sobota, 10 sierpnia 2013

Żyć, żeby umrzeć

Codziennie wymiotuję. Nierzadko częściej niż raz dziennie... Nie potrafię powiedzieć od kiedy dokładnie stało się to moją codziennością, niejako obowiązkiem. Próbowałam pozbierać się na różne sposoby, ale się nie da. Kolejny dzień i kolejne chore postanowienia, które nigdy się nie urzeczywistnią. Mam dość. Jestem słaba, boli mnie gardło, mam pokaleczony język, bolą mnie zęby, bolą mnie oczy i wciąż bym jadła. Jedzenie to jest mój jedyny przyjaciel... i mój jedyny wróg zarazem. Myśląc intensywnie nad tym jak sobie z tym poradzić, doszłam do wniosku, że muszę przestać jeść. Inaczej po każdym, nawet najmniejszym posiłku, będę odczuwała straszne wyrzuty sumienia, a jestem tym zwyczajnie zmęczona. Nie mam już sił wymuszać wymiotów, w dodatku ukrywając się z tym przed rodziną. Teraz po jedzeniu (nawet nie będącym napadem) od razu odczuwam chęć zwymiotowania tego co zjadłam, czuję się potwornie źle, nie mogę funkcjonować, dopóki tego nie zwrócę... Moje ciało chyba do tego przywykło, a chora psychika popiera w pełni. Wagę kontroluję kilka do kilkunastu razy dziennie. Waha się od 67,5 kg do 70 kg. Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że kiedy tylko zobaczę na niej ciut mniej, od razu pozwalam sobie na więcej, nie wymiotuję wszystkiego co zjadłam i sama siebie okłamuję, że jestem zdrowa, "bo przecież jem, bez zwracania". Nie zmienia to faktu, że jestem wyniszczona i odczuwam to coraz bardziej.

Na domiar złego kilka dni temu straciłam psa. Psa, którego nigdy nie chciałam, a którego kochałam nad życie. Odkąd w dzieciństwie ugryzł mnie pies, miałam do nich uraz. Bałam się, szczególnie, że owczarki niemieckie to duże i pozornie agresywne psy, a mimo wszystko przywiązałam się do niej, zaczęłam ufać i powoli pokonywałam swój lęk, widząc, że i ona tego chce. Miała rok. Z dnia na dzień zachorowała, nie uratowali jej.

Skoro i tak jestem już na skraju wyniszczenia, to chyba większej krzywdy niż wyrządziłaby mi bulimia, nie zrobię sobie, przestając jeść. Dziś ostatecznie pożegnam się z jedzeniem. Będzie trudno, cholernie trudno. Wiem. Pierwszy dzień - totalna wegetacja. Drugi, trzeci dzień - podobnie, ale ciężej, bo wybieram się na siłownię. Później już jakoś pójdzie - siłę będzie dawać mi każdy kolejny przetrwany dzień. Wspierać będę się dużą ilością kawy i gumą do żucia. To pomaga na głód, szczególnie w pierwszych dniach, kiedy motywacja jest niewielka (przynajmniej w stosunku do wagi). Nie chcę i nie mogę myśleć co dalej. To mnie zwykle zabija. A przecież nie chcę umrzeć. Chcę jedynie schudnąć... Mając pełną świadomość choroby, wiem, że jak tylko osiągnę wymarzony cel (48-57 kg, a inaczej rzecz określając - płaski brzuch i mniej "otłuszczone" nogi), muszę zacząć się leczyć. Póki co tego nie robię, bo z leków zrezygnowałam bezpowrotnie, z kolei do psychologa zapisy są dopiero na wrzesień. Zapiszę się. Ale do tego czasu chcę już trochę schudnąć. Dlaczego? Z doświadczenia wiem, że psychoterapia pomaga, a jednocześnie niszczy każdy mój (niezdrowy) plan, w wyniku czego nie chudnę. Jak nie chudnę, to wpadam w depresję, na pocieszenie jem i tyję, ewentualnie wymiotuję lub stosuję głodówki. Na jedno wychodzi. A ja nie chcę być zdrowa, dopóki nie schudnę. Zwyczajnie nie potrafię funkcjonować, mając świadomość, że jestem gruba. Gruba, owszem, pojęcie względne. Nie mniej jednak nie usłyszałam jeszcze od nikogo, że jestem szczupła, a co by mnie najbardziej ucieszyło - "chuda". Wiecznie słyszę "co Ty od siebie chcesz, wyglądasz ok, nie potrzebujesz się odchudzać". Oczywiście, a BMI niby kłamie. Kłamało pewnie również wtedy, kiedy wskazywało otyłość. Gdyby nie moja determinacja pewnie nadal nic by się w tej kwestii nie zmieniło (no chyba, że zaczęłoby wskazywać otyłość II lub III stopnia). Wiem lepiej. Poza tym to moje życie i jeśli umrę, to chociaż bardziej spełniona niż, gdybym stała w miejscu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz