niedziela, 29 września 2013

Wyjątkowo

Dziś krótko. Miałam zły dzień pod względem samopoczucia fizycznego tym razem. Nie wiem co było powodem, ale bardzo bolał mnie brzuch i męczyły mdłości, wymiotowałam. Najgorsze, że wszystko działo się w pracy (stałam na promocji) i nie byłam w stanie dokładnie wypełnić swoich obowiązków. Ale nieważne, później poczułam się lepiej. Kiedy wróciłam do domu nie byłam w stanie się opanować przed zjedzeniem czegoś, co wiedziałam, że pociągnie za sobą coś więcej. Zrobiłam to, szczególnie, że już od rana na taki stan rzeczy byłam nastawiona z racji porannego wskazania wagi. Zważyłam się (jakoś tak czułam, że przytyłam po wczorajszym, co prawda zaplanowanym ostatnim posiłku, ale o godzinie 20), a tam znów 67,3 kg, po śniadaniu zobaczyłam już nieco ponad 68 kg... Z logicznego punktu widzenia to nic nienormalnego, ale z psychicznego - katorga straszna. I tak po powrocie do domu zjadłam 4 kostki czekolady. Tak potrzebowałam słodyczy, ale co zabawne po 1 kawałku nie miałam już jakieś specjalnej chęci - zjadłam bardziej dla zasady. Później było kilka żelek, 3 herbatniki z czekoladą, bułka z masłem i salami oraz z masłem, żółtym serem i sosem, zaplanowana porcja gotowanego brokuła, paczka grubych paluszków z sezamem, 3 skibki chleba (z dżemem, masłem, salami i sosem oraz masłem, żółtym serem i sosem - coś tak się na ten sos tysiąca wysp dałam), wafelek WW, 2 czekoladowe cukierki, małe opakowanie (10 g) żelek... Chyba nic więcej sobie nie przypominam. Ale to i tak dużo, biorąc pod uwagę moje ostatnie skromne posiłki. Z drugiej strony jednak zwykle podczas takich napadów napychałam się do granic wytrzymałości. Teraz się przystopowałam w odpowiednim momencie. Ale co z tego, skoro w obawie przed nie tylko wzrostem wagi, ale i widoczną różnicą na brzuchu, i tak poszłam wymiotować? Po wymiotowaniu (z pewnością nie wszystkiego - nie chciałam przeginać) oczywiście ponownie się zważyłam - 68,8 kg. Nie jest to rewelacyjny wynik, ale lepsze to niż 70 kg. Tak, wiem - marne pocieszenie. Wzięłam lek przeczyszczający i oby więcej taki dzień jak dzisiaj (a nie daj Boże gorszy) się nie powtórzył.

sobota, 28 września 2013

Walczę

Pomimo niewyspania, zmęczenia i kilku pilniejszych do zrobienia spraw niż ten post, postanowiłam napisać. Trochę się ostatnio działo. W CZWARTEK rano, tak jak zapowiedziałam, zważyłam się. Pełna entuzjazmu i chęci do dalszej walki, niezależnie od wskazania wagi, ujrzałam 67,3 kg. Weszłam kilka razy, bo nie dowierzałam, że waga ani drgnęła. Podłamałam się, ale zaraz zaczęłam się uspokajać. Obiecałam przecież, że się nie poddam. Chwilę później wypiłam kawę (oj poprawiła mi humor), po południu zjadłam twarożek i paprykę, zgodnie z planem. Później butelka wina i 2 piwa, impreza. Nieudana. Nie wpuścili mojej siostry do klubu. 11 miesięcy za młoda. W związku z tym i ja musiałam odpuścić. A zapowiadało się tak fajnie... Ok. 2 byłyśmy już w domu - tylko dzięki tacie, który po nas przyjechał. Zanim jednak dotarł na miasto, weszłyśmy do sklepu. Nie byłam głodna. Byłam zawiedziona. To wystarczyło. Zgrzeszyłam. Zamiast planowanej wody (w celu jej zakupu weszłam do sklepu) kupiłam jakiś sok przecierowy z marchewki i owoców. Chwilę później uświadomiłam sobie, że mam ochotę na jakieś pieczywo. Kupiłam drożdżówkę z serem i małą paczkę Sunbites. Będąc w aucie "otrzeźwiałam". "Przecież nie masz ochoty na to jedzenie i nie jesteś głodna, co więcej nie możesz zawalić tylko dlatego, że coś nie poszło po Twojej myśli. To jest właśnie ten moment, kiedy nie możesz ulec". No ale waga rano nie była zadowalająca... chociaż tak naprawdę pogodziłam się z nią, bo jakby nie było od dawna nie schodziła wiele poniżej 70 kg. Mimo to zjadłam drożdżówkę. Ledwo, bo naprawdę nie byłam głodna. Czułam, że w końcu zachowuję się jak zdrowy człowiek, bez żadnej schizy na punkcie jedzenia. Ale nie... Po powrocie do domu musiałam się pocieszyć. Zjadłam Sunbites, a dalej jadłam już tylko dla zasady. Nie ciągnęło mnie jakoś specjalnie, ale przecież skoro i tak już zgrzeszyłam, to nie można tak tego zostawić. Wcisnęłam w siebie 2 małe paczuszki (po 10 g) żelek, wafelka, a na koniec 3 skibki chleba z masłem, serem żółtym i sosem. Zaraz potem poszłam spać. Nie ukrywam, że krążyły mi po głowie chore myśli... zwymiotuj. Ale co by mi to dało? Dołożyłabym tylko cegiełkę do wyniszczenia swojego organizmu, a na wadze (a idąc dalej w ciele) zapewne niczego by to nie zmieniło. Średnio przespałam noc, obudziłam się spragniona i z kacem moralnym. Zła na samą siebie i bliska powrotu do starego życia. Ale wciąż pamiętam ostatnią wizytę u psychologa... Z przekonywującą pewnością oświadczyłam mu, że dam radę, że potrafię się kontrolować, że mam silną motywację, że żadne leki, psychoterapia, czy szpital nie są mi potrzebne. Bo nie są. Teraz uwolniłam się od tego, zauważyłam, że nawet o tym nie myślę w kontaktach z innymi, jestem normalna, a moje problemy nie są niczym szczególnym. PIĄTEK przebiegł planowo. Może dlatego, że rano na wadze ujrzałam 66,9 kg... pomimo poimprezowej potyczki (bo napadem bym tego nie nazywała). Półżywa zwlekłam się z łóżka już przed 8. Miałam wizytę u dermatologa. Później wszystko w biegu. Praca, a w drodze kolejne, podnoszące ciśnienie, wydarzenia - niedziałający biletomat, jakaś awaria w wyniku której tramwaje przestały jeździć, zdenerwowanie w obawie przed spóźnieniem oraz brakiem odpowiedniej wiedzy o promowanych produktach. Na szczęście poradziłam sobie. W drodze powrotnej znów przygody - cisnące buty, deszcz, po raz kolejny niedziałający biletomat - tym razem w tramwaju (całe szczęście, że miałam zapasowe bilety - dostałam je od Szczecinianina jak wyjeżdżał, co prawda normalne, więc szczególnie żal było mi je kasować na 3 przystanki, ale nie miałam wyjścia) i telefon taty z propozycją podjechania po mnie... kiedy już kupiłam bilet w busie.  Po powrocie do domu jeszcze wiele sytuacji wyprowadziło mnie z równowagi, wiele smacznego jedzenia zachęcało, ale się nie złamałam. W przeciągu całego dnia zjadłam 3 jabłka, 4 marchewki i pomarańczę oraz wypiłam 3 szklanki soku świeżo wyciśniętego: z jabłek, z pomarańczy oraz z marchewki. Aż mi się wierzyć nie chce, jakobym zjadła tak mało. O dziwo nie byłam nawet specjalnie głodna fizycznie. DZISIAJ zjadłam trochę więcej, ale w granicach normy. W dodatku z wielkim strachem rozszerzyłam mój, dotąd sztywny, jadłospis: rano dodałam 2 ogórki kwaszone i kawałeczek wędzonego łososia, a w pracy banana. Ostatni posiłek o godz. 20. Udało się, bo ani dodatkowe elementy mojego jadłospisu ani późniejsza niż zwykle, pora ostatniego posiłku, nie sprawiły, że uległam czemukolwiek. A chciałam. Choćby niewinnej surówce. Bo przecież fajnie się je dla samego jedzenia. Usilnie cieszyłam się z tego, że w ogóle ten ostatni posiłek byłam łaskawa pozwolić sobie zjeść, nie musząc głodować. Chyba tylko to przekonało mnie do nie kontynuowania jedzenia. Chociaż nie ukrywam, iż zwykle źle się to kończyło. Dałam radę, bo ten akurat posiłek by zaplanowany. Przypuszczam co by było, gdybym zjadła coś nieplanowanego w normalnej dawce... Ale nie ma co. Na śniadanie zjadłam dziś 2 jajka gotowane z odrobinką majonezu, masełka, ketchupu, solą i pieprzem, 3 pomidory, 2 ogórki kwaszone i kawałek łososia wędzonego. W pracy jogurt i banana, a po powrocie do domu małą pałkę z kurczaka (pieczoną w piekarniku z dodatkiem oleju) i 30 dag gotowanej kapusty kwaszonej. No i co ważne - nie ważyłam się ostatnio. Może też dlatego, że w przeciągu ostatnich dni na nic nie mam czasu. A na pewno dlatego, że już wiem, że schudłam - widzę różnicę, spodnie, które jeszcze niedawno temu były opięte, znów spadają, brzuch nie jest już tak ekstremalnie wystający, no i zmniejszyły się wszelkiego rodzaju nieestetyczne fałdku tłuszczu. A obecnie nie dość, że zaczynam zamarzać (takie uroki mieszkania w domu), to jeszcze powolutku zaczynam robić się głodna, w związku z czym zaraz po napisaniu tego posta idę pod prysznic i spać! Najwyżej wstanę jutro wcześniej, żeby zrobić to czego nie zrobiłam dzisiaj. Najważniejsze, że zmierzam w dobrym kierunku :)

środa, 25 września 2013

Wolna

Definitywnie zakończyłam współpracę z psychologiem (czyt. psychoterapię). Tak naprawdę nie byłam przekonana do tej decyzji, ale pomógł mi ją podjąć sam psycholog. Najwidoczniej zabolało go, że zastanawiam się nad sensem jego żmudnej, acz nie do końca efektywnej pracy. Teraz muszę dać radę. Sama. I w sumie lepiej. Zawsze jak szłam na wizytę, czy to do psychologa, czy do psychiatry, czułam, że coś ze mną nie tak, niezależnie od tego, czy rzeczywiście tak było. Nasilała się moja świadomość problemu, którego w gruncie rzeczy nikt poza mną nie zlikwiduje. No dobra - zlikwidować to może za duże słowo w kwestii uzależnienia (jakiegokolwiek, a w szczególności tak złożonego jak jedzenie), więc nikt za mnie go nie przezwycięży.

Jutro się zważę. Boję się strasznie, bo nie od dziś wiadomo jak z ta wagą jest, ale nie nastawiam się na fajerwerki. Jak będzie więcej - owszem, będzie mi smutno (ale w końcu po coś wybieram się jutro na imprezę), ale nie poddam się, a kolejny dzień zacznę ze zdwojoną siłą. Jak będzie tyle co ostatnio ok, przyjmę do wiadomości, ale specjalnie zadowolona nie będę. Jak będzie w granicach 66-67 kg to sprawdzą się moje prognozy, więc bez większego zaskoczenia, ale jak będzie mniej to będę niezwykle szczęśliwa.

MOJA DIETA W PRZECIĄGU OSTATNICH 2 DNI.
Wczoraj:
  • kajzerka z pasztetem wędzonym i rybą w sosie pomidorowym
  • papryka
  • 3 marchewki
  • 1 cukierek czekoladowy (zjedzony z niewyobrażalną rozkoszą)
  • banan
  • jabłko
  • 12 śliwek
  • pół kabanosa
Dziś:
  • 1 kg kapusty kwaszonej kwaszonej (niestety kiszonej tak łatwo się nie dostanie)
  • 20 dag daktyli
Kusiło (i nadal kusi!) mnie dziś sporo rzeczy, różnie z nastrojem, szczególnie jak to bywa po wizycie u psychologa (na szczęście koniec z tym uff), co więcej już nawet nieświadomie prawie wbiłam sobie gwóźdź do trumny (chciałam SPRÓBOWAĆ kapusty kwaszonej, która mi została i ją ugotowałam - taki odruch). Oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć jakie mogłoby (ale nie musiałoby, z racji tego, że i tak głównie kapustę dziś jadłam) mieć to skutki. Ale jakoś dałam radę się powstrzymać, pomimo natrętnych myśli "przecież nie dasz rady tak całe życie się kontrolować - zrób sobie dzień obżarstwa, ewentualnie później zwymiotuj... i tak prędzej, czy później to zrobisz". Ehh oby nie.

Jutro przede mną ciężki dzień - od dawna odkładana wizyta u internisty (miałam pokazać się na "kontrolę" ze zdjęciem zatok i jeszcze nie dotarłam) i sprawy organizacyjne pracy weekendowej. Po raz kolejny będę miała okazję sprawdzić się jako hostessa. Do tego impreza. Powrót albo w nocy, albo w piątek nad ranem. W piątek ciąg dalszy, bo już z rana wizyta u dermatologa (kontrola zmian trądzikowych na twarzy, a ściślej rzecz ujmując już głównie blizn po nich), po południu praca. W sobotę od rana praca, później, planowane od dawna, (szybkie) zakupy - po pracy pewnie nie będzie mi się chciało, a i czasu zostanie niewiele. W niedzielę znów praca i zakupy, a od poniedziałku studia. Także nie wiem kiedy napiszę... ale czy ktoś w ogóle to czyta?

poniedziałek, 23 września 2013

Ile mnie to kosztuje?

Nikt nigdy nie zapyta, ile wyrzeczeń, głodu, silnej woli, złego samopoczucia (w tym najgorszych z możliwych mdłości), ile bólu, łez i bicia się z myślami kosztowało mnie dojście do celu. Najważniejszy jest efekt. A właśnie dziś mam taki dzień, kiedy chciałabym się poddać. Na wyciągnięcie ręki mam czekoladowe cukierki, czekoladę, żelki, cokolwiek. Ale wiem, doskonale wiem, że w mojej sytuacji owo "cokolwiek" zniszczyłoby wszystkie moje marzenia. Jest mi zimno i jakoś tak źle. Czuję, że powinnam coś zrobić, zamiast siedzieć bezczynnie, ale jedyne na co w tej chwili mam ochotę to jeść. Nie zjem nic. Dopiję herbatkę, zrobię pranie, zrobię sobie gorącą kąpiel i pójdę spać. Wiem, że jutro obudzę się zadowolona z siebie, zadowolona, że nie poległam. Każdy kolejny dzień taki jest. Od czwartku jakoś się trzymam. Ani razu nie wymiotowałam, mocno kontroluję co i kiedy jem, nie ważę się też jak opętana. Szczerze powiedziawszy chciałabym to zrobić choćby w tej chwili... Po co? Może po to, żeby zacząć jeść, a później usprawiedliwiać się, że waga była niesatysfakcjonująca (niezależnie od tego jaka by nie była i tak będzie niesatysfakcjonująca), dlatego pozwoliłam sobie ulec nałogowi? Nie! Dlatego się nie zważę. Ostatnim razem, kiedy się ważyłam (z tego co pamiętam w sobotę rano) ważyłam 67,3 kg. Ucieszyłam się bardzo i wolę żyć myślą, że waga nadal taka jest niż to sprawdzać. Oczywiście spodziewam się niższej wagi, ale wiadomo waga sama w sobie nie jest wiarygodnym odniesieniem, szczególnie w przypadku niewielkich różnic i częstego ważenia, potrafi płatać figle. Poza tym znam siebie. Nawet jeśli jakimś cudem ujrzałabym na niej 66 kg, czy nawet 65 kg (z logicznego punktu widzenia w przeciągu 3 dni nie można tyle schudnąć, nawet ograniczając jedzenie) to co by mi to dało, skoro nadal wyglądam tak samo? Mój cel jest inny. Najprawdopodobniej zważę się w środę lub czwartek rano (tak kontrolnie, czy mój system odchudzania się sprawdza) i obiecuję, że cokolwiek na niej ujrzę, nie poddam się. Od połowy października wracam na siłownię i póki co pilnuję się z jedzeniem - absolutnie żadnych odstępstw! W kwestii obecnej aktywności fizycznej nie jest za ciekawie. W sobotę biegałam, 20 min. Wróciłam zmęczona jakby czołg mnie przejechał, a do tego do dziś odczuwam masakryczny ból nóg i pośladków, ale to niestety wynik zaniechania regularnych treningów. Od tamtego czasu nie ćwiczyłam. Wczoraj próbowałam się za coś zabrać, ale jedyne na co było mnie stać to posprzątanie pokoju, w dodatku nie jakoś szczegółowo. Dzisiaj miałam zamiar biegać, nawet ubrałam już spodnie dresowe, ale oczywiście po powrocie z pracy znalazło się mnóstwo innych, "ważnych" spraw, a jak już usiadłam przed komputerem, zrobiło mi się zimno (niestety jestem strasznym zmarzluchem) i chęć ponownego wyjścia z domu gdziekolwiek mi przeszła. Nie jestem z siebie w pełni zadowolona, ale cieszę się, że chociaż z panowaniem nad jedzeniem  jakoś daję sobie radę. Gorzej z kaleczeniem ciała. To jakby zastępstwo dla jedzenia. Codziennie kaleczę ramiona i plecy (w mniejszym stopniu twarz), a później bolą mnie podczas mycia i jakiegokolwiek dotyku, szczególnie w kontakcie z bielizną. Dzisiaj ich nie tknęłam (za to twarz została poszkodowana ;/), żeby się trochę zagoiły, bo przecież nie będę mogła pójść nawet na basen z takimi ranami, a w najbliższym czasie taki wypad planuję. Może w nagrodę za trud walki jaki podjęłam? Myślę jeszcze o ostatniej przed studiami, imprezie, ale zobaczymy jak to będzie. Na chwilę obecną boję się tylko środowej wizyty u psychologa... Bóg jeden wie, co mi nagada i jak wpłynie to na moją psychikę. Oby moja silna wola i motywacja okazały się silniejsze od wszystkiego. Po tej wizycie ostatecznie podejmę decyzję, czy jest sens kontynuować terapię.

A jak wyglądało moje dzisiejsze menu?

  • 2 skibki chleba razowego z masłem i serem żółtym
  • 2 pomidory
  • duży kubek kakao z cukrem
  • jabłko
  • banan
  • 20 g żelek (2 mini opakowania)
  • jogurt biszkoptowy 200 g
Wczoraj:
  • owsianka na mleku z otrębami, dżemem i truskawkami
  • 2 jabłka
  • banan
  • surówka porowa 300 g
W sobotę:
  • jajecznica z 3 jaj z podsmażonymi pieczarkami i odrobiną również wedzonego boczku
  • kajzerka z masłem
  • 3 pomidory
  • latte karmelowe
  • banan
I nie jadam po 18.

piątek, 20 września 2013

Dlaczego?

Dlaczego wszyscy wokół (ok, generalizuję, ale zdecydowana większość) jedzą (i to często dużo, niezdrowo i wieczorami) i nie tyją, podczas gdy ja praktycznie nie jem, a tyję? Może dlatego, że dziś drugi dzień się nie głodzę, a zarazem nie wymiotuję. Boję się... Doskonale wiem jak wielką krzywdę sobie wyrządziłam. Spowolniłam metabolizm, przyzwyczaiłam organizm do skrajnych i wysoce niezdrowych zachowań, a do tego zaniechałam kompletnie aktywność fizyczną. Wczoraj w przymierzalni w sklepie przeraziłam się i z bezsilności zaczęłam płakać. Zobaczyłam okropnie skatowane ciało, którego dotąd nie dostrzegałam, bo:
a) rzadko oglądałam się dokładnie nago lub w bieliźnie w całości
b) zazwyczaj miałam do czynienia z lustrem ukazującym moje ciało do połowy i to tylko wtedy, kiedy szłam się myć.
Co mnie tak bardzo przeraziło? Nie tylko liczne blizny i strupy praktycznie na całym ciele, ale też zaniedbane ciało i ewidentnie widoczny brak ćwiczeń - fałdy tłuszczu na plecach (w okolicach stanika), których nigdy wcześniej nie było. Nawet ważąc podobnie, ale ćwicząc regularnie i nie eksperymentując tak z dietami, zawsze miałam śliczne plecy, nic mi się nigdzie nie wylewało. Do tego brzuch... Kiedyś jak go wciągnęłam był płaski, a teraz jak go wciągnęłam skóra się zmarszczyła i wyglądała naprawdę nieestetycznie. Jeśli tak miałby wyglądać mój brzuch po schudnięciu, załóżmy 10 kg, to ja już wolę ten jaki jest teraz. Nie chcę wiszącej skóry. Nigdy po schudnięciu takiej nie miałam i nie przypuszczałam, że katując się rygorystycznymi dietami, na przemian z obżarstwem i wymiotowaniem oraz przy szybkim, "łatwym" (przyznajmy sobie szczerze - głodzenie się do łatwych nie należy, ale na pewno jest to pójście na łatwiznę przy odpowiedniej diecie i aktywności fizycznej) chudnięciu, do takiego stanu się doprowadzę. Oczywiście nic wczoraj nie kupiłam. Nie miałam ochoty dłużej na siebie patrzeć i wciskać się w za ciasne spodnie, czy ukazujące mój paskudny brzuch, koszulki. Jednak miałam dwie opcje - pobiec do sklepu, nakupować słodyczy i czego jeszcze dusza zapragnie, pocieszyć się tym na chwilę, po czym zwymiotować (lub zmierzyć się z ogromnymi wyrzutami sumienia) i oczywiście dokończyć "ciąg" w domu albo... No właśnie. Wybrałam to drugie. Nie było mi łatwo, wiedząc, że czeka mnie długa droga do najpierw naprawienia ostatnio popełnionych błędów, a później doprowadzenia się do stanu akceptowalności. Postanowiłam wrócić do regularnej aktywności fizycznej, na razie we własnym zakresie (i tu pozostaje mi liczyć na moją silną wolę i motywację, której jeszcze rok temu mi nie brakowało), a w połowie października na siłowni. Po drugie - dieta. Muszę jeść, bo szybkie chudnięcie zniszczy moje ciało (nie mówiąc już o wyniszczeniu organizmu) - o ile w ubraniu wyglądałoby może całkiem przyzwoicie, o tyle nago nie będę w stanie nawet sama go oglądać. A nie na tym mi przecież zależy. Chcę podobać się sobie i wzbudzać podziw innych. Obwisłe ciało jest okropne, odrażające, nieapetyczne. Przypuszczam, że o ile teraz nie mam (i nie miałam jeszcze przed odchudzaniem) większych obaw przed pokazaniem się mężczyźnie nago, tak po gwałtownym schudnięciu nie zrobiłabym tego, przynajmniej do momentu całkowitego zaufania. Nie czułabym się kobieco, a jak kobieta z wagą w normie, ale w ciele grubasa. I co zrobiłam? Głodna i wykończona psychicznie poszłam do sklepu. Niemalże ze łzami w oczach ominęłam regały ze słodyczami, deserami, przekąskami, pieczywem, czy innymi wysokokalorycznymi i przetworzonymi produktami. Miotały (i nadal miotają) mną różne emocje. W ciągu 1 minuty potrafię na zmianę się motywować (na tyle silnie, by widzieć sens swoich działań i nie poddawać się przy braku widocznych efektów) i dołować (niestety również silnie, na tyle, by planować zaniechanie swoich postanowień, rzucenie wszystkiego w diabły i złudne pocieszenie jedzeniem). Na szczęście na chwilę obecną wygrywa ta lepsza strona, ale ciężko mi określić jak to będzie dalej. Bo z jednej strony myślę sobie "ok, nie od razu Kraków zbudowano, efektów po kilku dniach nie zobaczysz, ale z czasem Twój wysiłek się opłaci, schudniesz, będziesz mieć fajne ciało, wyjedziesz na kilka do Szczecina (moja największa motywacja - tam właśnie mieszka mężczyzna, którego ostatnio poznałam na imprezie) i pokażesz mu, że można nie tylko schudnąć i fajnie wyglądać, ale i zrobić to bez niczyjej pomocy i to podczas walki z zaburzeniami odżywiania, ale zaraz włącza się kontra. Nie tylko coś w stylu "jestem głodna, więc pozwolę sobie na coś tam i tylko to" (nawiasem mówiąc wiem doskonale, że u mnie się to nie sprawdzi), czy "ok, dziś odpuszczę, szczególnie, że waga jest nadal wysoka, najem się wszystkiego na co mam ochotę, zwymiotuję, żeby nie przytyć, a jutro będę kontynuować mój plan" (naiwnie wierząc, że to będzie jeden jedyny raz, który w dodatku nie pozostawi żadnych negatywnych skutków na moim ciele), ale również "przestań się męczyć, i tak nie schudniesz, nie będziesz miała ciała, które Ci się marzy (zapewne nie, ale przynajmniej mogę je ulepszyć, zamiast dalej niszczyć), nigdzie nie wyjedziesz, a nawet jeśli, to pewnie się z nim nie zobaczysz, bo będzie zaangażowany w związek z tamtą dziewczyną, może już nawet żonaty, nie będzie Cię pewnie nawet pamiętał, a w najlepszym wypadku spotkasz się z nim, usłyszysz parę komplementów, pójdziecie do łóżka i na nowo zaczniesz proces zapominania o nim - nie warto". Później oczywiście kolejny wewnętrzny sprzeciw "uda Ci się, a nawet jeśli nie zobaczysz się z tym facetem, to i tak odwiedzisz Szczecin i poinformujesz go o tym, a jeśli się z Tobą spotka, udowodnisz, że jesteś wartościową, silną kobietą, poradziłaś sobie SAMA ze swoimi problemami i przeciwnościami losu i osiągnęłaś naprawdę sporo jak na względnie krótki okres czasu i na pewno nie pójdziesz z nim do łóżka". Teraz kiedy to piszę dociera do mnie jakie to jest chore myślenie. Chyba naprawdę coś jest ze mną nie tak (może to jednak borderline?), bo nawet pisząc tego posta z milion razy pomyślałam sobie "jestem silna, dziś dam radę, a nawet zaraz poćwiczę, chce mi się walczyć... mimo głodu" na przemian z "a może jednak coś zjem, skoro i tak dużo ważę... jest mi zimno i źle, w życiu nie będę ćwiczyć, faktycznie pewnie nic nie osiągnę". A co zrobię? Zabawne, ale sama nie wiem, czy znajdę w sobie na tyle siły, by ruszyć mój (na szczęście nadal) wspaniały tyłek i chociaż trochę się poruszać (szczególnie, że jestem przemarznięta i przydałoby mi się trochę rozgrzewki), czy wygrają dołujące myśli i jedzenie nade mną zapanuje (tak się nie stanie!), czy może obejrzę serial, a zaraz potem pójdę spać. I jeszcze jedno postanowienie, z którym na razie nie dałam sobie rady - nie kaleczyć więcej swojego ciała (z nudów, złości, zdenerwowania), a wręcz przeciwnie zadbać o nie (choćby regularnym nawilżaniem). Jak będzie?


Na razie słucham skocznych piosenek, żeby niepotrzebnie się nie zdołować muzyką i żyć w przekonaniu, że żadne psychotropy nie są mi potrzebne do znormalizowania nastroju, jak twierdzi psychiatra. Nawiasem mówiąc na razie przestałam do niego chodzić. Nie wykupiłam nawet leku, który mi ostatnio, pomimo mojego sprzeciwu, przepisał, więc nie widzę sensu iść na kontrolę. Jak dla mnie te leki to w dużej mierze placebo, bo żadna tabletka nie powstrzyma mnie od napadu i wymiotowania, jeśli nie zrobię tego ja sama, tak samo jak żadna tabletka nie poprawi mi nastroju, kiedy będę skrajnie załamana. Jedynym ich faktycznym działaniem jest senność, która do szczęścia (ani zdrowienia) potrzebna mi nie jest. Zastanawiam się też nad psychoterapią i nie wiem, czy jest sens ją kontynuować, szczególnie, że przeważnie wpędza mnie tylko niepotrzebne "w maliny" i sprawia, że wyolbrzymiam swoje problemy, a i nieraz sobie pobłażam, wierząc w to, że rzeczywiście coś ze mną nie tak - "jestem chora psychicznie, więc mogę sobie to, czy tamto wybaczyć". Faktem jest, że mam problemy z jedzeniem, ale czy aby na pewno aż takie, żeby nie poradzić sobie bez pomocy specjalisty? A do tego ten szpital psychiatryczny... Chcieliby mnie zamknąć, żeby mieć problem z głowy, a z tego co mi wiadomo problemy się rozwiązuje, a nie zamiata pod dywan. Wycięłabym sobie jakiś okres z życia, niewykluczone, że dopiero wtedy prawdziwie niszcząc psychikę (jestem zdania, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym w moim przypadku to jak wyrwanie zęba, który można wyleczyć - istnieje szereg innych możliwości, ale wybiera się to najprostsze, pozostawiając ślad tegoż działania na całe życie), a w dodatku nie mając gwarancji, że po wyjściu stamtąd mój problem przestanie istnieć lub nie będzie dla mnie problemem radzenie sobie z nim. Wbrew pozorom i bez tego, z mniejszym lub większym wysiłkiem, potrafię walczyć i wygrywać! Wygrywać z najgorszym przeciwnikiem - samą sobą...



Podłamałam się dzisiaj trochę dużym (dużym w stosunku do ilości i pory jedzenia) brzuchem i wskazaniem wagi. Otóż wczoraj zjadłam tylko 2 małe jabłka, banana, skibkę chleba z masłem i jogurt pitny (w okolicach godziny 18). Odmówiłam sobie nawet wieczorem świeżutkich kajzerek, których tata sporo nakupił, a które tak uwielbiam, pokonałam ogromną chęć (zarówno psychiczną jak i fizyczną) na słodycze i cokolwiek innego (co pomogłoby na fizyczny głód, a zarazem z pewnością pociągnęło za sobą zaspokajanie głodu psychicznego), nie poddałam się nawet po kłótni z mamą i kolejnej uwadze odnoście mojego odżywiania. Popłakałam się tylko. I pomogło. Teraz wiem, że lepiej płakać niż jeść. Dziś z kolei na śniadanie zjadłam 2 kajzerki (1 suchą, a drugą z serem topionym i papryką oraz masłem, serem żółtym i papryką - pech chciał, że przypadkowo wzięłam 2 plasterki sera - spowodowało to psychiczną samoagresję i chęć wyciągnięcia białej flagi, a jednak przemogłam się) i banana, a później jeszcze tylko jabłko, 4 marchewki i resztkę papryki, która została mi od rana (ok. godziny 17). I ograniczyłam też kawę. Waga wczoraj przed ostatnim posiłkiem wynosiła 68,5 kg, z kolei dziś 68,7 kg. Ale domyślam się, że to wynik ostatniego głodzenia i póki co nic na to nie poradzę. Trzeba czekać, byle nie zwątpić. W gruncie rzeczy lepsza taka waga niż wyższa. Z czasem pewnie zwiększę ilość jedzenia, ale na wieczór nie chce już jeść, a na pewno nie w takich ilościach jak kiedyś. 

A to ja. Po lewej 80 kg, po prawej 65 kg.
Różnicę widać szczególnie w przypadku brzucha. Obecnie jest coś pomiędzy.

środa, 18 września 2013

Upodlona

Paluszki z sezamem, cukierki czekoladowe, chipsy. Toaleta. Serek na słodko, chleb, morele, chipsy. Toaleta. "Nie chwal dnia przed zachodem słońca" - czułam, że tak właśnie może się stać. Jak głupia cieszyłam się, że mam swój pierwszy, mały sukces, że dziś się udało. Nie głodziłam się, nie wymiotowałam, nie rzuciłam się na jedzenia, a co więcej opanowałam się w sklepie. Niestety czar prysł, sama nie wiem dlaczego. Zrobiłam się głodna - to niepodważalny fakt, ale przede wszystkim emocjonalnie znów poczułam się nikim. Dzisiejszy dobry nastrój i udane zakupy na niewiele się zdały. Przypomnienie sobie ostatnich dni, poprzez podwójne zdawanie z nich relacji (koleżance i znajomemu) wystarczyło. Nic nie pisałam, bo nie miałam sił. Psychicznie jest gorzej niż zwykle. Nie przez problemy z jedzeniem, nie przez samotność, nie przez płatającą figle osobowość. Przez mężczyznę. Poznałam ideał, faceta życia. Byłam pewna, że to jest za piękne, by było prawdziwe. Nie myliłam się. Nie dość, że jest z innego miasta, to ma dziewczynę. A ja wciąż bezsensownie o nim myślę, zamiast zająć się sobą...
Co do jedzenia. Właściwie ostatnio nie ma jedzenia, a jak jest to od razu w całości (taką przynajmniej mam nadzieję) się go pozbywam. Jutro znów nic nie zjem. Za karę. Moja waga? 68,7 kg. Nie mniej jednak wyglądam jak słoń. Chociażbym dzień cały nie jadła, brzuch ani drgnie. Dodatkowo wszystkimi swoimi ostatnimi działaniami spowolniłam metabolizm. Ale już niedługo...

Lost in a dream...

środa, 11 września 2013

Moje życie to ciągła walka pomiędzy miłością do jedzenia, a niechęcią do bycia grubą

Dokładnie tak. Dzisiejszy dzień rozpoczęłam od kawy, o dziwo nie byłam specjalnie głodna i później. Ale nie ma się co dziwić jak na każdym kroku wmawiałam sobie, że nie jestem głodna. Po południu pojechałam na wizytę u psychologa. Ten jak zwykle swoje, ja swoje. I jak zwykle tak wpłynął na moją psychikę, że sobie odpuściłam. Odkąd pamiętam, choćbym cały tydzień pościła, zawsze po wizytach u niego coś we mnie pęka. Z jednej strony to pewnie dobrze, ale z drugiej nie o to mi chodzi. Zła na siebie zjadłam (oczywiście zważywszy się wcześniej - jakoś tak mam, że jak waga wskazuje choć trochę mniej to sobie pozwalam złamać ŻELAZNE zasady) sporą kolację, miseczkę śliwek i nektarynkę. Poczułam, że to jeszcze nie to, a szczególnie, że brakuje mi słodkiego. Przypomniały mi się babeczki. Zjadłam 3. Wróciłam do pokoju, ale ciągle coś nie dawało mi spokoju. Biłam się z myślami - zwymiotować, nie zwymiotować, zjeść jeszcze, czy już nie jeść. Zwyciężył nałóg. Zjadłam niejako drugą kolację i kolejne 3 babeczki. Zwymiotowałam. Najwidoczniej wszystko, bo zaraz "po" waga wskazywała dokładnie tyle, ile przed jedzeniem - 69,7 kg. Teraz oczywiście jestem już głodna, ale drugi raz tego nie zrobię. Zaraz idę spać. Mogę uznać, że dzień był udany, ale za to jakim kosztem? Zobaczymy co będzie jutro... Pewnie kolejna walka. Jutro impreza, obym się chociaż dobrze bawiła i nie skończyła z kacem... moralnym, jak to zwykle bywa. Wystarczy trafić na kiepską imprezę, a ja zaraz po powrocie muszę zrekompensować sobie nieudaną imprezę jedzeniem. Później idę spać i budzę się po południu totalnie przybita.

I jeszcze coś...

Patrycja Markowska - 4 ściany
Rufus Wainwright - Hallelujah

Te dwie piosenki ostatnio są obecne w moim życiu. Pierwsza pomogła podjąć decyzję o walce, a druga towarzyszyła mi dzień przed, kiedy siedziałam zamknięta w swoim pokoju i jadłam. Piosenek znaczących dla mnie jest o wiele więcej, ale obecnie jakoś te dwie mnie motywują do walki o lepsze jutro, bo wiem, że takie będzie. Każde "jutro" jest lepsze od poprzedniego.

WAGA Z WCZORAJ RANA: 71,5 kg.

Póki co się nie ważę. Nie ma takiej potrzeby, bo wiem (przynajmniej chcę tak myśleć), że jest mniej. Szczerze wierzę w to, że kiedy wejdę na nią po raz kolejny będzie zdecydowanie niższa. Przypuszczam, że nastąpi to już za kilka dni. Trzymać kciuki, kto jest ze mną :)

Nie otwieram lodówki

Lepiej nie kusić losu... Bilans dnia wczorajszego? 2 kawy, 4 herbaty, 2 gumy do żucia - dałam radę i wcale nie jestem głodna. A co u babci? Ciężko, bo kusił mnie pieczony kurczaczek, sałatka, świeży chlebek, masełko, ser żółty, pieczarki marynowane. Odmówiłam, tłumacząc, że nie jestem głodna. Przeszło bez większego oporu, chociaż babcia nie była zadowolona, że nic nie zjadłam. Gorzej było później, bo pojawił się tort czekoladowy i moja ulubiona babka bakaliowa... Ponownie odmówiłam, tym razem twierdząc, że nie jem słodkiego, a już szczególnie o tej porze (było dość późno). Babcia wydała się być oburzona. Przekonywała mnie, że tort bardzo dobry. Nie wątpię... Ale uwierzyłam na słowo. Jak dałam radę z takimi pokusami, to nic mnie nie zniszczy. Zresztą mam perspektywę tego, że jutro będę zmuszona coś zjeść, bo wybieram się na długo wyczekiwaną imprezę, a nie chcę jej sobie zepsuć pijąc na pusty żołądek. Na domiar "złego" dostałam okres, co też średnio sprzyja odchudzaniu i imprezie. Ale czy osobie z nadwagą kiedyś coś sprzyja? Prawda jest taka, że wymówek szukać nie trzeba. W moim wypadku szczególnie. Mama we mnie nie wierzy. Do dziś nie zapomnę jak na moje pytanie, czy dam radę przebiec 10 km, bez wahania odpowiedziała "nie". Jakiś czas później udowodniłam jej, że się myliła. Mimo to nadal wie jak (świadomie lub też nie) podciąć mi skrzydła. Grzebała w moim pokoju, niby pod pretekstem zamiatania (o co jej nie prosiłam, bo zawsze sprzątam sama) i doskonale wiedziałam, że widziała sporą ilość papierków po michaszkach w moim śmietniku. Wypomniała mi je dopiero jak zauważyła, że zjadłam kilka cukierków z szafki w kuchni. Miała pretensje, że zjadłam rzekomo jej cukierki, podczas gdy ostatnio sama zjadłam "pół kilo" i nie dałam jej nawet jednego. Wtedy wspomniała o tych papierkach w moim śmietniku. Zabolało mnie to strasznie, kategorycznie zabroniłam jej grzebać w moim pokoju. Przecież moja mama doskonale wie, że jestem uzależniona od jedzenia. Nieraz coś komuś zjadłam. Mogła się domyślić, że widząc te cukierki w szafce, nie powstrzymam się (szczególnie, że zostały z poprzedniego dnia i tylko ja ani jednego nie jadłam). Ja nie robię tego celowo... Zamiast mi pomóc i nic nie wspominać, wiecznie mnie osądza i o wszystko ma pretensje. Nie ukrywam, że przy takim "wsparciu" bardzo ciężko jest coś osiągnąć. Ale dość już oczerniania mojej mamy. W gruncie rzeczy kocham ją nad życie.

wtorek, 10 września 2013

Babeczki

Dopiero niedawno wstałam. Musiałam odespać ostatnie dni. Kiedy się obudziłam przypomniało mi się, co postanowiłam. Oczywiście byłam już lekko głodna, ale mimo wszystko zeszłam do kuchni po kawę... I co zobaczyłam? Z 15 pięknych czekoladowych babeczek ustawionych na blacie. Nie wiem kto je upiekł, pewnie siostra, ale poczułam jakby to był cios wymierzony przeciwko mnie. W samo serce. Oczywiście wiem, że nikt nie zrobił tego celowo, bo przecież nikt z domowników nie wie o moim postanowieniu. Nie ruszyłam żadnej i nawet udało mi się wmówić, że wcale nie mam na nie ochoty, szczególnie, że już niedługo będę szczuplejsza. Druga przeszkoda czeka mnie dziś u babci. Na pewno będzie coś pysznego, a doskonale wiem, że moja odmowa spotka się z polemiką. Jednak nie dam się. Nie ma już żadnego "od jutra", nie ma żadnego pobłażania i pozwalania innym, by mi wmówili, że "jeden kawałek mi nie zaszkodzi". Owszem, zaszkodzi. To tak samo jakby alkoholikowi dać kieliszek wódki, dla toastu... Myślicie, że nawet najbardziej silny psychicznie alkoholik, kiedy wróci do domu, czy następnego dnia nie wypije ani grama alkoholu? Ale przecież alkoholik to człowiek uzależniony, ma specjalne względy, nikt świadomie nie proponuje mu alkoholu, a co więcej nie zmusza do wypicia. A jedzenioholik? To wymysł. To co i ile zjesz zależy przecież od silnej woli... Czekam na moment, w którym każdy człowiek będzie wyedukowany w temacie tego uzależnienia tak samo jak w przypadku innych. Uzależnienie to uzależnienie, a uzależnienie od jedzenia to w ogóle szczególny przypadek.

poniedziałek, 9 września 2013

Zdeterminowana

Podsumowując moje ostatnie dni, jedyne na co mam ochotę to użalać się nad sobą. Ale tego nie zrobię. Tak samo jak nie płaczę (nawet w samotności), mimo iż często mam na to ochotę. Nie potrafię już płakać. Tak naprawdę nie wiem co się ze mną dzieje. Moje ostatnie plany zakończyły się już drugiego dnia (po zadziwiająco udanym dniu pierwszym), kiedy to zjadłam coś, czego plan nie obejmował. Każdego kolejnego dnia jadłam już tylko na pocieszenie po poprzednim nieudanym dniu. Zazwyczaj jakąś część wymiotowałam, nie tylko ze względu na stale rosnąca wagę, ale i okropne samopoczucie. Teraz jestem wrakiem człowieka. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, nie chcę wychodzić z domu, nie chcę się nikomu pokazywać. Znów chciałabym przestać istnieć. A tak wprawdzie to chciałabym najszybciej jak się tylko da schudnąć i uzyskać oszałamiający efekt, tak by nikt nie miał okazji zobaczyć mnie w obecnym stanie, by nikt mnie nie zranił słowem, żartem (wbrew pozorom i wbrew temu, że sama nieraz z siebie żartuję, każde krytyczne słowa biorę do siebie i zapamiętuje na zawsze, choćbym nawet nie chciała), ani nawet gestem, czy spojrzeniem. Z dnia na dzień upokarzam się coraz bardziej. Jem jak opętana, nawet wtedy kiedy już nie mam ochoty i ciągle, w tajemnicy przed domownikami, wymiotuję. I co zadziwiające mama, która jest najlepiej poinformowana w kwestii moich problemów, nic nie zauważyła! Może raz, czy dwa słyszała lub się domyśliła, ale generalnie nie wie, że robię to codziennie, czasem nawet po kilka razy i zazwyczaj, kiedy jest w domu. Oczywiście ja rozumiem, że sama nie czuje się najlepiej i jako jedyna utrzymuje cały dom w jako takim ładzie, nie oczekując za to żadnych podziękowań, rozumiem, że pracuje, mało śpi, ma problemy zdrowotne i czasem pewnie dość nas wszystkich, ale na litość boską czy nie lepiej COŚ z tym zrobić? Ja nieraz próbowałam, bo doskonale wiem, że nasza rodzina jest w rozsypce - każdy z nas żyje sam dla siebie i każdy z nas próbuje jakoś samemu sobie radzić z własnymi problemami, trzymając je głęboko w sobie. A kiedy już ktoś (czyt. ja) mówi wprost co jest nie tak, zostaje zmieszany z błotem. Od razu słyszę bezcelową litanię problemów innych członków mojej rodziny, zagłuszającą przy tym najważniejszy cel rozmowy. U mnie w domu się nie rozmawia. Chyba, że o problemach znajomych, sąsiadów, a i nawet obcych, o pieniądzach (a właściwie ich braku), o bałaganie w kuchni, o jedzeniu... Istotne, że zawsze po takich próbach czuję się gorzej niż kiedy udaję, że wszystko jest w porządku, mam wrażenie, że niepotrzebnie niepokoję rodzinę, narzucając się im ze swoimi problemami, których i tak nikt z mojej rodziny za mnie nie rozwiąże. Wszelkie próby naprawienia przeze mnie relacji rodzinnych odbierane są od razu jako atak i chęć dążenia do własnego szczęścia kosztem innych. A tak wcale nie jest... Ja zawsze robiłam coś dla kogoś, nigdy dla siebie i właśnie kiedy na początku zeszłego roku zaczęłam myśleć o sobie i coś mi się w końcu udało, wpadłam w te wszystkie problemy, bo nikt mnie nie wspierał. Wiecznie odczuwałam tylko, że źle robię, że jestem egoistką, że wszystko co złe na świecie to moja wina. Nikt z rodziny sam z siebie nie pogratulował mi  nawet, kiedy schudłam 15 kg, a do tego w międzyczasie uśpiłam (z tym niestety nie idzie wygrać) poważną chorobę. Sama musiałam doprosić się słów pochwały. Wymuszone. Zazdrość? Przecież to moja rodzina. Ja cieszę się z każdego sukcesu jej członków, nie zazdroszczę. Pamiętam jak waga wskazała 63 kg, byłam z siebie dumna, zmotywowana, pełna życia, ale... moja mama (celowo lub też nie) wszystko zniszczyła. Zamiast cieszyć się razem ze mną wciąż powtarzała, że teraz ważę mniej od niej (jakieś 2 kg, więc żadna różnica), że koniecznie musi schudnąć (bo przecież jak to możliwe, żeby dotąd otyła, zaniedbana córka ważyła mniej od własnej matki? - w domyśle), zdawała się być zakłopotana, a nawet przez myśl jej nie przeszło, by cieszyć się razem ze mną. Podobnie cała reszta rodziny (babcia, wujowie, ciotki) - każdy tylko krytykował, że źle się odżywiam, że powinno się tak, a nie inaczej, że za gruba, że za chuda... Poniekąd to właśnie "dzięki" rodzinie wpadłam w bagno, w którym obecnie się znajduję, a z którego zdaje się, że nie ma wyjścia. Ale miałam się nie użalać! To w sumie poniekąd przedstawienie realnych faktów w celu przybliżenia stanu, w którym obecnie się znajduję, bez szczególnego narzekania na swój los. Bo przecież nic nie dzieje się bez przyczyny. A i ja nie zachorowałam ot tak sobie. Piszę zapewne trochę chaotycznie, ale to przez to, że mam milion myśli w głowie i jakoś nie potrafię ich poukładać. Źle się dziś czuję, fizycznie (co jest logicznym następstwem niewyspania i bulimii), ale przede wszystkim psychicznie (jakby ktoś mną podłogę wycierał). Poza tym po wczorajszym kiepskim dniu nie spodziewałam się, bym dziś zauważyła nagle tęczę na niebie. Nie wiem, co się dzieje, ale to chyba zbliżający się okres daje o sobie znać. Początkowo myślałam, że ból brzucha związany jest z obżarstwem jakiego dokonałam chwilę przed wyjściem do klientów. Jako, że wygląd jest nieodzownym elementem pracy hostessy, nie mogłam zwymiotować, bo rozmazałabym sobie makijaż (a że nie mogę poszczycić się idealnym ciałem, tylko na makijaż miałam jakiś wpływ), wyglądając przy tym paskudnie. Myślałam nawet, że mój organizm nie potrafi już trawić takich ilości pożywienia, ale kiedy stopniowo zaczęły pojawiać się mdłości, nawet uśmiechać się nie mogłam. Co chwilę biegałam do toalety, aż w końcu wymiotowałam. Pierwszy raz od dawna bez palców w gardle. Może to z powodu spustoszenia w moim organizmie, a może faktycznie z powodu okresu, którego nawiasem mówiąc i tak jeszcze nie ma. Nie zależy mi teraz. W ciąży na pewno nie jestem, więc może sobie nie przychodzić.
A moja waga? Zdecydowanie za wysoka. Rano spodziewam się 72 kg, w najlepszym wypadku. Nieważne... Podjęłam decyzję. Ostatni napad za mną, brzuch mam tak napięty jakby zaraz miał eksplodować. Nie wymiotowałam, bo to i tak nie ma sensu. Nie będę już tego robić. Szczególnie, że martwię się o moje zęby. Zawsze były w złym stanie (choć nie wyglądają), ale ostatnio dosłownie każdy mnie boli. Definitywnie przestałam jeść. To jedyny sposób, żeby poczuć się wyzwoloną i w pewnym sensie oczyszczoną. Tylko odcięcie się od przedmiotu uzależnienia sprawi, że będę szczęśliwa. Co więcej, nie będę już na siłę udawać, że wszystko ze mną dobrze, nie będę się żalić, że ja nie mogę jeść, a inni mogą, nie będę na siłę szukała pomocy tam, gdzie mi jej nie chcą dać. Zamknęłam się w sobie i nie zamierzam tłumaczyć się komukolwiek ze swojego życia, a już na pewno nie rodzinie. Nie boję się też śmierci, bo niby dlaczego miałabym się bać czegoś co jest obecne w moim życiu już od dawna? Ja nie żyję naprawdę, dotychczas tylko udawałam, że żyję. Nie zakładam oczywiście, że coś mi się stanie, ale wolę zrobić coś niż nie robić nic i pozwolić, by życie uciekło mi między palcami. Gorzej już chyba być nie może. Jeśli żyjąc tak jak teraz, nieraz miałam myśli samobójcze, to chyba lepiej "umrzeć" szczęśliwie, dążąc do celu i walcząc o lepsze życie.

Tylko dlaczego? Dlaczego ja tak bardzo siebie nienawidzę? Przecież gdzieś tam w głębi duszy wiem, że jestem wartościowym człowiekiem.

środa, 4 września 2013

Być spełnioną... tak, to mój cel!

Plany... Jestem zdecydowana i zmotywowana. Przez głowę przechodziły mi najróżniejsze myśli. Od głodówki, przez normalną dietę aż po...
Środa! Kawa, oczywiście czarna, bez cukru - obowiązkowo. Ona będzie towarzyszyć mi zapewne codziennie. Przynajmniej na razie, kiedy coś musi dodawać mi energii i oszukiwać głód.Do tego jabłka w nieograniczonej ilości. Skorzystam z okazji, że tatuś kupił całą skrzynkę i to takich, które idealnie wpasowały się w mój smak. Twarde i kwaśniutkie. Jak znudzą mi się już jabłka surowe, dopuszczam spożycie ich pod postacią soku, czy jabłek gotowanych. Wszystko byleby nie dodawać do nich niczego niepożądanego. Także prażone jabłuszka z cukrem i cynamonem odpadają.
Czwartek! Kawa - standardowo. Na śniadanko miseczka crunchy z dodatkiem rodzynek i mlekiem. Do tego w ciągu dnia jeszcze 2 banany. Jak je sobie rozłożę - tego nie wiem.
Piątek! Kawusia - bezsprzecznie. I 2 małe porcje kaszy jaglanej (ponoć doskonale oczyszcza organizm z toksyn). Teoretycznie powinna być bez dodatków, ale możliwe, że zrobię wyjątek i poleję ją sosem pieczarkowym z pieczarkami (sprawdzone i naprawę smaczne, chociaż wtedy jeszcze klopsy do tego miałam )i posypię natką pietruszki. W końcu to moje imieniny. Najgorsze będzie jak mama kupi z tej okazji coś słodkiego. A na pewno kupi. No cóż, trzeba będzie się temu oprzeć.
Sobota! Kawa. I ponownie kasza jaglana. Możliwe, że z sosikiem lub jakimiś gotowanymi warzywkami.
Niedziela! Kawa + kasza jaglana.
Poniedziałek! Kawa czarna, bez cukru, bez ograniczeń. Ale oczywiście nie zakładam, że będę ją piła litrami. Pewnie na max. 2 kubkach się skoczy. Do tego w ciągu dnia mocca (czy też mocha bądź mokka - jak kto woli) i latte smakowe (z syropem lub sosem). Czyli, że tak na słodko od poniedziałku. Żeby dobrze zacząć tydzień.
Wtorek! Kawa + mocca.
Środa! Kawa + latte smakowe.
Czwartek! Kawa + latte standardowe + mocca. I do tego prawdopodobnie impreza. Jeszcze nie ustalałam ze znajomymi nic dokładnie, ale na pewno w przyszłym tygodniu gdzieś zabalujemy (jak nie czwartek to środa bądź piątek). W końcu! Muszę popić i potańczyć. Rozerwać się i zapomnieć choć na chwilę o problemach. W dzień imprezy do zestawu kaw pewnie jakieś skromne jedzonko dojdzie, no i alkohol... Ale spokojnie. Wszystko wytańczę. Obiecuję :) Jako, że jeszcze nie wiem jaki to dzień będzie, nie mogę wpisać nic konkretnego. Ani co, ani kiedy. Bo zwykle kiedy się na coś bardzo nastawiam, to nie wypala.
I w końcu piątunio! Kawa + latte standardowe.
Ehh coraz rygorystyczniej, ale tak musi być. To na razie tyle. Dalsze plany przestawię z czasem. Możliwe, że później zostanie mi tylko kawa. Możliwe, że przestanę jeść na dłuższy czas i dostarczać jakiekolwiek kalorie, choćby w postaci kawy mocca czy latte. Możliwe, że zacznę stopniowo normalną dietę. Wszak od przyszłego tygodnia będę już "pod opieką" psychologa oraz psychiatry.
Ostatni raz zważę się jutro rano... yyy tzn. dziś. Później najwcześniej za tydzień, ale wiem, że nie warto ważyć się nazbyt często. Przynajmniej w moim przypadku.
W takich luźnych planach mam jeszcze aktywność fizyczną. Chciałabym zacząć biegać i poćwiczyć z Chodakowską brzuch. Ale jeśli uda mi się wypełnić powyższe zobowiązanie, to już będzie wielki sukces. Nie chcę wszystkiego od razu, bo źle to się może skończyć. Doskonale znam siebie i wiem jak łatwo się demotywuję, szczególnie, kiedy coś pójdzie nie po mojej myśli, dlatego ćwiczeń w planach nie ma. A jak raz na jakiś czas się zdarzą, tym lepiej.
DAM RADĘ!

Kto ze mną? :))


A ten filmik tak po prostu. Jeśli ktoś go jeszcze nie widział. Bo jest boski.

wtorek, 3 września 2013

Wrzesień

... a wraz z nim same problemy. Czuję się w obowiązku coś na pisać. Nie pisałam 2 dni co jadłam i na razie nie zamierzam tego robić. Już ostatniego dnia sierpnia, jak tylko zamieściłam tu posta, złamałam się. Nie pamiętam dokładnie jak sytuacja wyglądała, ale pewnie podobnie jak w niedzielę i poniedziałek. Jadłam, wymiotowałam, ważyłam się, jadłam, wymiotowałam, ważyłam się, jadłam... Mało tego przez moment pomyślałam, że to może być dobry sposób na osiągniecie celu - wszystko, co zjem ponad plan, zwymiotuję. Ale niestety to tak nie działa. Jak już raz w ciągu dnia się najem po to, by zwymiotować, nie będę miała oporów, by zrobić to po raz kolejny. I tak do wieczora. Owszem, jedna wieczorna uczta po całym dniu poszczenia w dodatku zaraz "po" zwymiotowana, byłaby na miejscu, ale człowiek z chorą psychiką tak nie potrafi. Nie wiem, co będzie dalej. Każdego dnia budzę się, przypominając sobie w jakim położeniu jestem. Ile ważę, jak wyglądał mój poprzedni dzień, co postanowiłam... Najgorsze, że na nic moje postanowienia. Nie radzę sobie z sobą. Obecnie jestem na etapie zastanawiania się, czy pomimo obecności siostry w domu, zwrócić co zjadłam (a i nawet jeszcze jem). Tylko co dalej? Może faktycznie powinnam przestać jeść? Zaoszczędziłabym na tym też sporo pieniędzy. Od jakiegoś czasu wszystkie, które mam wydaję na jedzenie. Nie wyjechałam  na wakacje, nie kupuję butów ani ciuchów, oszczędzam na kosmetykach i lekach. Nic nie jest ważniejsze od jedzenia. Jestem chorą wariatką! Tak, muszę przestać jeść, bo inaczej jak tylko dostanę wypłatę, całą przejem, a w końcu ciężko pracuję na te pieniądze. Podobnie w kwestii pieniędzy, które dostaję od rodziców... Ale wiem jak to jest. Dziś coś postanawiam, jestem tego pewna (bo jestem najedzona, więc dobrze się czuje, a i dzięki temu optymizm mi dopisuje), a następnego dnia (ba, nawet już kilka godzin później) czując głód, zaczynam "zdrową dietę". Lecę jak głupia naiwniara do sklepu, kupuję kilogramy owoców i warzyw (wydając niemałe pieniądze), a że szybko się psują, jestem zmuszona zwiększyć częstotliwość ich jedzenia. I tak zaczyna się jedzenie wszystkiego innego. Kółko się zamyka.

Może ktoś z Was, osób czytających bloga (nie wątpię, że tacy są) wie jak mogę sobie pomóc? Wyjść z błędnego koła i zacząć NORMALNIE żyć.