wtorek, 3 września 2013

Wrzesień

... a wraz z nim same problemy. Czuję się w obowiązku coś na pisać. Nie pisałam 2 dni co jadłam i na razie nie zamierzam tego robić. Już ostatniego dnia sierpnia, jak tylko zamieściłam tu posta, złamałam się. Nie pamiętam dokładnie jak sytuacja wyglądała, ale pewnie podobnie jak w niedzielę i poniedziałek. Jadłam, wymiotowałam, ważyłam się, jadłam, wymiotowałam, ważyłam się, jadłam... Mało tego przez moment pomyślałam, że to może być dobry sposób na osiągniecie celu - wszystko, co zjem ponad plan, zwymiotuję. Ale niestety to tak nie działa. Jak już raz w ciągu dnia się najem po to, by zwymiotować, nie będę miała oporów, by zrobić to po raz kolejny. I tak do wieczora. Owszem, jedna wieczorna uczta po całym dniu poszczenia w dodatku zaraz "po" zwymiotowana, byłaby na miejscu, ale człowiek z chorą psychiką tak nie potrafi. Nie wiem, co będzie dalej. Każdego dnia budzę się, przypominając sobie w jakim położeniu jestem. Ile ważę, jak wyglądał mój poprzedni dzień, co postanowiłam... Najgorsze, że na nic moje postanowienia. Nie radzę sobie z sobą. Obecnie jestem na etapie zastanawiania się, czy pomimo obecności siostry w domu, zwrócić co zjadłam (a i nawet jeszcze jem). Tylko co dalej? Może faktycznie powinnam przestać jeść? Zaoszczędziłabym na tym też sporo pieniędzy. Od jakiegoś czasu wszystkie, które mam wydaję na jedzenie. Nie wyjechałam  na wakacje, nie kupuję butów ani ciuchów, oszczędzam na kosmetykach i lekach. Nic nie jest ważniejsze od jedzenia. Jestem chorą wariatką! Tak, muszę przestać jeść, bo inaczej jak tylko dostanę wypłatę, całą przejem, a w końcu ciężko pracuję na te pieniądze. Podobnie w kwestii pieniędzy, które dostaję od rodziców... Ale wiem jak to jest. Dziś coś postanawiam, jestem tego pewna (bo jestem najedzona, więc dobrze się czuje, a i dzięki temu optymizm mi dopisuje), a następnego dnia (ba, nawet już kilka godzin później) czując głód, zaczynam "zdrową dietę". Lecę jak głupia naiwniara do sklepu, kupuję kilogramy owoców i warzyw (wydając niemałe pieniądze), a że szybko się psują, jestem zmuszona zwiększyć częstotliwość ich jedzenia. I tak zaczyna się jedzenie wszystkiego innego. Kółko się zamyka.

Może ktoś z Was, osób czytających bloga (nie wątpię, że tacy są) wie jak mogę sobie pomóc? Wyjść z błędnego koła i zacząć NORMALNIE żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz