piątek, 20 września 2013

Dlaczego?

Dlaczego wszyscy wokół (ok, generalizuję, ale zdecydowana większość) jedzą (i to często dużo, niezdrowo i wieczorami) i nie tyją, podczas gdy ja praktycznie nie jem, a tyję? Może dlatego, że dziś drugi dzień się nie głodzę, a zarazem nie wymiotuję. Boję się... Doskonale wiem jak wielką krzywdę sobie wyrządziłam. Spowolniłam metabolizm, przyzwyczaiłam organizm do skrajnych i wysoce niezdrowych zachowań, a do tego zaniechałam kompletnie aktywność fizyczną. Wczoraj w przymierzalni w sklepie przeraziłam się i z bezsilności zaczęłam płakać. Zobaczyłam okropnie skatowane ciało, którego dotąd nie dostrzegałam, bo:
a) rzadko oglądałam się dokładnie nago lub w bieliźnie w całości
b) zazwyczaj miałam do czynienia z lustrem ukazującym moje ciało do połowy i to tylko wtedy, kiedy szłam się myć.
Co mnie tak bardzo przeraziło? Nie tylko liczne blizny i strupy praktycznie na całym ciele, ale też zaniedbane ciało i ewidentnie widoczny brak ćwiczeń - fałdy tłuszczu na plecach (w okolicach stanika), których nigdy wcześniej nie było. Nawet ważąc podobnie, ale ćwicząc regularnie i nie eksperymentując tak z dietami, zawsze miałam śliczne plecy, nic mi się nigdzie nie wylewało. Do tego brzuch... Kiedyś jak go wciągnęłam był płaski, a teraz jak go wciągnęłam skóra się zmarszczyła i wyglądała naprawdę nieestetycznie. Jeśli tak miałby wyglądać mój brzuch po schudnięciu, załóżmy 10 kg, to ja już wolę ten jaki jest teraz. Nie chcę wiszącej skóry. Nigdy po schudnięciu takiej nie miałam i nie przypuszczałam, że katując się rygorystycznymi dietami, na przemian z obżarstwem i wymiotowaniem oraz przy szybkim, "łatwym" (przyznajmy sobie szczerze - głodzenie się do łatwych nie należy, ale na pewno jest to pójście na łatwiznę przy odpowiedniej diecie i aktywności fizycznej) chudnięciu, do takiego stanu się doprowadzę. Oczywiście nic wczoraj nie kupiłam. Nie miałam ochoty dłużej na siebie patrzeć i wciskać się w za ciasne spodnie, czy ukazujące mój paskudny brzuch, koszulki. Jednak miałam dwie opcje - pobiec do sklepu, nakupować słodyczy i czego jeszcze dusza zapragnie, pocieszyć się tym na chwilę, po czym zwymiotować (lub zmierzyć się z ogromnymi wyrzutami sumienia) i oczywiście dokończyć "ciąg" w domu albo... No właśnie. Wybrałam to drugie. Nie było mi łatwo, wiedząc, że czeka mnie długa droga do najpierw naprawienia ostatnio popełnionych błędów, a później doprowadzenia się do stanu akceptowalności. Postanowiłam wrócić do regularnej aktywności fizycznej, na razie we własnym zakresie (i tu pozostaje mi liczyć na moją silną wolę i motywację, której jeszcze rok temu mi nie brakowało), a w połowie października na siłowni. Po drugie - dieta. Muszę jeść, bo szybkie chudnięcie zniszczy moje ciało (nie mówiąc już o wyniszczeniu organizmu) - o ile w ubraniu wyglądałoby może całkiem przyzwoicie, o tyle nago nie będę w stanie nawet sama go oglądać. A nie na tym mi przecież zależy. Chcę podobać się sobie i wzbudzać podziw innych. Obwisłe ciało jest okropne, odrażające, nieapetyczne. Przypuszczam, że o ile teraz nie mam (i nie miałam jeszcze przed odchudzaniem) większych obaw przed pokazaniem się mężczyźnie nago, tak po gwałtownym schudnięciu nie zrobiłabym tego, przynajmniej do momentu całkowitego zaufania. Nie czułabym się kobieco, a jak kobieta z wagą w normie, ale w ciele grubasa. I co zrobiłam? Głodna i wykończona psychicznie poszłam do sklepu. Niemalże ze łzami w oczach ominęłam regały ze słodyczami, deserami, przekąskami, pieczywem, czy innymi wysokokalorycznymi i przetworzonymi produktami. Miotały (i nadal miotają) mną różne emocje. W ciągu 1 minuty potrafię na zmianę się motywować (na tyle silnie, by widzieć sens swoich działań i nie poddawać się przy braku widocznych efektów) i dołować (niestety również silnie, na tyle, by planować zaniechanie swoich postanowień, rzucenie wszystkiego w diabły i złudne pocieszenie jedzeniem). Na szczęście na chwilę obecną wygrywa ta lepsza strona, ale ciężko mi określić jak to będzie dalej. Bo z jednej strony myślę sobie "ok, nie od razu Kraków zbudowano, efektów po kilku dniach nie zobaczysz, ale z czasem Twój wysiłek się opłaci, schudniesz, będziesz mieć fajne ciało, wyjedziesz na kilka do Szczecina (moja największa motywacja - tam właśnie mieszka mężczyzna, którego ostatnio poznałam na imprezie) i pokażesz mu, że można nie tylko schudnąć i fajnie wyglądać, ale i zrobić to bez niczyjej pomocy i to podczas walki z zaburzeniami odżywiania, ale zaraz włącza się kontra. Nie tylko coś w stylu "jestem głodna, więc pozwolę sobie na coś tam i tylko to" (nawiasem mówiąc wiem doskonale, że u mnie się to nie sprawdzi), czy "ok, dziś odpuszczę, szczególnie, że waga jest nadal wysoka, najem się wszystkiego na co mam ochotę, zwymiotuję, żeby nie przytyć, a jutro będę kontynuować mój plan" (naiwnie wierząc, że to będzie jeden jedyny raz, który w dodatku nie pozostawi żadnych negatywnych skutków na moim ciele), ale również "przestań się męczyć, i tak nie schudniesz, nie będziesz miała ciała, które Ci się marzy (zapewne nie, ale przynajmniej mogę je ulepszyć, zamiast dalej niszczyć), nigdzie nie wyjedziesz, a nawet jeśli, to pewnie się z nim nie zobaczysz, bo będzie zaangażowany w związek z tamtą dziewczyną, może już nawet żonaty, nie będzie Cię pewnie nawet pamiętał, a w najlepszym wypadku spotkasz się z nim, usłyszysz parę komplementów, pójdziecie do łóżka i na nowo zaczniesz proces zapominania o nim - nie warto". Później oczywiście kolejny wewnętrzny sprzeciw "uda Ci się, a nawet jeśli nie zobaczysz się z tym facetem, to i tak odwiedzisz Szczecin i poinformujesz go o tym, a jeśli się z Tobą spotka, udowodnisz, że jesteś wartościową, silną kobietą, poradziłaś sobie SAMA ze swoimi problemami i przeciwnościami losu i osiągnęłaś naprawdę sporo jak na względnie krótki okres czasu i na pewno nie pójdziesz z nim do łóżka". Teraz kiedy to piszę dociera do mnie jakie to jest chore myślenie. Chyba naprawdę coś jest ze mną nie tak (może to jednak borderline?), bo nawet pisząc tego posta z milion razy pomyślałam sobie "jestem silna, dziś dam radę, a nawet zaraz poćwiczę, chce mi się walczyć... mimo głodu" na przemian z "a może jednak coś zjem, skoro i tak dużo ważę... jest mi zimno i źle, w życiu nie będę ćwiczyć, faktycznie pewnie nic nie osiągnę". A co zrobię? Zabawne, ale sama nie wiem, czy znajdę w sobie na tyle siły, by ruszyć mój (na szczęście nadal) wspaniały tyłek i chociaż trochę się poruszać (szczególnie, że jestem przemarznięta i przydałoby mi się trochę rozgrzewki), czy wygrają dołujące myśli i jedzenie nade mną zapanuje (tak się nie stanie!), czy może obejrzę serial, a zaraz potem pójdę spać. I jeszcze jedno postanowienie, z którym na razie nie dałam sobie rady - nie kaleczyć więcej swojego ciała (z nudów, złości, zdenerwowania), a wręcz przeciwnie zadbać o nie (choćby regularnym nawilżaniem). Jak będzie?


Na razie słucham skocznych piosenek, żeby niepotrzebnie się nie zdołować muzyką i żyć w przekonaniu, że żadne psychotropy nie są mi potrzebne do znormalizowania nastroju, jak twierdzi psychiatra. Nawiasem mówiąc na razie przestałam do niego chodzić. Nie wykupiłam nawet leku, który mi ostatnio, pomimo mojego sprzeciwu, przepisał, więc nie widzę sensu iść na kontrolę. Jak dla mnie te leki to w dużej mierze placebo, bo żadna tabletka nie powstrzyma mnie od napadu i wymiotowania, jeśli nie zrobię tego ja sama, tak samo jak żadna tabletka nie poprawi mi nastroju, kiedy będę skrajnie załamana. Jedynym ich faktycznym działaniem jest senność, która do szczęścia (ani zdrowienia) potrzebna mi nie jest. Zastanawiam się też nad psychoterapią i nie wiem, czy jest sens ją kontynuować, szczególnie, że przeważnie wpędza mnie tylko niepotrzebne "w maliny" i sprawia, że wyolbrzymiam swoje problemy, a i nieraz sobie pobłażam, wierząc w to, że rzeczywiście coś ze mną nie tak - "jestem chora psychicznie, więc mogę sobie to, czy tamto wybaczyć". Faktem jest, że mam problemy z jedzeniem, ale czy aby na pewno aż takie, żeby nie poradzić sobie bez pomocy specjalisty? A do tego ten szpital psychiatryczny... Chcieliby mnie zamknąć, żeby mieć problem z głowy, a z tego co mi wiadomo problemy się rozwiązuje, a nie zamiata pod dywan. Wycięłabym sobie jakiś okres z życia, niewykluczone, że dopiero wtedy prawdziwie niszcząc psychikę (jestem zdania, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym w moim przypadku to jak wyrwanie zęba, który można wyleczyć - istnieje szereg innych możliwości, ale wybiera się to najprostsze, pozostawiając ślad tegoż działania na całe życie), a w dodatku nie mając gwarancji, że po wyjściu stamtąd mój problem przestanie istnieć lub nie będzie dla mnie problemem radzenie sobie z nim. Wbrew pozorom i bez tego, z mniejszym lub większym wysiłkiem, potrafię walczyć i wygrywać! Wygrywać z najgorszym przeciwnikiem - samą sobą...



Podłamałam się dzisiaj trochę dużym (dużym w stosunku do ilości i pory jedzenia) brzuchem i wskazaniem wagi. Otóż wczoraj zjadłam tylko 2 małe jabłka, banana, skibkę chleba z masłem i jogurt pitny (w okolicach godziny 18). Odmówiłam sobie nawet wieczorem świeżutkich kajzerek, których tata sporo nakupił, a które tak uwielbiam, pokonałam ogromną chęć (zarówno psychiczną jak i fizyczną) na słodycze i cokolwiek innego (co pomogłoby na fizyczny głód, a zarazem z pewnością pociągnęło za sobą zaspokajanie głodu psychicznego), nie poddałam się nawet po kłótni z mamą i kolejnej uwadze odnoście mojego odżywiania. Popłakałam się tylko. I pomogło. Teraz wiem, że lepiej płakać niż jeść. Dziś z kolei na śniadanie zjadłam 2 kajzerki (1 suchą, a drugą z serem topionym i papryką oraz masłem, serem żółtym i papryką - pech chciał, że przypadkowo wzięłam 2 plasterki sera - spowodowało to psychiczną samoagresję i chęć wyciągnięcia białej flagi, a jednak przemogłam się) i banana, a później jeszcze tylko jabłko, 4 marchewki i resztkę papryki, która została mi od rana (ok. godziny 17). I ograniczyłam też kawę. Waga wczoraj przed ostatnim posiłkiem wynosiła 68,5 kg, z kolei dziś 68,7 kg. Ale domyślam się, że to wynik ostatniego głodzenia i póki co nic na to nie poradzę. Trzeba czekać, byle nie zwątpić. W gruncie rzeczy lepsza taka waga niż wyższa. Z czasem pewnie zwiększę ilość jedzenia, ale na wieczór nie chce już jeść, a na pewno nie w takich ilościach jak kiedyś. 

A to ja. Po lewej 80 kg, po prawej 65 kg.
Różnicę widać szczególnie w przypadku brzucha. Obecnie jest coś pomiędzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz