wczoraj. Już sama nie wiem. Jedno jest pewne - ja nie pasuję do nikogo i nie zamierzam przekonywać już nikogo, że jest inaczej, pomimo tego, że źle mi samej. Ale jeszcze gorzej odrzuconej. Żałuję tylko, że z nim nic nie wyszło. Dlaczego? Bo to jedyny facet od czasów mojego byłego, który traktował mnie poważnie (przynajmniej takie miałam wrażenie) i nie chciał mnie przelecieć. I ostatni mężczyzna, któremu dałam szansę się do mnie zbliżyć i wejść w moje smutne życie.

A moja dzisiejsza walka? Jest o tyle wygrana, że nie wymiotowałam. I nie zrobię tego, właśnie dlatego, że jest mi tak źle, bo to najtrudniejsze. Nie jadłam planowo, sporo "pocieszającego" jedzenia wpadło, ale nie doprowadziłam też do momentu, w którym przestaję jeść, tylko dlatego, że już więcej nie zmieszczę. Przestałam jeść po prostu i to daje mi malutką nadzieję na powrót do normalności. Nie zjem już nic dziś, za to zamierzam poćwiczyć - tylko, czy mi się to uda? Waga z rana to 68,5 kg.

Zacząć wszystko od nowa

W moim przypadku nie brzmi to chyba zbyt poważnie. Wiem. Ale wiem też, że to droga do mojego szczęścia. Samotnego szczęścia. Dzisiaj za mną "pierwszy" dzień diety, a zarazem wyjątkowo ciężki dzień. Natrętne myśli odpychane z uporem maniaka, siłą woli. Mimo skrajnie złego samopoczucia i jedzenia na wyciągnięcie ręki, nic już nie tknę do śniadania. Tak postanowiłam. To jest nie tylko walka o wymarzony wygląd, a przede wszystkim zdrowie i stabilność psychiczną. Jestem silna, zniosłam wiele i głupia zamiast się cieszyć tym co mam, niszczę wszystko dobre, co pojawia się na mojej drodze.

Nie potrafię powiedzieć co dalej. Wolałabym, żeby bulimii nie było. Byłoby mi łatwiej. Kiedyś po prostu stosowałam rygorystyczną dietę lub nie jadłam wcale, nie widząc innej "racjonalnej" opcji osiagnięcia celu. Teraz mam "opcję" bulimii i niestety zbyt często zaczęłam z niej korzystać, za każdym razem obiecując sobie, że to ostatni raz. Wiem, że to nie koniec. Wiem, że to wróci. Ale nie dziś. I tym chcę żyć. Kto wie, może jutro powiem to samo?

poniedziałek, 28 października 2013

68 kg

Krążę wciąż wokól tej wagi. I dobrze. Ale jakim kosztem? Gdyby nie bulimia pewnie już dawno bym solidnie przytyła. Znów to zrobiłam, znów mam wyrzuty sumienia i znów podle sie czuję. To się samo napędza. Byle głupota sprawia, że to robię. Poza tym jak mogłam nie wykorzystać tego, że jestem sama w domu? Chwilę "po" znów mam ochotę jeść, ale wiem, że nie mogę, bo nie będę miała siły, by już za chwilę zrobić to ponownie. Nie pojechałam na uczelnię na pierwszy wykład, bo przecież nie pokażę się z opuchniętą twarzą i czerwonymi oczami. Najchętniej nie jechałabym w ogóle, tylko zaszyła się w domu, jadła, płakała i dodatkowo dołowała się odpowiednią muzyką, ale muszę jechać. Największym wysiłkiem i tak będzie niewymuszony uśmiech, radość i chęć życia, które muszę skądś wykrzesać, by wszystko było "normalnie".

Zauważyłam też coś dziwnego. W piątek zamiast iść spać, pomimo później pory, poszłam do kuchni. Nie byłam głodna, ale miałam wewnętrzną "chęć", a raczej przymus, jedzenia. Może nawet nie tyle jedzenia, co... wymiotowania. Dziwne to. Zdarzyło mi się chyba pierwszy raz w życiu. Wiedziałam, że nie zasnę jak nie zwymiotuję, a żeby to zrobić musiałam cos zjeść, bo wcześniejesze jedzenie już się "uleżało". Zrobiłam sobie moje standardowe, byle jakie, naleśniki. Były tłuste (za dużo oleju wlało mi się na patelnię) i bez smaku, bo nawet cukru nie miałam (dodałam tylko trochę miodu), a jadłam je z chlebem posmarowanym masłem... Zaraz "po" poczułam ulgę, tak jakby łącznie z tymi naleśnikami mój brzuch opuściło wszystko inne, co tego dnia jadłam.

Teraz sprawa torbieli - skończyłam brać hormony. Nie przytyłam, ale nie wiem jakby było, gdybym nie kombinowała. Czekam teraz na wizytę u lekarza. Boję się, bo mam świadomość, że ta torbiel może nadal jest. Ba, ja jestem prawie pewna, że ona jest. Ale ważąc choć ciut mniej niż poprzednio, w jednej chwilii przestaje mnie przerażać nawet operacja wraz z narkozą. Nic nie jest tak ważne jak "schudnąć". Przyznaję, stało się to celem głównym mojego życia. Niezdrowym celem, z którym z jednej strony usilnie walczę, a z drugiej, który paradoksalnie utrzymuje mnie przy życia i sprawia, że choć czasem prawdziwie się uśmiecham.

środa, 23 października 2013

Ja, papierowa marionetka

Jest źle. Byłam w poniedziałek u ginekologa. Nie spodziewałam się złych wieści. Niestety. Mam powiększającą się, w zastraszającym tempie, torbiel, która powinna była normalnie pęknąć wraz z pojawieniem się miesiączki, ale nie pękła - urosła. Biorę hormony. Bałam się tego najbardziej na świecie, bo skutki ich stosowania w moim wypadku mogą być katastrofalne. Przede wszystkim coś, czego boję sie najbardziej - wzrost wagi. I tak wciąż z tym walczę. A już mi się udawało, już wychodziłam na prostą, a tu nagle taki cios. Mimo to się nie poddałam, a jednak... Wczoraj jedzenie znów wygrało, szczególnie słodycze. Wczoraj, pomimo walki z natrętnymi myślami i chęcią na czekoladę, poległam. Zjadłam całą 300 g czekoladę, zagryzając ją chlebem, kiedy już mnie mdliło. Najpierw zjadłam trochę więcej niż pół tej czekolady i z 3-4 skibki chleba (dokładnie już nie pamiętam) - całość łacznie z częścią obiadu, który był sporo wcześniej zwymiotowałam. Poczułam ulgę i jakiś czas później zrobiłam to samo, z tym, że byłam już po tabletkach. Długo i boleśnie walczyłam ze sobą wewnętrznie - nie zwymiotowałam po raz drugi. I to mnie chyba przeraża najbardziej. Nie dość, że biorąc te leki, narażam się nie tylko na wzrost wagi, ale i trądzik (do którego mam skłonności), wypadanie włosów i depresję (która też nie jest mi obca), to nie mam pewności czy one w ogóle pomogą. A wymiotować po nich nie mogę. Moja pierwsza myśl po wizycie u lekarza - "nie będę mogła dowolnie wymiotować, bo przecież jak zwymiotuję te leki (a nie wiem jak długo się wchłaniają), to świadomie mogę skazać się na operację". Przeraża mnie to i stresuje jednocześnie. Dopiero w połowie listopada mam kolejną wizytę u lekarza. Do tego czasu chyba zwariuję. Wciąż będą krążyć mi po głowie myśli o operacji, a szczególnie narkozie, której się tak bardzo boję. Do tego obawiam się konfrontacji z rodziną, poczas nadchodzącej "wizytacji" - nie chcę, by komentowali mój wygląd, nie wiedząc z czym się zmagam. Szczególnie w moje urodziny. Ale dla nich jest albo białe, albo czarne, a i tak zawsze źle. Jak (odpukać) widocznie przytyję po tych lekach (dodatkowo do tycia z przyczyn oczywistych), to nikogo nie będzie obchodziło, dlaczego tak wyglądam. Dlatego dziś, po wczorajszej wpadce (i tylko 3 godzinach snu), nic nie jadlam. Wypiłam 4 kawy i od razu po powrocie z uczelni miałam iść spać, ale oczywiście rzuciłam się na ciasteczka. Zjadłam prawie całą 400 g paczkę, a biorąc pod uwagę, że 100 g to prawie 500 kcal, to wychodzi na to, że dzienne zapotrzebowanie nadrobiłam w kilka minut. Oczywiście chwilę później, jak już smak tych ciastek mi się znudził, zjadłam (połknęłam) 2 skibki chleba, zarazem chcąc od razu tego wszystkiego się pozbyć. Nie wiem co się stało, ale chyba podświadomie zaczęłam sie denerwować, połykając w pośpiechu ten chleb. Serce zaczęło mi walić jak oszalałe, jakbym robiła coś złego... Bo może robię? "Powikłaniem ginekologicznym spotykanym niemal u 70 proc. chorujących na bulimię dłużej niż 3 lata są torbiele jajników". I wszystko jasne. Co prawda na bulimię choruję znacznie krócej, nie mniej jednak, tak jak przypuszczałam, ma ona znaczący wpływ na moje zdrowie i w tym aspekcie. Jestem idiotką. Boję się opercji, do tego stopnia, że łykam hormony, mogące spowodować przyrost wagi, a nie potrafię przestać wymiotować, doskonale wiedząc, że może to zahamować efekty leczenia hormonami. Nie wiem co zrobić. Wiem jedno - daję się kierować innym ludziom. Zamiast, jak kiedyś, kierować się swoim zdrowiem i własnym dobrem, martwię się tym jak ludzie zareagują na przyrost wagi, tak naprawdę nie mając nawet pewności, że on nastąpi. Chcę ich niejako zadowolić. Jestem taką papierową marionetką, o której pięknie świewa Edyta Górniak.
Papierowa, bo niestabilna (emocjonalnie przede wszystkim), podatna na zniszczenie (zranienie), bez siły przebicia, słaba.
Marionetka, bo żyjąca według innych, nie wyrażająca sprzeciwu, wykonująca dokładnie te ruchy, które narzucą jej inni, zadowalająca kierujących nią ludzi, bez prawa do życia, zależna od innych i ich opinii. Niby mam swoje zdanie, niby wszystko co robię, robię dla siebie, niby nie przejmuję sie opinią innych. Niby. Brak mi już siły, by owo "niby" przestało istnieć.



Leki będę brała krótko przed snem, żeby uniknąć takiego dylematu jaki mialam wczoraj. Pomimo chęci skończenia z bulimią, nie wyeliminuję jej na razie z mojego życia. Przynajmniej dopóki biorę te leki i za każdym razem zdenerwowana wchodzę na wagę.

Co z treningami? Odpuściłam. W poniedziałek wiadomo - dolina. Generalnie tydzień zaczęłam dobrze, jednak dobry humor nie trwał długo. Opuścił mnie, gdy tylko wyszłam od ginekologa. Jeszcze jakis czas po wizycie trzęsły mi się ręce, byłam zdenerwowana, a łzy (tak skrzętnie ukrywane przed światem) same napływały do oczu, gdy tylko czytałam szeroką listę skutków ubocznych na ulotce. Wczoraj też jakoś tak nie mogłam się zebrać w sobie, by wyjść. A dzisiaj to już w ogóle jakiś koszmar. Może jutro? Ale w biegach na 5 km i tak pewnie nie wezmę udziału...

niedziela, 20 października 2013

A może kiedyś ktoś jednak zapyta...

I co wtedy? Odpowiesz, że wymarzoną sylwetkę osiagnęłaś rzyganiem? Nigdy nie podasz się za wzór do naśladowania. Biegając odżywam. To właśnie wtedy uświadamiam sobie, że wszystko zależy ode mnie. Wtedy widzę wyraźnie, że muszę z tym skończyć. Próbuję. W ostatnim czasie przeważnie mi się udawało. Za to nie radziłam sobie z napadami obżarstwa. No ale chociaż kilka razy powstrzymałam się od wymiotowania i dalszego jedzenia, kiedy to będące już w żołądku, trochę się "uleżało". Nie wiem, czy uznawać to za swój sukces, ale cieszy mnie, że chociaż czasem widzę jakieś światełko w ciemności.

Dziś będzie zbitek różnych myśli. O wszystkim i o niczym. Ale po kolei...

Nie pisałam wczoraj, bo nie dałam rady. I tak pewnie nie zebrałabym odpowiednio myśli, bo wiecznie coś mnie rozpraszało. Miałam zły dzień. Począwszy od nieudanych zakupów (do teraz nie wiem, gdzie podziały się moje pieniądze z konta... na koncie internetowym widnieją, ale wszędzie, włącznie z bankomatem brak środków, a i nawet minusowe saldo!), a na obżarstwie i nic nierobieniu skończywszy. Wczoraj naprawdę czułam moc uzależnienia - nie chciałam jeść, ale musiałam. Jak już otworzyłam 2 paczki ciastek, to 2 musiałam na siłę zjeść. Planowałam zwymiotować, ale pomimo złego samopoczucia, mdłości i przerażająco wysokiej wagi (72 kg), tego nie zrobiłam. W gruncie rzeczy nie lubię tego robić. Poza tym nawet nie miałam wczoraj  rano działajacej wagi, więc i tak nie wiedziałam ile ważę, a głównie ta informacja miała być celem tego posta. Dopiero po południu kupiłam nową baterię i się zważyłam.

A więc, ile ważę? Dziś rano waga była łaskawa... 70,4 kg. Teraz już naprawdę sie odchudzam, nie przekładam nic na restart z siłownią, na poniedziałek, na jutro, na przyszły miesiąc. W sumie nie mam konkretnego planu. Po prostu chcę ograniczyć jedzenie, wykluczyć lub ograniczyć produkty, które wiem, że nie są dla mnie dobre (a szczególnie te, które wiem, że prowadzą do ciągu), nie jadać na noc, nie wymiotować (i nie doprowadzać się do stanu, w którym to jedyne wyjście, bo jak typowej bulimiczce, po 1 jabłku nigdy wymiotować mi się nie zdarzyło), więcej sypiać, ćwiczyć. Po prostu normalnie i zdrowo żyć. Oczywiście o efektach mojej, niewątpliwie ciężkiej, pracy nad sobą będę tu na bieżąco pisać, bo jest to swego rodzaju wsparcie tego całego procesu.

Ostatnio miałam plan. Głodówka od poniedziałku do środy, a następnie 6 dni - "wracanie do żywych", jak ja to mówię, czyli etap wychodzenia. W PONIEDZIAŁEK dałam radę - nic nie zjadłam, zaraz po powrocie z uczelni biegałam, ale we WTOREK poległam. Wcale nie dlatego, że przygniótł mnie głód fizyczny. Bo są 2 rodzaje głodu - głód fizyczny i głód psychiczny. W moim wypadku ten drugi nie działa tak jak w przypadku zdrowego człowieka. Okazało się, że torebka, którą sobie upatrzyłam nie jest już dostępna w czarnym kolorze. Byłam sama w domu. Chcąc, nie chcąc głodna fizycznie, a do tego zła, że znów coś nie poszło po mojej myśli (jak sobie coś upatrzę, to zwykle za wszelką cenę muszę to mieć), więc zaczęłam jeść. Nie miałam nic do jedzenia (planowałam głodówkę, więc wszystkie zapasy pozjadałam w dni ją poprzedzające), więc jadłam to co wpadło w ręcę. Zaczęłam normalnie, żeby zaspokoić głód fizyczny,a skończyłam jak zwykle, nad sedesem. Wiedziałam, że tak będzie. Dlatego w moim wypadku najważniejsze, by nie pojawiał się owy głód psychiczny i by go samemu nie wywoływać, bo w przeciwieństwie do głodu fizycznego, z psychicznym ciężko sobie poradzić. Boję się go i nie potrafię opisać. Jak tylko na chwilę przestaję jeść, a nie jestem jeszcze wypełniona po brzegi, nie mogę się niczym zająć, nie mogę o niczym myśleć, nie mogę nawet go zabić, kładąc się spać, bo i tak nie zasnę. On będzie mnie męczył dopóki nie zjem. Nie wiem skąd to uczucie się bierze i dlaczego potrafią  być dni, kiedy też mam zły lub dobry dzień, a go nie ma (czyt. zapewne jest uśpiony). Z tego co pamiętam, wtorek upłynął na jedzeniu, wyrzutach sumienia, wymiotowaniu i obietnicach typu "od jutra", ale był też pozytyw - nie pamietam tego dokładnie, ale musiałam się zmusić do biegania, bo do środy codziennie trenowałam. Nie wiem, co planowałam na ŚRODĘ, ale pewnie ciąg dalszy głodówki, co by za bardzo nie przytyć (waga już ładnie spadała po poniedziałkowej głodówce, a i nawet po pierwszym napadzie i wymiotach była niższa niż dzień wcześniej - miałam się ważyć co 2 tygodnie, ale jak wychodzi coś nieplanowanego, nie jestem w stanie się powstrzymać), ale zdaje się, że nie dałam rady. Na uczelni podczas okienka byłam sama, musiałam się uczyć, a kompletnie nie mogłam się na niczym skupić (może też dlatego, że zupełnie niespodziewanie dostałam okres, czyt. ból brzucha, rozdrażnienie, chęć na słodycze i te sprawy). Znowu jedzenie za mną chodziło. Więc zjadłam, najpierw zdrowo - owoce, później wafelka i drożdżówkę. Nie przeszło. Kupiłam batonika. Nadal czułam się paskudnie. Nie mogłam sie nawet zważyć. Jedyne o czym myślałam, patrząc ślepo w notatki - zwymiotować. Zrobiłam to. Czułam się podle, miałam wrażenie, że każdy wie. W kolejnym okienku pojechałam na zakupy, niby kupiłam zdrowe jedzenie, odmawiając sobie standardowych pokus, ale jakoś ani tego dnia, ani w następnych dniach nie udało mi się wprowadzić normalnej diety w życie - oczywiście przez nadmiar kupionego jedzenia i pośpiech. Jedzenie w biegu jest niezgodne z moim wyobrażeniem właściwego (perfekcyjnego...) trybu życia, więc kiedy już się zdarzy, dzień od razy skazany jest na porażkę. Mimo wszystko po 12 godzinach, spędzonych na uczelni (w tym wspomniane wcześniej 2 okienka) i dwóch nieprzespanych nocach, wróciłam do domu (po drodze zaliczając jeszcze chipsy) i pierwsze co zrobiłam - poszłam biegać! ...pobudka o 6, od 8 do 20 na uczelni (jakoś przeżyłam ten dzień, chociaż na ostatnim wykładzie ledwo wysiedziałam - nie pomogła nawet kolejna, wieczorna kawa), o 21 byłam w domu (udało mi się tak prędko, bo w sklepie spotkałam tatę - gdyby nie to pewnie nie poszłabym w ogóle biegać) i 5 km zaliczone! :)) Jak wróciłam zjadłam kolację, co dziwne - najadłam się, ale jako, że gdzieś tam wcześniej uznałam ten dzień za przegrany i "zaplanowałam" napad z finałem w toalecie - jadłam dalej, wbrew sobie, jakby ktoś mi kazał, czując sie coraz gorzej. CZWARTEK miał być lepszy. Dodatkowym motywatorem był fakt, że pomimo wtorkowego załamania, środowego napadu i bardzo powierzchownej nauki z tegoż powodu, mogłam poszczycić się dobrymi wynikami w nauce. Nie różnił się jednak niczym od dni poprzednich. Po wielogodzinnym bieganiu od sklepu do sklepu w poszukiwaniu spodni, a w zasadzie konkretnego rozmiaru, coś mnie wzięło. Ból gardła nie do opisania, zmęczenie, niewyspanie. Nie biegałam, za to znów jadłam, tłumacząc się złym samopoczuciem. PIĄTEK to już w ogóle apogeum złego samopoczucia (choć gardło troszke odpuściło) - byłam skrajnie niewyspana, a głowa prawie ekplodowała, nie miałam chęci na jedzenie do wieczora (po solidnej uczcie wczesnym popołudniem), pochłonęłam tylko duże latte na wieczór.

Doszłam do wniosku, że właśnie wtedy, kiedy nie chce mi się jak cholera (ćwiczyć, biegać, uczyć, robić coś dla siebie), a jednak się przemogę, najbardziej cieszy. Ale żeby nie było tak kolorowo, jedzenie wciąż gdzieś tam jest w mojej głowie, nadal odbiera mi 90% czasu i myśli, wymioty też się zdarzają, no i waga wciąż oscyluje w granicach 70 kg. A do tego znów kupiłam tabletki przeczyszczające i cały tydzień zażywałam, żeby wzmocnić efekt wymiotów. Nigdy nie miałam problemu z zaparciami, ale niestety przez ten mój zmienny tryb życia, organizm jest wygłupiony i teraz jelita nie funkcjonują tak idealnie jak kiedyś, a mnie szlag trafia, kiedy coś we mnie siedzi i dodatkowo podbija moja wagę. Wiem, że jak uda mi się w końcu wyregulować dietę, przyzwyczaić organizm do czegoś jednego (a nie że każdy dzień wygląda inaczej - kilka dni diety, później jem do oporu i wymiotuję, innym razem też jem, ale nie wymiotuję, później się głodzę), jak włączę regularną aktywność fizyczną (póki co w tej akurat kwestii nie mam sobie wiele do zarzucenia - od soboty do środy biegałam codziennie, nawet jak bardzo mi się nie chciało... zmieniałam zdanie od razu jak tylko poczułam rześkie powietrze, w czwartek i piątek odpuściłam ze względu na samopoczucie, a wczoraj - wspominałam na początku posta jak wyglądał mój dzień, a w takim wypadku nie było mowy, by zwlec tyłek z łóżka, ale już dziś 5 km za mną), no i jak zacznę się wysypiać, wszystko wróci do normy. Także nie ma rady innej jak w końcu przestać kombinować. Chociaż...

Myślę intensywnie o tej 3-dniowej "głodówce", póki jeszcze nie ćwiczę na siłowni. Wstępnie chciałabym w środę zrobić sobie takie miniwprowadzenie - dzień na świeżo wyciśniętym soku z pomarańczy. Czwartek, piatek tylko kawa, herbata, woda, gumy do żucia (tak w moim przypadku wygląda głodówka, dlatego wzięłam w cudzysłów), a od soboty 6 dni powolnego powrotu do normalności. Myślę, że gdyby udało mi się wytrwać, byłby to solidny fundament mojej zmiany.

Jeszcze jedno spostrzeżenie z poniedziałku, czyli dnia, kiedy nic nie jadłam. Zauważyłam, że jak jestem głodna, to (że tak brzydko sie wyrażę) "zapierdalam" z robotą i potrafię siedzieć po nocy, głodna (fizycznie, chociaż psychicznie też, szczególnie po serii wykładów o jedzeniu), by zrobić wszystko co od długiego czasu odkładałam. Coś czego nie zrobiłam w przeciągu miesięcy - na głodnego robię to w kilka godzin lub kilka dni, czyli, że się da. Może dlatego, że nie czuję się "na haju", bo wcale nie muszę się obżerać, by być "na haju". Wystarczy, że jem, nawet malutko, dietetycznie, ale wtedy i tak nakręcam całą nachinę nałogu i wiecznie myślę o jedzeniu, planuję posiłki, mówię o jedzeniu, no i często też jem. Bo to tak samo jakby porównać mój nałóg do (wzorcowego już niemalże) alkoholizmu - dopóki alkoholik jest "czysty", jest super, jest z siebie dumny, a każdy kolejny dzień bez alkoholu, wzmacnia jego motywację. Kiedy już wypije lampkę wina u znajomych, nawet jeśli jakimś cudem na tym uda mu się poprzestać (alkoholik i tak ma ułatwione zadanie, bo nikt kto zna jego problem, a zakładam, że znajomi znają, nie będzie go do choćby lampki wina namawiał - w przypadku jedzenioholików, znajomi nawet znając problem, nie omieszkają nie namówić na kolejny kawałek ciasta, czy dodatkową porcję kolacji), to już jego myśli krążą wokół alkoholu, ma wyrzuty sumienia, czuje się po prostu źle, nakręca się, nie potrafi normalnie funkcjonować, nic nie ma sensu. Tak samo jest ze mną, kiedy stykam się z przedmiotem mojego uzależnienia, czyli kiedy jem. Nie wiem, jak faktycznie czuje sie alkoholik, mogę tylko przypuszczać na podstawie swojego nałogu i obserwowania ludzi borykającymi sie z nałogiem alkoholowym z zewnątrz, ale jestem prawie pewna, że podobnie.

A teraz czas najwyższy wziąć się za sprzątanie pokoju, bo obecny bałagan mnie dobija. Ład w miejscu, w którym spędzam najwięcej czasu z pewnością pozytywnie na mnie wpłynie - wiem to z autopsji :)))

sobota, 19 października 2013

Tak jakoś naszło mnie na przemyślenia

Kiedyś byłam "gruba" (względnie gruba - miałam nadwagę, ale nie znowu jakąś powalającą, dopiero później zaczęła się otyłość, wieczne odchudzanie, problemy z jedzeniem), ale byłam też szczęśliwa. Chcę wrócić do tego okresu. Do okresu tamtej beztroski, tamtego życia, tamtych problemów, tamtej normalności. Przeglądam właśnie stare zdjęcia i ledwo potrafię sobie wyobrazić coś, co kiedyś było normalne. Nie wiem co wtedy jadłam, jak jadłam, o której jadłam. Bo to nie było ważne. Owszem może od czasu do czasu zjadłam więcej, pocieszyłam się czekoladą, czy pochłonęłam sporą kolację, ale nie ważyłam się codziennie (w gruncie rzeczy w ogóle się nie ważyłam, bo nie miałam wagi) i nie przywiązywałam większej wagi do tego, co teraz zajmuje większość mojego czasu. Jak tak patrzę na te wszystkie zdjęcia widzę zdrową, wesołą dziewczynę. Może nie do końca życie mi się wtedy układało, ale potrafiłam cieszyć się z małych rzeczy i doceniać każdy dzień. Dziś nie potrafię. Nie cieszy mnie specjalnie już nawet dzień, w którym uda mi się wytrwać bez jedzenia. Ehh byłam wtedy szarą, zakompleksioną myszką z zewnątrz i pragnącą podziwu dziewczyną w środku, nie przejmowałam się specjalnie opinią innych i realizowałam się, nadając życiu sens, za to dziś jestem zniszczoną, chorą kobietą, udającą przed całym światem (a czasem nawet i przed sobą) silną perfekcjonistkę, stojącą w miejscu (a nierzadko i cofającą się) w każdym aspekcie życia. Mój uśmiech nie jest już prawdziwy, a łzy nie mają prawa istnienia. I zauważyłam jeszcze jedną rzecz - kiedyś nie miałam blizn, zarówno na twarzy jak i całym ciele, miałam śliczne, bielsze niż obecnie, zęby i ładne, długie włosy, a dziś? Na całym ciele mam blizny, twarz jest lekko opuchnięta, zmęczona, z widocznymi bliznami i "długogojącymi" się ranami (to nie jest tak, że jak mam strupa, to pozwalam mu sie zagoić, tylko męczę i męczę do krwi, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy, zanim pozwolę mu się zagoić - stąd liczne blizny), zęby są zniszczone, nie tak białe jak kiedyś (czego powodem zapewne nie są tylko wymioty, a spożywanie kawy w nadmiernych ilościach, czego dawniej nie robiłam), a włosy są suche, matowe i wypadają garściami... Nie dbam o siebie kompletnie, skupiając się na mało ważnych rzeczach, za mało śpię, jem byle co, nadużywam kawy. I co z tego, że z zewnatrz jestem zadbana jak w środku mam ogromne braki? Od dawna nie stosuję już nawet odżywek do włosów, co kiedyś było dla mnie zabiegiem oczywistym, tylko raz na jakiś czas nałożę balsam na ciało (podświadomie nie znoszę na nie patrzeć i go dotykać, stąd pewnie ten etap pielęgnacji zwykle omijam), już nawet kremu do rąk nie używam regularnie (stąd wysuszona, a zimną dodatkowo strasznie popękana skóra dłoni) i pewnie mogłabym tak wymieniać bez końca...
A tymczasem kładę się w końcu spać, bo tylko powielam to, co krytykuję powyżej.

Jutro napiszę co u mnie, jak treningi, ile ważę i jak daję (lub też nie) sobie radę z codziennością :))

niedziela, 13 października 2013

Nałatwiej przecież wsadzić palce w gardło

Do takiego wniosku doszłam dziś podczas biegania. Zapewne to nic odkrywczego, ale taka prawda. Dopiero kiedy człowiek ruszy dupę i zrobi coś co wymaga wysiłku, a zapewne nie przynosi jakichś spektakularnych rezulatów samo w sobie (bo co zmieni jeden krótki trening?), zaczyna żyć. Ociągałam się dziś z treningiem. Jadłam, jadłam, jadłam. Później byłam wypełniona po brzegi, więc biegać nie mogłam (każda wymówka dobra), ale w końcu stwierdziłam "idę! najwyżej zamiast biegać, przejdę się". No i poszłam. Biegałam ok. 40 min. wolnym tempem, bez przerw i marszu tak jak wczoraj. A co ważne nie odczułam żadnych negatywnych skutków wysiłku fizycznego z pełnym żołądkiem, ani zadyszki. Naturalnie dziś już nic jeść nie zamierzam, nawet do kuchni nie wchodzę. Mój wielki brzuch woła o pomstę do nieba, ale wszystko po kolei. Brzuch i tak zmaleje jak reguarnie zacznę stosować dietę, a nogi to część ciała najbardziej oporna, w związku z czym trzeba nad nią w pierwszej kolejości pracować. No i nie bez znaczenia jest też kwestia biegu. Tak naprawdę, gdyby nie ten bieg, pewnie dziś odpuściłabym trening. A tak wiem już, że dieta i aktywność fizyczna to jedno, a trenowanie przed biegiem to drugie. Owszem łączą się te dwie rzeczy niewątpliwie, ale ja muszę wiedzieć, że to co robię ma sens, niezależnie od reszty (taka już moja zeschizowana natura), więc skoro treningi do biegu to jedno samo w sobie (a odchudzanie to drugie), to mogę być w tym dobra w 100% i żadna porażka na tle odchudzania tego nie zmieni. Naturalnie jeśli odpuszczę trening to zawalam na całej linii i nie ma co się tłumaczyć przed samą sobą (jak w przypadku odchudzania - owszem zjadłam ciasteczko, ale ćwiczyłam 2 razy dłużej).
A wracając jeszcze do tematu tego posta - nie powiem, że nie zrobię tego już nigdy więcej, bo takiej pewności nie mam, jednak chcę widzieć u siebie zmęczenie, pot, ból, łzy związane z czymś słusznym i zdrowym, aniżeli z czymś tak paskudnym i niszczącym jak wymioty, które zresztą nie dają takiej satysfakcji i zadowolenia jak przetrwany na diecie dzień, czy wysiłek fizyczny. Nie chcę już iść krótszą drogą, bo wiem doskonale, że to droga, w najlepszym wypadku, donikąd - w najgorszym do śmierci. Wolę iść dłużej, byle do celu!

Koniec

Koniec z uzależnieniem od jedzenia, koniec z bulimią, koniec z wegetacją i przepuszczaniem życia między palcami! Nie wiem jak wytłumaczyć tą nagłą zmianę, nie wiem też czy to tylko chwilowy przypływ optymizmu, czy długotrwała zmiana, ale wiem, czego chcę. Wczorajszy dzień trochę zmarnowałam - z jednej strony. Z drugiej to właśnie wczoraj podjęłam taką decyzję. Obżerałam się strasznie (wieczorem mój brzuch prawie eksplodował), ale nie wymiotowałam, pomimo wagi sporo przekraczającej wyznaczoną przeze mnie "nieprzekraczalną" granicę. Nie zważyłam się też dziś rano i pomimo, że dzisiejszy dzień znowu nie był udany (czyt. taki jakbym chciała), to również nie wymiotowałam (a napadzik był i to wieczorem) i nie zamierzam porzucać mojej idei. Zważyłam się przed chwilą - 72 kg. Ok dużo, ale teraz mam wybór: nic nie zmieniać i doprowadzić się do stanu skrajnej otyłości (tudzież nie przytyć, ale za to wyniszczyć się, pogłębiając bulimię), albo starać się zmienić obecne życie. Nie jest to proste, przyznaję. Jednak chcę podjąć to wyzwanie. Jak wrócę na siłownię, czyli na początku listopada, wprowadzę w życie zdrową, normalną dietę, której wizję już nawet mam gdzieś tam w głowie (szczególnie w kwestii potraw, bo jak zapewne pisałam uwielbiam gotować). A póki co najpewniej będzie czas kombinowania na różne sposoby, z wyłączeniem wymiotów i przeczyszczania, by choć trochę schudnąć (albo chociaż nie przytyć). Głodówka? Niewykluczone, ale zapewne skończy się na restrykcyjnym ograniczeniu jedzenia, bo jedząc normalnie, a nie ćwicząc intensywnie, zawsze w którymś momencie zatracę się w jedzeniu. A czując głód będę miała świadomość walki i silną motywację. Ale na chwilę obecną mam jeszcze inny cel - zapisałam się na 6 biegów po 5 km (pierwszy bieg już na początku listopada), czyli że trenować czas zacząć. Dziś pierwszy trening za mną. Kondycja mi trochę siadła, więc zaczynam od zera, ale nie jest źle - godzinka na świeżym powietrzu, bieg z marszem na przemian co 10 minut. Zamierzam trenować codziennie, choćby 10-15 minut samego biegu, dla samej siebie, dla kondycji, satysfakcji, dla ciała... Bo przecież 5 km, jakbym się uparła, to bym przebiegła, ot tak, "z marszu".
Postaram się w miarę regularnie informować wszystkich zainteresowanych wynikami moich działań, zarówno w kwestii diety "przetrwaniowej" przed dietą z prawdziwego zdarzenia (a w tym SPADKAMI wagi - chyba nie jest dziwnym to, że przyrostów nie biorę nawet pod uwagę?), jak i w kwestii przygotowań do biegów.
I zaczynając OD DZISIAJ (!), a nawet wczoraj, nic już teraz nie zjem, a przyznaję od "ułożenia" się w żołądku poprzedniego napadowego jedzenia, mam na coś ochotę, a od godziny to już szczególnie. Nie, nie jestem głodna - wręcz przeciwnie, ale po prostu mam chęć coś zjeść, dla samego jedzenia, a już najbardziej kiedy sobie pomyślę, że jutro miałabym nic nie jeść (no bo przecież przed głodówką, nawet jeśli następnego dnia jej nie ma, TRZEBA się nażreć na zapas). To siedzi w głowie i muszę to pokonać, zwłaszcza, że nie znoszę chodzić spać z pełnym, a już na pewno przepełnionym żołądkiem.
... Tak więc - jest ktoś kto trzyma za mnie kciuki? :)

wtorek, 8 października 2013

Żal mi siebie

Dawno mnie nie było. Ciężko było mi się zabrać za pisanie kolejnego posta, zważywszy na to, że u mnie kiepsko. Kiepsko - delikatnie mówiąc. Wszystko się posypało. Jedno wielkie dno, nawet bez minimalnych wahań w górę. Ostatnim razem, zdaje się, zła passa została na dobre rozpoczęta. Chcąc, nie chcąc znów zatraciłam się w jedzeniu. W moim przypadku nic nie dzieje się "wyjątkowo", szczególnie jeśli ma to ścisły związek z moim nałogiem. Usilnie chciałam jednak wierzyć, że jest inaczej, stąd poprzedni post. Niestety. Od tamtego czasu dzień w dzień bez wyjątku, niczym codzienny rytuał, opychałam się jedzeniem ponad ludzką wytrzymałość, często wbrew sobie, bez ochoty, niejako z "obowiązku", rozpychając przy tym żołądek i w ramach kompensacji, wymiotowałam. Przeważnie 2 lub więcej razy w ciągu dnia. Nie miało już dla mnie większego znaczenia czym będę wymiotować. Wcześniej nie jadałam normalnie PRZED. Zapychałam się byle czym, szczególnie produktami z niższej półki cenowej i daniami nie wymagającymi dużego nakładu czasu w celu przygotowania. Teraz w "zwrotnym menu" znalazły się również takie produkty jak łosoś, zarówno pieczony filet w zdrowym zestawie obiadowym jak i ten w postaci moich ulubionych wędzonych zrazików, własnoręcznie lepione pierogi, wino, surówki, owoce, twarogi, słodycze (nawet te droższe czekolady, które kupiłam z myślą "normalnego" skonsumowania, batoniki złożowe i wysokowartościowy batonik zastępujący posiłek za niemalże 10 zł), chipsy jabłkowe, które do tanich również nie należą oraz różnego rodzaju drogie herbaty. Zdaję sobie sprawę z tego, iż irracjonalnym jest wymiotowanie potraw, czy produktów, na które wydałam ostatnie pieniądze (standardowo największą część, ciężko zarobionych, pieniędzy przejadłam, a ściślej rzecz ujmując spuściłam do kanalizacji), czy, na przyrządzenie których poświęciłam sporo czasu, ale nie byłam w stanie nad tym zapanować. Podobnie jak w kwestii powtarzających się napadów. Zresztą nadal nie jestem w stanie. Jest coraz gorzej... Nie mam już siły. Ciągle to samo zamknięte koło, z którego nie ma ucieczki. Oczywiście nie widziałam sensu pisać co dokładnie jadłam (choć skrzętnie wszystko notowałam), bo nie w tym rzecz. Wszystko co było "ponad program" i tak długo w moim żołądku nie zabawiło. A dla wzmocnienia efektu prawie codziennie łykałam podwójną dawkę tabletek przeczyszczających i nie powstrzymywała mnie nawet świadomość potwornego bólu brzucha następnego dnia rano. Nawiasem mówiąc dziś też je wezmę, a żeby móc przetrwać to w domu, nie pojadę jutro na ranne zajęcia na uczelni.
Moja waga? Napiszę jak doczekam się tendencji spadkowej. Póki co osiągnęłam punkt krytyczny.
Co jeszcze? Ból, i tak słabych, zębów, podrażnione gardło, język i podniebienie, wieczne bóle brzucha, mdłości, kaszel, chroniczne zmęczenie, zryta psychika, depresja, obsesyjne myśli związane z jedzeniem, często problemy z oddychaniem, zaburzenia cyklu miesiączkowego (i tak mogę się cieszyć, że przeważnie pojawia się miesiączka lub coś co ma ją przypominać), uzależnienie od kawy, a co za tym idzie znaczny niedobór snu. Dzisiejszej nocy nie przespałam nawet 5 minut - swoją drogą, że nie mogłam zasnąć, ale do tego bzykał mi nad głową wyjątkowo upierdliwy komar (jednego zabiłam przed snem za zaatakowanie mojego kolana, więc myślałam, że będzie spokój) i kąsał, gdzie tylko była możliwość - obydwa policzki i kostka. Ok. 3 w nocy zabrałam "zabawki" i poszłam spać na kanapę, ale niestety i tam zasnąć nie mogłam, szczególnie, że zrobiłam się strasznie głodna (ostatni "posiłek" zwymiotowałam wieczorem w całości). Zjadłam wiec banana, licząc, że to pozwoli mi przespać chociaż, pozostałe do pobudki, 3 godzinki, ale niestety. Tylko rozpoczęłam dzień z wpadką na "dzień dobry". Niby nic takiego, a jednak plan był inny.

Podjęłam też decyzję, która oczywiście z czasem może się zmienić. I oby się zmieniła. O ile mój stan psychofizyczny się nie poprawi, a choroba nadal będzie postępować, to po zakończeniu studiów (czyli za jakieś 1,5 roku) zgłoszę się do szpitala psychiatrycznego. Może faktycznie przeceniam trochę swoje możliwości i jednak sama sobie pomóc nie potrafię, a wręcz przeciwnie - nieświadomie spycham się w czarną otchłań, zabijając powoli?


Zdjęcie, zapożyczone z facebookowego fan page jednego z blogów, które obserwuję, będące moją obecną motywacją. Czemu miałabym nie wierzyć w to, że kiedyś będę tak wyglądać? Lepsze to niż wieczne podcinanie skrzydeł, chociażby marzenie miało się nigdy nie ziścić.

A nawiązując do tematu posta... Żal mi siebie. Żal, bo okropnie katuję swoje ciało i niszczę swój, jakby nie było pierwotnie zdrowy, odporny i silny, organizm. Wiem, że niejeden dałby wiele, by taki mieć. I pewnie by go szanował. Nie tak jak ja... Ale ja nie potrafię inaczej a pomóc mi nikt nie chce (albo nie potrafi?). Nawet psycholog poniekąd rozłożył ręce - prawda jest taka, że nie nakłaniał mnie jakoś specjalnie do kontynuowania terapii, a wręcz przeciwnie. Moja rezygnacja z psychoterapii to jest w głównej mierze tego Pana zasługa. Odniosłam wrażenie, że taka decyzja będzie mu bardzo na rękę, "bo przecież na moje miejsce jest sporo chętnych, którzy nie pogardzą jego pomocą".
...

No to się doigrałam... 70 kg już po... po próbie. Nie dałam rady wymusić wymiotów. Jestem za słaba. Czuję się teraz fatalnie. Ale jeszcze przeczyszczacze - teraz w nich pokładam całą nadzieję...

A na koniec zasadnicze pytanie, do którego będę wracać w razie jakichkolwiek wątpliwości w (przyznajmy sobie szczerze) dłuuugiej drodze do celu: FIGURA czy JEDZENIE?