środa, 11 września 2013

Moje życie to ciągła walka pomiędzy miłością do jedzenia, a niechęcią do bycia grubą

Dokładnie tak. Dzisiejszy dzień rozpoczęłam od kawy, o dziwo nie byłam specjalnie głodna i później. Ale nie ma się co dziwić jak na każdym kroku wmawiałam sobie, że nie jestem głodna. Po południu pojechałam na wizytę u psychologa. Ten jak zwykle swoje, ja swoje. I jak zwykle tak wpłynął na moją psychikę, że sobie odpuściłam. Odkąd pamiętam, choćbym cały tydzień pościła, zawsze po wizytach u niego coś we mnie pęka. Z jednej strony to pewnie dobrze, ale z drugiej nie o to mi chodzi. Zła na siebie zjadłam (oczywiście zważywszy się wcześniej - jakoś tak mam, że jak waga wskazuje choć trochę mniej to sobie pozwalam złamać ŻELAZNE zasady) sporą kolację, miseczkę śliwek i nektarynkę. Poczułam, że to jeszcze nie to, a szczególnie, że brakuje mi słodkiego. Przypomniały mi się babeczki. Zjadłam 3. Wróciłam do pokoju, ale ciągle coś nie dawało mi spokoju. Biłam się z myślami - zwymiotować, nie zwymiotować, zjeść jeszcze, czy już nie jeść. Zwyciężył nałóg. Zjadłam niejako drugą kolację i kolejne 3 babeczki. Zwymiotowałam. Najwidoczniej wszystko, bo zaraz "po" waga wskazywała dokładnie tyle, ile przed jedzeniem - 69,7 kg. Teraz oczywiście jestem już głodna, ale drugi raz tego nie zrobię. Zaraz idę spać. Mogę uznać, że dzień był udany, ale za to jakim kosztem? Zobaczymy co będzie jutro... Pewnie kolejna walka. Jutro impreza, obym się chociaż dobrze bawiła i nie skończyła z kacem... moralnym, jak to zwykle bywa. Wystarczy trafić na kiepską imprezę, a ja zaraz po powrocie muszę zrekompensować sobie nieudaną imprezę jedzeniem. Później idę spać i budzę się po południu totalnie przybita.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz