poniedziałek, 9 września 2013

Zdeterminowana

Podsumowując moje ostatnie dni, jedyne na co mam ochotę to użalać się nad sobą. Ale tego nie zrobię. Tak samo jak nie płaczę (nawet w samotności), mimo iż często mam na to ochotę. Nie potrafię już płakać. Tak naprawdę nie wiem co się ze mną dzieje. Moje ostatnie plany zakończyły się już drugiego dnia (po zadziwiająco udanym dniu pierwszym), kiedy to zjadłam coś, czego plan nie obejmował. Każdego kolejnego dnia jadłam już tylko na pocieszenie po poprzednim nieudanym dniu. Zazwyczaj jakąś część wymiotowałam, nie tylko ze względu na stale rosnąca wagę, ale i okropne samopoczucie. Teraz jestem wrakiem człowieka. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, nie chcę wychodzić z domu, nie chcę się nikomu pokazywać. Znów chciałabym przestać istnieć. A tak wprawdzie to chciałabym najszybciej jak się tylko da schudnąć i uzyskać oszałamiający efekt, tak by nikt nie miał okazji zobaczyć mnie w obecnym stanie, by nikt mnie nie zranił słowem, żartem (wbrew pozorom i wbrew temu, że sama nieraz z siebie żartuję, każde krytyczne słowa biorę do siebie i zapamiętuje na zawsze, choćbym nawet nie chciała), ani nawet gestem, czy spojrzeniem. Z dnia na dzień upokarzam się coraz bardziej. Jem jak opętana, nawet wtedy kiedy już nie mam ochoty i ciągle, w tajemnicy przed domownikami, wymiotuję. I co zadziwiające mama, która jest najlepiej poinformowana w kwestii moich problemów, nic nie zauważyła! Może raz, czy dwa słyszała lub się domyśliła, ale generalnie nie wie, że robię to codziennie, czasem nawet po kilka razy i zazwyczaj, kiedy jest w domu. Oczywiście ja rozumiem, że sama nie czuje się najlepiej i jako jedyna utrzymuje cały dom w jako takim ładzie, nie oczekując za to żadnych podziękowań, rozumiem, że pracuje, mało śpi, ma problemy zdrowotne i czasem pewnie dość nas wszystkich, ale na litość boską czy nie lepiej COŚ z tym zrobić? Ja nieraz próbowałam, bo doskonale wiem, że nasza rodzina jest w rozsypce - każdy z nas żyje sam dla siebie i każdy z nas próbuje jakoś samemu sobie radzić z własnymi problemami, trzymając je głęboko w sobie. A kiedy już ktoś (czyt. ja) mówi wprost co jest nie tak, zostaje zmieszany z błotem. Od razu słyszę bezcelową litanię problemów innych członków mojej rodziny, zagłuszającą przy tym najważniejszy cel rozmowy. U mnie w domu się nie rozmawia. Chyba, że o problemach znajomych, sąsiadów, a i nawet obcych, o pieniądzach (a właściwie ich braku), o bałaganie w kuchni, o jedzeniu... Istotne, że zawsze po takich próbach czuję się gorzej niż kiedy udaję, że wszystko jest w porządku, mam wrażenie, że niepotrzebnie niepokoję rodzinę, narzucając się im ze swoimi problemami, których i tak nikt z mojej rodziny za mnie nie rozwiąże. Wszelkie próby naprawienia przeze mnie relacji rodzinnych odbierane są od razu jako atak i chęć dążenia do własnego szczęścia kosztem innych. A tak wcale nie jest... Ja zawsze robiłam coś dla kogoś, nigdy dla siebie i właśnie kiedy na początku zeszłego roku zaczęłam myśleć o sobie i coś mi się w końcu udało, wpadłam w te wszystkie problemy, bo nikt mnie nie wspierał. Wiecznie odczuwałam tylko, że źle robię, że jestem egoistką, że wszystko co złe na świecie to moja wina. Nikt z rodziny sam z siebie nie pogratulował mi  nawet, kiedy schudłam 15 kg, a do tego w międzyczasie uśpiłam (z tym niestety nie idzie wygrać) poważną chorobę. Sama musiałam doprosić się słów pochwały. Wymuszone. Zazdrość? Przecież to moja rodzina. Ja cieszę się z każdego sukcesu jej członków, nie zazdroszczę. Pamiętam jak waga wskazała 63 kg, byłam z siebie dumna, zmotywowana, pełna życia, ale... moja mama (celowo lub też nie) wszystko zniszczyła. Zamiast cieszyć się razem ze mną wciąż powtarzała, że teraz ważę mniej od niej (jakieś 2 kg, więc żadna różnica), że koniecznie musi schudnąć (bo przecież jak to możliwe, żeby dotąd otyła, zaniedbana córka ważyła mniej od własnej matki? - w domyśle), zdawała się być zakłopotana, a nawet przez myśl jej nie przeszło, by cieszyć się razem ze mną. Podobnie cała reszta rodziny (babcia, wujowie, ciotki) - każdy tylko krytykował, że źle się odżywiam, że powinno się tak, a nie inaczej, że za gruba, że za chuda... Poniekąd to właśnie "dzięki" rodzinie wpadłam w bagno, w którym obecnie się znajduję, a z którego zdaje się, że nie ma wyjścia. Ale miałam się nie użalać! To w sumie poniekąd przedstawienie realnych faktów w celu przybliżenia stanu, w którym obecnie się znajduję, bez szczególnego narzekania na swój los. Bo przecież nic nie dzieje się bez przyczyny. A i ja nie zachorowałam ot tak sobie. Piszę zapewne trochę chaotycznie, ale to przez to, że mam milion myśli w głowie i jakoś nie potrafię ich poukładać. Źle się dziś czuję, fizycznie (co jest logicznym następstwem niewyspania i bulimii), ale przede wszystkim psychicznie (jakby ktoś mną podłogę wycierał). Poza tym po wczorajszym kiepskim dniu nie spodziewałam się, bym dziś zauważyła nagle tęczę na niebie. Nie wiem, co się dzieje, ale to chyba zbliżający się okres daje o sobie znać. Początkowo myślałam, że ból brzucha związany jest z obżarstwem jakiego dokonałam chwilę przed wyjściem do klientów. Jako, że wygląd jest nieodzownym elementem pracy hostessy, nie mogłam zwymiotować, bo rozmazałabym sobie makijaż (a że nie mogę poszczycić się idealnym ciałem, tylko na makijaż miałam jakiś wpływ), wyglądając przy tym paskudnie. Myślałam nawet, że mój organizm nie potrafi już trawić takich ilości pożywienia, ale kiedy stopniowo zaczęły pojawiać się mdłości, nawet uśmiechać się nie mogłam. Co chwilę biegałam do toalety, aż w końcu wymiotowałam. Pierwszy raz od dawna bez palców w gardle. Może to z powodu spustoszenia w moim organizmie, a może faktycznie z powodu okresu, którego nawiasem mówiąc i tak jeszcze nie ma. Nie zależy mi teraz. W ciąży na pewno nie jestem, więc może sobie nie przychodzić.
A moja waga? Zdecydowanie za wysoka. Rano spodziewam się 72 kg, w najlepszym wypadku. Nieważne... Podjęłam decyzję. Ostatni napad za mną, brzuch mam tak napięty jakby zaraz miał eksplodować. Nie wymiotowałam, bo to i tak nie ma sensu. Nie będę już tego robić. Szczególnie, że martwię się o moje zęby. Zawsze były w złym stanie (choć nie wyglądają), ale ostatnio dosłownie każdy mnie boli. Definitywnie przestałam jeść. To jedyny sposób, żeby poczuć się wyzwoloną i w pewnym sensie oczyszczoną. Tylko odcięcie się od przedmiotu uzależnienia sprawi, że będę szczęśliwa. Co więcej, nie będę już na siłę udawać, że wszystko ze mną dobrze, nie będę się żalić, że ja nie mogę jeść, a inni mogą, nie będę na siłę szukała pomocy tam, gdzie mi jej nie chcą dać. Zamknęłam się w sobie i nie zamierzam tłumaczyć się komukolwiek ze swojego życia, a już na pewno nie rodzinie. Nie boję się też śmierci, bo niby dlaczego miałabym się bać czegoś co jest obecne w moim życiu już od dawna? Ja nie żyję naprawdę, dotychczas tylko udawałam, że żyję. Nie zakładam oczywiście, że coś mi się stanie, ale wolę zrobić coś niż nie robić nic i pozwolić, by życie uciekło mi między palcami. Gorzej już chyba być nie może. Jeśli żyjąc tak jak teraz, nieraz miałam myśli samobójcze, to chyba lepiej "umrzeć" szczęśliwie, dążąc do celu i walcząc o lepsze życie.

Tylko dlaczego? Dlaczego ja tak bardzo siebie nienawidzę? Przecież gdzieś tam w głębi duszy wiem, że jestem wartościowym człowiekiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz